*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 1 lipca 2017

Dlaczego ten blog nadal istnieje, mimo, że mnie na nim nie ma?

Właściwie to nie wiem, czy jeszcze potrafię pisać. Nie wiem, czy podobnie jak jazdy na rowerze się tego nie zapomina :), w każdym razie na pewno wychodzi się z wprawy. Jeśli wychodzenie z wprawy jest stopniowalne, to ja wyszłam z wprawy najbardziej :)
Mój blog wciąż tu jest, nie pożegnałam się z Wami, nie poprosiłam o przerwę... A to wszystko dlatego, że przez cały ten czas ani razu nie przeszło mi przez myśl, żeby na dobre z tym skończyć. Wciąż mi się wydaje, że nadejdzie ten dzień, że wrócę tu na dobre. Przyczyny mojego milczenia są najróżniejsze, ale żadną z nich nie jest znudzenie blogowaniem albo niechęć do tego miejsca. Przede wszystkim moje życie w realu pochłonęło mnie tak bardzo, że zabrakło mi czasu na aktywność w świecie wirtualnym. Coś kosztem czegoś - wszystko tak działa :) A ja po prostu zdecydowałam się w czasie, który mogłabym wykorzystać na pisanie, zająć się czymś innym. A później im dłużej nie pisałam, tym trudniej było mi znowu zacząć, mimo, że naprawdę wiele razy próbowałam.
Nie odpowiadałam na Wasze komentarze pod poprzednią notką, dlatego, że cały czas mi się wydało, że zrobię to wkrótce... A czas płynął... Wiele z Was próbowało mnie zmobilizować i każda taka wiadomość powodowała, że postanawiałam sobie, że wreszcie się odezwę. Postanowienie było szczere, ale jakoś nie udawało mi się go zrealizować. To wina zbyt szybko upływającego czasu ;)
Wczoraj zorientowałam się, że moja poczta, na którą spływają mi maile ze wszystkich adresów, które mam, od dłuższego czasu miała awarię. Nie otrzymywałam maili wysłanych na adres margolka.frankowska@gmail.com i dopiero wczoraj przez przypadek (polegający na tym, że mail od niedyskretnej jakimś cudem się przebił i co prawda nie trafił do skrzynki głównej, ale do spamu :P, ale dzięki temu w ogóle go zauważyłam ;)) zobaczyłam, że przegapiłam wiele wiadomości od Was i głupio mi, że na nie nie odpowiedziałam. To ostatecznie zmobilizowało mnie, żeby się wreszcie tutaj odezwać :)

Po tak długiej przerwie  nie wiadomo właściwie o czym pisać. Nie da się tak łatwo nadrobić straconego czasu ani nie da się streścić w jednej notce wszystkiego, co się w tym czasie wydarzyło. Chyba trzeba po prostu zacząć od początku. Być może spróbuję, ale nie wiem, czy to dzisiejsza notka jest właśnie tym początkiem.
U nas bardzo dużo się dzieje, zwłaszcza w ostatnim czasie i wszystko wskazuje na to, że wiele zmian przed nami. Jeszcze czekamy na kilka decyzji, ale myślę, że za dwa tygodnie już będziemy wszystko wiedzieć i z czystym sumieniem będę mogła o tym opowiedzieć :) Mam nadzieję, że tym razem naprawdę uda mi się tutaj zajrzeć szybciej i półroczna przerwa więcej się nie powtórzy. 
Na dzisiaj wystarczy, bo co za dużo to niezdrowo ;) Nie można się na początku za bardzo nadwerężać  :) Ale i tak jestem dumna z siebie, że wreszcie udało mi się tu coś opublikować :)

Dziękuję tym z Was, które wciąż we mnie wierzą i nadal tu zaglądają oraz tym, które w jakikolwiek sposób próbowały się ze mną skontaktować. To bardzo miłe :) 

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Świątecznie...


Prawie nie zauważyłam, że święta w tym roku już nadeszły. Wysłałam chłopaków dwa tygodnie temu do Poznania i cieszyłam się tym rodzajem samotności, który raz na jakiś czas jest każdemu potrzebny, a do tego korzystałam z możliwości jakie dawał mi brak konieczności śpieszenia się po pracy do domu, żeby spotkać się z mężem i synkiem :) Wyszalałam się trochę, nie powiem. Nadrobiłam trochę zaległości. Pozwoliłam sobie na błogie lenistwo, a nawet mogłam w spokoju pochorować i cały poprzedni weekend spędziłam na kanapie częściowo lecząc się po piątkowej imprezie z kolegami z pracy a częściowo z powodu zapalenia gardła :)
Wiedziałam, że święta są tuż tuż, a więc przygotowywałam się do nich stopniowo i racjonalnie, aczkolwiek bez większych emocji i wcale mi z tym źle nie było. Rozświetlone ulice, zapach cynamonu w sklepach oraz wszechobecne "Last Christmas" pomogły się trochę wczuć w klimat. Ale tak naprawdę byłam przede wszystkim zajęta sobą oraz zaabsorbowana kolejnymi zmianami, które nadeszły w moim życiu. Nie miałam czasu myśleć o tym, że nie mogę wziąć wolnego piątku przed Wigilią, bo skupiłam się raczej na tym, że kilka dni wcześniej zaczynam nową pracę. Mało tego, zgodziłam się nawet na Wigilię w Poznaniu, wyobrażacie sobie? :) Łatwo nie było, ale uległam ostatecznie Frankowi. Nie martwię się też, że mój planowany wcześniej urlop w okresie 27-30 grudnia nie wypalił, bo cieszy mnie fakt, że będę miała jeszcze okazję na te ostatnie dni pójść do mojej starej pracy i nacieszyć się trochę tamtejszą atmosferą i ludźmi. Powyższe chyba dobitnie może świadczyć o tym, że miniony rok bardzo mnie zmienił...
Dziękuję, za wszelkie drobne oznaki tego, że wciąż o mnie pamiętacie. Ja również pamiętam, choć wiem, że słabo to okazuję. Wiele razy podejmowałam próbę napisania czegoś, ale zawsze brakowało mi albo spokoju albo czasu albo jeszcze czegoś innego i ostatecznie nie udało mi się odezwać. Wiem, że wiele z Was zastanawiało się, co się w końcu u mnie wydarzyło i jaką decyzję podjęłam odnośnie mojej pracy. Historia jest dość długa, więc chyba najlepiej streścić ją słowem: "najlepszą" :) Naprawdę tak czuję. Postanowiłam wrócić do mojej starej pracy, wyszłam na tym bardzo dobrze, bo ta potencjalna od początku jakoś mi nie pasowała i czułam wewnętrznie, że to nie jest to. Okazało się później, że miałam rację. Wróciłam więc w listopadzie, a koledzy i szefowa powitali mnie z ogromnym entuzjazmem. Czułam się najzwyczajniej w świecie szczęśliwa przez cały listopad. A kiedy zaczęłam się zastanawiać, co dalej, dostałam propozycję pracy w innej firmie, z nieco lepszymi warunkami i tym razem ją przyjęłam. Szkoda mi pracy, z której odchodzę. Bardzo. Wiem, że będę za nią tęsknić, przede wszystkim za ludźmi. Ale tym razem, w odróżnieniu do tego, jak było ostatnio, czuję, że to już jest koniec. Wiem, że mogłam tam zostać, ale tym razem poprzeczkę postawiłam wysoko i chociaż moja szefowa chciała negocjować warunki mojego zatrudnienia z prezesem, wiedziałam, że aktualna kondycja firmy nie pozwoli na to, abym dostała do, czego chcę. Odchodzę więc definitywnie w tym tygodniu, żegnana lamentami niektórych moich współpracowników... Ale jestem górą. I tym razem to ja się zwalniam, a nie mnie zwalniają...
To tak po krótce. Mam nadzieję, że będzie mi dane opisać coś więcej, ale niczego już nie obiecuję. 
A tymczasem, ponieważ ciągle jeszcze mamy święta, tym wszystkim z Was, które jeszcze tu zaglądają, życzę pięknych Świąt Bożego Narodzenia. Zdrowia (ostatni czas pokazał mi, jak bardzo jest to ważne i nieoczywiste), szczęścia i cudownej atmosfery przesiąkniętej rodzinnym ciepłem, miłością oraz radością.


(znalezione w sieci)