*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
No
to zbiedniałam o trzysta złotych. Przyszło mi kupić okulary. Już dwa
miesiące temu zapisałam się do okulisty, no ale wiadomo jak to u nas bywa
z lekarzami – na wizytę musiałam czekać. No i wczoraj nadszedł ten
wielki dzień. Dwa miesiące czekania i pięciominutowa wizyta… Pani doktor
od razu stwierdziła to, co od dawna podejrzewałam – lekki astygmatyzm i
słabiej widzące prawe oko. Dostałam „przepis” na okulary i od razu
udałam się do optyka, żeby mieć z głowy. W piątek odbieram moje nowe
oczy. Ale dziwnie mi będzie. W życiu okularów nie nosiłam. No ale praca
polegająca na ośmiogodzinnym wgapianiu się w monitor i to w lilipucim
pomieszczonku tylko przy świetle elektrycznym zrobiła swoje.
Od piątku
wreszcie będę mogła prowadzić samochód bez obawy, że jakieś ważne
ograniczenie prędkości przegapię
Na szczęście nie mam silnej wady, więc wystarczy jak będę nosić
okulary wtedy, kiedy będziemi to szczególnie potrzebne. Ale zapłacić i
tak trzeba było. No cóż,podobno na zdrowiu się nie oszczędza
A skoro o oszczędzaniu mowa… Niestety nie przychodzi mi to ostatnio łatwo. O, zanosi się na cokolwiek materialną notkę dzisiaj
W każdym razie od czasu kiedy kupiłam samochód i tym samym pozbyłam
się moich kilkuletnich oszczędności żyję, można powiedzieć, od
pierwszego do pierwszego. A właściwie w moim przypadku od dziesiątego do
dziesiątego
Chociaż w październiku trochę się odkułam, bo parę nadgodzin zrobiłam,
ale co z tego skoro w listopadzie kolejne wydatki. To płaszcz do
czyszczenia trzeba było zanieść, podręcznik jakiś kupić, opony w aucie
wymienić, za mieszkanie zapłacić… I tak topnieje wypłata. A w grudniu
topnieć będzie jeszcze szybciej, z wiadomych względów
Ale
jest światełko w tunelu. Zadzwoniła dzisiaj do mnie Pani z dziekanatu i
powiedziała, że przyznano mi stypendium naukowe. Nie są to może kokosy,
ale na dwa tankowania wystarczy
Jaki
z tego wszystkiego wniosek? Nie jest łatwo utrzymywać się samemu
:)Człowiek sobie kiedyś nie zdawał sprawy z tego, ile życie kosztuje.
Nie mówię już nawet o takich wydatkach nadprogramowych, ale o tych
podstawowych – jedzenie, mieszkanie, wszelkie opłaty. Pieniądze może i
szczęścia nie dają, ale pomagają być szczęśliwym. Nigdy nie odczuwałam
potrzeby bycia bogatą. I nie dążę do tego. Ale może to dlatego, że nie
musiałam cierpieć z powodu braku pieniędzy. Bo przecież mam jakiś tam
standard, poniżej którego nie chciałabym zejść. Ale jestem teraz sama.
Nie mam rodziny na utrzymaniu, więc pod względem finansowym jestem w
stanie zaspokoić wszystkie swoje potrzeby. Cieszę się, że mogę w ten
sposób odciążyć rodziców, którzy przecież pomagali mi przez całe życie.
Ale kiedy pomyślę, że za tą pensję, no i może jeszcze za pensję Franka,
przy założeniu, że będziemy razem :), mielibyśmy utrzymać mieszkanie,
dzieci?? W głowie mi się to nie mieści. A przecież start mamy całkiem
niezły. A tyle jest marzeń, które długo będą musiały poczekać na
spełnienie z powodu braku środków… I jeszcze jedno… Piszę to wszystko z
punktu widzenia osoby, którą stać na trochę więcej niż tylko
zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych… I nie będę udawać, że wiem
jak ciężko jest w rodzinach, które nie mają za co kupić butów na zimę.
Nie wiem.
Czy to jednak prawda, że tylko bogaci mogą mówić, że pieniądze szczęścia nie dają ?
Wróciłam właśnie z hiszpańskiego. Zrobiłam sobie gorącą czekoladę na mleku i zasiadłam do tłumaczenia. I odsiadłam od niego
Bo mi się tak nostalgicznie zrobiło. Czekolada przypomniała mi w smaku kakao. A kakao kojarzy mi się z moim dzieciństwem.
Kiedy
chodziłam do przedszkola u mnie w domu zawsze był ten sam rytuał. Mama
przychodziła przed szóstą do nas do pokoju. Najpierw szykowała nam
ubranie. Do dzisiaj pamiętam to szuranie szufladami… Potem zanosiła to
ubranie do drugiego pokoju. Na jednej kupce moje, na drugiej mojej
siostry. Potem budziła moją siostrę. A właściwie wynosiła ją z łóżka.
Zanosiła ją do łazienki, stawiała na taborecie i przemywała jej buzię
zimną wodą. Jeszcze po drodze siku było, ale aż tak dokładnie nie
pamiętam
Potem zanosiła ją do pokoju, sadzała obok kupki z ubraniem,
przykrywała swoim szlafrokiem i wręczała szklankę z gorącym kakao. I
koniecznie z rurką. A potem szła po mnie. I mnie też wynosiła do
łazienki, myła, zanosiła na drugą kupkę, przykrywała szlafrokiem taty i
dostawałam swoje kakao. Koniecznie z rurką
Kakao było w szklance, a szklanka w takim koszyczku, żebyśmy się nie
poparzyły – kiedyś były takie różne ustrojstwa wiklinowe na szklanki
pamiętacie? I tak sobie piłyśmy to „kakałko” i słuchałyśmy Radia Opole.
A
potem już nie było tak miło. Bo moja siostra ubierała się
błyskawicznie. A ja? Dziesięć razy musiałam się zastanowić zanim
włożyłam jedną nogę w nogawkę wełnianych rajtuz. A dwadzieścia razy
zanim zrobiłam użytek z drugiej. A mama się denerwowała coraz bardziej,
bo musiała przecież dotrzeć na czas do pracy a po drodze zaliczyć
jeszcze przedszkole i żłobek. No i się robiło niefajnie, bo zaczynała na
mnie krzyczeć, a ja zaczynałam ryczeć. Ale czasami jak się szybko
ubrałam, to w nagrodę dostawałam mambę
Ale rzadko niestety się to zdarzało
Przeważnie kończyło się na tym, że wybiegałyśmy z domu. Ja i mama. A
moja siostra spokojnie siedziała sobie w wózku. Czego jej strasznie
zazdrościłam! Mama pchała ten wózek prawie biegnąc a ja się tego wózka
trzymałam i biegłam, a mimo to, zawsze zostawałam w tyle. Wreszcie
docierałyśmy do celu. I zaczynał się mój dramat…
Chyba już wspominałam
czym dla mnie było przedszkole co?
Ale mimo tego, że chodzenie do przedszkola było dla mnie traumatycznym
przeżyciem i że na trwałe pozostawiło ślad w mojej psychice w postaci
syndromu przedszkolaka, chciałabym się czasami cofnąć o te dwadzieścia
lat. Co prawda nie było wtedy Franka. Ale za to był Wojtek. I z nim to
nawet dalej zaszłam niż kiedykolwiek z Frankiem, bo nie dość, że byłam
zaręczona, to chyba ze dwa razy braliśmy ślub
Ale to już zupełnie inna historia…
No
i tak mi się przypomniało to wszystko jak sobie piłam tę czekoladę.
Kubek już pusty, dość tych wspomnień. Czas się zabrać za coś
pożytecznego