*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 22 kwietnia 2009

Kaktus w... ziemi

Notka miała być wczoraj. W trzecią rocznicę tego wydarzenia:) Ale jakoś się nie złożyło i w ogóle nie było mnie na blogu. Dzisiaj nadrabiam…
„No i kaktusik zakopany.. Miesiąc pojenia go wodą i już po wszystkim, teraz już mnie nie będzie kłuć skubany ile razy spadnie z parapetu :) Namęczyłyśmy się nieżle z Alą, żeby go zakopać. Warta nam sprzyjała, bo wylała jakiś czas temu więc ziemia była dość miękka. Tylko nie miałyśmy łopatki żadnej:) I jeszcze mądre poszłyśmy nad Wartę od razu po zajęciach, Ala ubrana w białe spodnie a ja w białą kurtkę, no i białe adidasy. Genialnie po prostu w sam raz na błotko. No dobra, ale kaktusik zakopany, teraz trzeba czekać na efekty”
- taki oto wpis popełniłam 21 kwietnia 2006 roku na jednym z internetowych pamiętników, które w tamtym okresie od czasu do czasu pisałam…
http://img2.epuls.pl/images/smilies/icon_smile.gif
Miałam na poprzednich studiach bardzo fajną grupę. Mówiłyśmy o sobie grupa VIP-ów, a że większość wykładowców nas lubiła, doszły nas słuchy, że i oni tak mówili :) Po pierwszym roku zrobili taki przesiew, że zostało nas sześć. Jedna dziewczyna rzadko pokazywała się na zajęciach, a nasza piątka trzymała się razem. Znałyśmy się bardzo dobrze i wiedziałyśmy o sobie niemal wszystko. Łączyło nas wiele, a cechą najbardziej charakterystyczną było to, że żadna z nas nie miała faceta :) Byłyśmy mniej lub bardziej zdesperowane, żeby w końcu jakiegoś złowić. A prym w tej kwestii wiodła Ala. Co rusz opowiadała nam o nowych patentach, które miały zagwarantować odnalezienie drugiej połówki. Takich jak na przykład codzienne czytanie przed snem Pieśni nad Pieśniami… 

Pewnego razu Ala przyszła na zajęcia załamana.  Odwiedził ją kolega i wytłumaczył jej, że nie ma faceta, bo ma kaktusa w domu! Ta roślinka odgania miłość. Okazało się, że żadne pieśni jej nie pomogą dopóki nie pozbędzie się kaktusa. Mało tego, nie wystarczało go jedynie wyrzucić. Trzeba było go zakopać. Jako że to był środek zimy, ciężko było dokonać pogrzebu w zamarzniętej ziemi. Poza tym Ali nie uśmiechało się samej dokonywać tego rytuału. No i przekonała mnie, żebym jej towarzyszyła:) Długo nie musiała mnie przekonywać, bo może nie byłam bardzo zdesperowana i właściwie cieszyłam się niedawno odzyskaną wolnością po dość trudnym związku, ale moja romantyczna dusza domagała się silniejszych doznań… Był tylko jeden problem – ja kaktusa nie miałam. Ale i na to znalazłyśmy rozwiązanie, bo zaraz obok naszej uczelni stała kwiaciarnia, w której zaopatrzyłam się w kaktusa za pięć złotych. Teraz trzeba było pozwolić mu działać. Czyli musiałam go trzymać przez jakiś czas w domu i pozwolić na to, aby odganiał miłość ode mnie. 

No i go tak trzymałam przez jakieś dwa miesiące. Wreszcie nadszedł ten czas… Dokładnie 21 kwietnia 2006 roku. Na dworze zrobiło się ciepło, więc postanowiłyśmy zabrać nasze kaktusy na uczelnię a zaraz po zajęciach udałyśmy się nad Wartę i tam zakopałyśmy rośliny. Nie było to takie łatwe, bo straszne błoto było a my nie miałyśmy żadnej łopatki tylko musiałyśmy sobie poradzić za pomocą kawałka plastiku. Ale w końcu się udało. Kaktusy zostały złożone w dołku, Ala na wszelki wypadek odczytała Pieśń nad Pieśniami, wypowiedziałyśmy jakieś tam zaklęcia z prośbą o nadejście miłości i odeszłyśmy stamtąd z poczuciem spełnionego obowiązku :)
Oczywiście wszystko traktowałyśmy z przymrużeniem oka i całkiem dobrze się przy tym bawiłyśmy. Z czasem zapomniałyśmy o całym zdarzeniu – po prostu nie myślałyśmy o tym. W maju Ala zaczęła się spotykać z R., w lipcu ja poznałam Franka. O kaktusach przypomniałyśmy sobie, kiedy uświadomiłyśmy sobie, że i R. i Franek mieszkają nad Wartą :P
No co, szczęściu trzeba pomagać :D

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Margoka i Franek podbijają Londyn

Aż mi trudno uwierzyć, że to już miesiąc minął od naszej wizyty w Londynie. Szok. Zostałam totalnie wciągnięta w wir pracy i innych obowiązków i tak mi minęło… Obiecałam, że będą jakieś zdjęcia:) No to są:) :
   
Oto sam początek naszej podróży. Uwielbiam latać samolotami:) Chociaż wcale aż tak wiele razy nie leciałam. Ale w zasadzie lubię start i lądowanie. Reszta jest nudna:) Jak latałam do Madrytu to strasznie mi się dłużyło. A tym razem, ledwo wyciągnęłam gazetę, już kapitan zapowiedział lądowanie. Tak to ja mogę latać:)
W Londynie wyszła po nas moja koleżanka i od razu zaczęłyśmy nadrabiać zaległości w pogaduchach:) A biedny Franuś ledwo za nami nadążał z tą ciężką walizą. Dziewczyny niby mieszkają w centrum, ale Londyn jest tak ogromny, że dotarcie do nich zajęło nam prawie godzinę. Coś tam przekąsiliśmy, Franek się zdrzemnął i wyruszyliśmy na mały rekonesans.
 
To był szok jak zobaczyliśmy, że tak wyglądają parki w Anglii o tej porze roku:) Pamiętacie te śnieżyce pod koniec marca?:)
 
Z wizytą u królowej:)
  
Wróciliśmy padnięci, ale oczywiście siły na obalenie swojskiego polskiego winka z dziewczynami się znalazły:) Siedzieliśmy do późna i gadaliśmy. Jedna z dziewczyn mieszkała ze mną przez pierwsze dwa lata studenckie, a był to okres najbardziej zwariowany, więc było co wspominać. A i Franek się paru ciekawych rzeczy dowiedział, bo poznał mnie jak już spokorniałam :)
Urlop czy nie urlop, na drugi dzień i tak obudziłam się po szóstej, a właściwie po piątej tamtejszego czasu. I tak pozwoliłam pospać Frankowi do ósmej:) A po śniadaniu wyruszyliśmy na spacer londyńskimi uliczkami i zapoznawaliśmy się z londyńskimi liniami metra, bo nie sposób było poruszać się tylko na piechotę:)
 
 
Pogoda była śliczna tego dnia. Było wręcz gorąco. Po południu zrobiliśmy sobie przerwę. Usiedliśmy w parku na ławeczce z takim oto widokiem:
 
Przesiedzieliśmy tam chyba ze dwie godziny:)
W niedzielę Franek oczywiście zaciągnął mnie na stadion:)
 
 
W niedzielę do Londynu przyjechało kuzynostwo Franka, które pracuje w Anglii. Zrobiliśmy sobie nocny spacerek po pubach:) Nie powiem… Trochę przesadziłam. A wydawało się, że piwo jest takie słabe…
Mimo niezbyt dobrego samopoczucia następnego dnia, daliśmy radę przejechać się w London Eye:)

 
   
Niestety w środę rano przyszło nam pożegnać uliczkę na której pomieszkiwaliśmy
 
i wyruszyliśmy na lotnisko. Londyn chyba nas polubił, bo mieliśmy piękną pogodę przez cały pobyt a ostatniego dnia miasto zaczęło płakać:)
 
Ale ponad chmurkami już było pięknie:)
 
Ehhh… Fajnie było:) A najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że byliśmy tam razem. Oczywiście chyba żadna z Was nie myśli, że obeszło się bez kłótni :P Znając nas? Niemożliwe… Ale to były raczej takie króciutkie sprzeczki, po których szybko chciało nam się śmiać:)
No i oczywiście najważniejsze. Mój nowy zakup. W końcu tylko po to tam poleciałam :P
 
Chciałam ciemnofioletowe, ale nie było rozmiaru. Było dużo fajnych modeli, ale stwierdziłam, że czas trochę spoważnieć i padło na granatowe. Trochę by śmiesznie było jakby pani księgowa wparowała do roboty w buciorach w brązowe łaty na przykład :P
No to trochę sobie powspominałam. Dzisiaj notka taka bardziej do pooglądania. Ale może innym razem parę anegdotek z naszego wyjazdu przytoczę, które mi się przypomniały ;) Co to za wyjazd bez przygód w końcu nie? :)