*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 20 maja 2008

Rozbrojona

Zniszczyłam sobie kurtkę :( Ukochaną. Ale wyglądało na to, że może jeszcze da się ją uratować, więc postanowiłam udać się z tym problemem do krawcowej. Franuś powiedział, że pojedzie ze mną – w poniedziałek miał przyjechać po mnie do pracy o 17 i załatwilibyśmy wszystko tak, że na 18 zdążyłby do pracy.

W poniedziałek rano wymyśliłam, że nie ma sensu jechać do mnie do domu i dopiero na miasto, tylko od razu Franek mi tą kurtkę przywiezie. Dzwonię i mówię, że idę do pracy i po drodze wstąpię i zostawię kurtkę u niego. Tak też zrobiłam.

Ale sprawy się nieco skomplikowały i po pierwsze ja byłam dłużej w pracy a po drugie Franek nie miał samochodu. Zadzwonił do mnie po 18:

 - No to kiedy pójdziemy do tej krawcowej?

 - Jutro.

 - Jak jutro? Przecież pracujesz do 18, o tej godzinie już nic nie załatwimy.

 - No to pójdziesz sama.

 - Nie pójdę sama, bo kurtka jest u Ciebie.

Dzwonię dwie godziny później:

 - Na którą idziesz jutro do pracy?

 - Na 10.

 - To przed pracą przyjedź do mnie do pracy i dasz mi tą kurtkę. Koło mojej pracy jest krawcowa, tam pójdziemy. I jeszcze książkę mi przywieź, bo mam po południu hiszpański i będzie mi potrzebna.

 - Ok.

Następne dwie godziny później:

 - To ja jutro przyjadę i przywiozę ci do pracy książkę.

 - No dobra. I kurtkę.

 - Kurtkę? To ona jest u mnie?

 - No przecież rano specjalnie po to u Ciebie byłam!! I dlatego nie mogę iść sama!!

 - Aha, no tak. No to ja będę o 9.30. Obudź mnie o 8.30.

 - Nie za późno? Zdążysz?

 - Tak, na pewno zdążę.

Dzisiaj godzina 8:30. Dzwonię:

 - No to już wstawaj. I pamiętaj co masz zabrać.

 - No już wstaję. Ale właściwie do czego ja ci jestem potrzebny??

 - (!!!) Bo masz moją kurtkę!! I pamiętaj o..

 - Aha.. Dobra, dobra, pamiętam.

9:30. Dzwoni On:

 - No to ja już jadę wyjdź na ulicę Ratajczaka to ci podam reklamówkę.

 - Ja jestem w pracy, nie mogę iść tak daleko. Przyjdź tu, krawcowa jest naprzeciwko.

 - Jak to?? To mam do ciebie pod pracę jechać?? To trzeba było mnie obudzić wcześniej!!!

Zagotowało się we mnie.. Ale jeszcze nic nie powiedziałam. Pomyślałam, że poczekam aż przyjedzie. Przyjechał. Wyszłam przed budynek. Wręczył mi kurtkę.

 - A książka?

 - Jaka książka???

Nie no to już mnie dobiło. Wygarnęłam mu co myślę o jego stopniu skupienia na tym co mówię. Jednym słowem, ze nie podoba mi się, iż jednym uchem wpuszcza a drugim wypuszcza… Tupnęłam nogą i odwróciłam się. Rozbroił mnie jednym zdaniem:

 - I tak cię kocham. :)

No dobra. Następnym razem powtórzę więcej razy…

poniedziałek, 19 maja 2008

Nie ma jak u mamy

Ale cudownie odpoczęłam sobie w ten weekend. Pojechałam do domu. A na dodatek pojechał ze mną Franek. Rzadko się to zdarza niestety nad czym ubolewam bardzo:( Tak ciężko nam się zgrać z weekendami, że masakra. Zawsze któreś jest zajęte, albo praca, albo studia, albo jeszcze coś innego. Aha, albo mecz – bo już raz się zdarzyło, że obiecał mi że pojedzie, ja już zadzwoniłam do domu, uprzedziłam mamę, a potem on sobie nagle przypomniał, że przecież Lech z Legią gra i on NIE MOŻE sobie odpuścić tego widowiska.
Ale wreszcie udało się nam razem wyjechać i było naprawdę super. Nawet pogoda dopisała, mimo że miało być pochmurno i nawet deszcze zapowiadali. A sobota piękna była. Najpierw pojechaliśmy do biblioteki skąd przyniosłam sobie trzy świeżutkie książki.. To nic, że jeszcze trzy czekają na półce… A popołudniu zrobiliśmy sobie wycieczkę rowerową – jak znalazł dla mojej dietki :) Pogoda była naprawdę śliczna, nawet w pewnym momencie Franuś skomentował, że czuje się jakby jechał do nieba:) Po obu stronach szosy żółciutki rzepak a na wprost było tylko błękitne niebo. No cudnie, żałuję że aparatu nie miałam ze sobą. Wróciliśmy po dwóch godzinach, zmęczeni strasznie, ale zadowoleni.
Niedziela już niestety nie była taka piękna, padało od samego rana. No i już o drugiej musieliśmy wracać:( Strasznie szybko nam minął ten weekend. Cztery godziny w pociągu i szara rzeczywistość niestety. Jutro znowu praca.