*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 12 czerwca 2008

A może by tak zmiana pracy?

Ło matko, jaka masakra dzisiaj. Nic mi się nie chce :/ Siedziałam w pracy i po prostu leń na maksa. A tak w ogóle to się wczoraj trochę wkurzyłam i się mnie trzyma do dzisiaj. Przed samym moim wyjściem szef J. zapytał, dlaczego mamy wysoki koszt spożywczy za maj. No a co ja mu miałam odpowiedzieć? Że kucharze za dużo zamawiali, czy za mały utarg mieliśmy?? Obie odpowiedzi byłyby błędne. Ja mu mogę zrobić taki food cost, że buty mu pospadają, jeśli tylko nie wpiszę wszystkich faktur, ale jaki to ma sens? Na koszt spożywczy na koniec miesiąca nie mam absolutnie ŻADNEGO wpływu! Ja po prostu wpisuję wszystkie faktury – przecież nie mogę żadnej pominąć, bo wynik i tak będzie sfałszowany. A jak się okaże, że „góra” wlepi karę szefowi J. to kto nie dostanie premii? Więc dzisiaj siedzę i szukam, czego to zakupiliśmy za dużo… No cóż, trzeba być dobrej myśli. Jak to dobrze, że pracuję tu tylko 3 dnia w pozostałe jestem u szefa R., który z pewnością cierpi na ADHD:) Ale to już temat na inną okazję.
W każdym razie ostatnio zaczynam zastanawiać się nad zmianą pracy. Ma jeszcze na to wpływ ten mój poje**ny współpracownik K.Mam już dość jego szpiegowania i donosicielstwa. I tak sobie myślę, może do jakiejś podstawówki się przejść, podobno nauczyciele języków są towarem deficytowym – tak powiedziała mi moja koleżanka, która ma dziecko w szkole i co nie co słyszała. Uprawnienia mam. Właściwie dlaczego nie miałabym spróbować?Nie widzę siebie w przyszłości jako nauczycielki. Ale a nóż się we mnie powołanie obudzi:) A z takimi bachorkami do 12 lat, czemu nie? Dla nich Pani w szkole to jeszcze autorytet. Koło mnie na osiedlu jest podstawówka… Blisko bym miała… Kurczę, żeby mi się tylko chciało CV wydrukować i ruszyć tyłek:) U R.nadal bym pracowała, bo lubię, a poza tym nie chcę go na lodzie zostawiać, bo taki troszkę nieporadny jest jeśli chodzi o sprawy kadrowo-biurowe:) A do J.bym przychodziła na parę godzin. O! Fajnie tak na trzech etatach:) Nie no serio.Po coś te uprawnienia pedagogiczne robiłam przecież. Trzeba się sprawdzić. :)

wtorek, 10 czerwca 2008

Przeszło mi :)

No i nie wytrwałam w moim postanowieniu. Już nie mam focha na lubego. Kiedy wracałam wczoraj z pracy zadzwonił do mnie i powiedział, żebyśmy się spotkali na mieście. Tak też zrobiliśmy i poszliśmy na zakupy. Na zakupy ubraniowe dodam. Dla mnie. Ja bardzo lubię chodzić na zakupy z Franusiem, bo jak nietypowa kobieta nie lubię kupować ciuchów. To znaczy może i kupować lubię, ale nie lubię łazić po sklepach, szukać, wybierać, przebierać,przymierzać, decydować itd. A z Frankiem to jest tak, wchodzimy do sklepu,przelecimy, jak mu nic w oko nie wpadnie to wychodzimy a jak coś mu się spodoba to mi tylko podaje i albo mi się podoba, albo nie. Ale przeważnie mi się podoba. Widać mamy podobny gust:) Ja wlazłam do kabiny a on mi tylko przynosił.Chciałam kupić sobie spódniczkę, znalazłam dwie fajne, nie mogłam się zdecydować i Franek kazał mi kupić obie. No a przecież facetowi się nie odmawia:P
Ale jeszcze lepsze miało dopiero nastąpić –marudzę mu, że przynajmniej raz w tygodniu mamy iść na dłuuuugi spacer. Mój Franek to leń pełną gębą i bardzo ze mną walczy w tej kwestii. A wczoraj po zakupach powiedział, że teraz spacer. Długi, bo na drugi koniec miasta –mieliśmy odwiedzić jego babcię. Szliśmy dwie godziny. Ja byłam prosto z pracy,w bucikach pozostawiających wiele do życzenia w kwestii nadawania się na takie wyprawy:) Ale już nie chciałam Franka zniechęcać swoim marudzeniem, skoro raz sam wyszedł z inicjatywą :) Dotarliśmy na 20:00 a tam cały zjazd rodzinny –rodzice Franka, babcia, ciocia, kuzynka. Fajnie było, pogaduchy, żarciki,wspominki…i tak prawie do 23. Ja już prawie pod stołem leżałam, bo z reguły o22 jestem już umyta a o 23 gaszę światło, no ale jakoś przetrzymałam. A nagrodą za wytrwałość miało być to, że z powrotem już nie na piechotkę, ale samochodem.
A teraz muszę już kończyć, bo mnie Franek na obiad wzywa :)