*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 6 marca 2009

Oaza spokoju :)

Uspokoiło się. Właściwie już na drugi dzień, ale nie miałam czasu usiąść i o tym napisać ;) W środę, kiedy byłam w pracy, zadzwonił Franek. Odebrałam, bo nie mam w zwyczaju nieodbierania telefonów, nawet po kłótni. Zapytał, czy mogę wyjść na chwilę z biura. Poszłam po kurtkę i wyszłam. Miał stać przy kiosku… Pod naszą restauracją są trzy, ale ok… Rozglądam się w jedną, drugą stronę i nic. Już się wkurzyłam, a że nie wzięłam telefonu, wróciłam do biura, żeby do niego zadzwonić i zapytać dlaczego sobie ze mnie jaja robi… W tym momencie zadzwonił on i powiedział „No chodź, chodź, bo już widziałem jak wracałaś, nie zdążyłem cię zawołać” No to znowu idę. Patrzę – jest. Ale się jakoś podejrzanie chowa za tym kioskiem. Cholera, no o co mu chodzi?? Podchodzę, a on z kwiatkiem stoi. Daje mi tą różyczkę i mówi „Przepraszam za wczoraj…” A potem jeszcze pudełko śniadaniowe (takie co to wiecie, w podstawówce się nosiło :)) a w nim pączek i ciastko z kremem… Był po nocce, specjalnie wstał rano, żeby przyjechać do mnie do roboty i mnie przeprosić. Cała kłótnia była o totalną pierdołę. I można by było o tym od razu zapomnieć, ale on się obraził na amen. Kiedy próbowałam z nim rozmawiać i zobaczyłam, że się nie da, wyszłam i resztę znacie. Nie odzywałam się do niego. Byłam wściekła na tę jego zawziętość i wiedziałam, że to on pierwszy musi wyciągnąć rękę, bo gdyby nie on, nie byłoby sprawy. Dlatego oczywiście nie musiał mnie jakoś specjalnie długo przepraszać. Liczył się sam fakt.
No i widzicie jaki z niego obrażalski człowiek. 26 lat na karku a zachowuje się jak dzieciak czasami – obraża się na mnie, na rodziców, na kolegów, na współpracowników. Byle g…. i on już wielki foch. Czy on z tego kiedyś wyrośnie? Ale grunt, że zrozumiał swój błąd. Różyczka śliczna. Pączek pychotka :)
A jeśli chodzi o Kapusia, rozmawiałam z nim rano, bo musiałam mu parę rzeczy przekazać. Cóż, przyjaciółmi to my na pewno nie będziemy, zresztą nie lubię tego człowieka, ale lubię żyć w zgodzie z innymi i strasznie się gryzłam, że ta rozmowa wtorkowa pogorszy relacje między nami. Ale chyba nic się nie zmieniło.
A dzisiaj znowu jadę do domku hurra :) Już złożyłam u mamy „zamówienie” na budyń śmietankowo-czekoladowy z bananem i marmoladą i jajecznicę z cebulką na sobotnie śniadanko. No co, jak robię sama to nigdy nie jest takie dobre :)

wtorek, 3 marca 2009

Będzie agresywnie.

Szlag mnie trafia na to wszystko i tyle. Zresztą już sama nie wiem, czy bardziej mnie szlag trafia, czy bardziej chce mi się ryczeć. Wszystko mnie normalnie dobija. Na początek niestabilna sytuacja naszej firmy. Bo jakieś dwie grube ryby na samej górze się pożarły i nie potrafią się dogadać. A płacą za to małe spółki, które przynoszą ogromne zyski i karmią nimi te grube ryby. Ale jak się na górze nie dogadają, to spółki ucierpią. W tym nasza. I doopa. Ale tym martwiłam się w zeszłym tygodniu. Na razie trochę mi przeszło i przestałam się martwić, że za parę miesięcy może nie będzie mnie stać na jedzenie.
Za to miałam dzisiaj starcie z Kapusiem. Nie była to jakaś wielka awantura ani nawet kłótnia. Po prostu wymiana zdań. Przekonałam się tylko, że koleś jest naprawdę bezczelny. Mnie zależy na dobrej atmosferze i pozytywnej współpracy. Jemu może i też na tym zależy, ale tego nie okazuje. Traktuje mnie po prostu lekceważąco. Nie umiem się z nim dogadać. Rozmowa zdołowała mnie totalnie.
A potem jeszcze pokłóciłam się z Frankiem. Nie odzywamy się do siebie. Wkurzył mnie, ale mimo to, próbowałam się z nim dogadać. Nie chciał, więc totalnie się wkurzyłam i po prostu wyszłam. Nie mam zamiaru się do niego odzywać pierwsza. Na pewno nie. I już nie wiem, co bardziej mnie zdołowało z tego wszystkiego. Co za beznadzieja!
Użalałabym się nad sobą jeszcze bardziej, gdyby nie to, że jak przyszłam do domu, Dorota zapytała co się stało. Jak jej wszystko wykrzyczałam i wypłakałam, to trochę lepiej mi się zrobiło. Poza tym ona już trochę słyszała o tym Kapusiu i pocieszyła mnie, że takim doopkiem nie ma co się przejmować, bo to jakiś prymityw skubany. W każdym razie już mi się tak nie chce ryczeć. O Kapusiu na razie nie myślę, pewnie pomyślę jutro w robocie… Jakie to szczęście, że kontaktujemy się z reguły tylko telefonicznie… Natomiast Franka też mam głęboko… Niech spada na drzewo banany prostować jak jest taki!
i jeszcze na koniec. Ku…., ja pie….ę!!!!!!!!
No. Sorry.