*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Wyjechaliśmy
zgodnie z planem. To jest o piątej. Podróż przebiegła sprawnie i bez
większych problemów. Tylko pogoda nas niepokoiła, bo robiło się coraz
bardziej ponuro i coraz bardziej padało. Kiedy dojechaliśmy na miejsce
trochę się poprawiło, ale było po prostu zimno. Jestem prawdziwym
zmarźluchem jakich mało. Wyobraźcie sobie, połowa lipca a ja miałam na
sobie: podkoszulkę, koszulkę z długim rękawem, sweterek, bluzę i kurtkę.
Nie żartuję. Naprawdę tak byłam ubrana. Pojechaliśmy z Grajkami –
kolegą Franka i jego dziewczyną, którzy mają przyczepę kempingową i tam
spaliśmy. Poza tym byli jeszcze znajomi Grajków – małżeństwo po
trzydziestce z dwójką dorastających córek. Dość szybko okazało się, że
oni mają nieco inną koncepcję na spędzanie urlopu niż my, ale o tym może
innym razem. W każdym razie po obiedzie Grajki i Rodzinka poszli spać, a
my na spacer brzegiem morza. Pokusiliśmy się nawet na pomoczenie nóżek w
lodowatej wodzie:) Słońce zaczęło świecić, więc zrobiło się całkiem
przyjemnie. Rozebrałam się aż do sweterka
Doszliśmy aż do następnej miejscowości, spacer trwał trzy godziny. Po
powrocie właściwie już tylko się wykąpaliśmy, co w polowych warunkach
zajmuje trochę więcej czasu niż normalnie, i szybko zasnęliśmy.
Niedziela powitała nas pięknym słoneczkiem i błękitnym niebem. Mieliśmy
nadzieję na jakieś opalanie, ale niestety koło południa słoneczko
zawiodło. Pozostało nam tylko iść na kolejny spacer, tym razem w drugą
stronę
Wreszcie w poniedziałek mogliśmy się trochę powygrzewać. Przedwczesna
to jednak była radość, bo już kolejnego dnia niebo zachmurzyło się już
po dziesiątej:( Ale uparliśmy się z Frankiem, wzięliśmy leżaki, parasol i
poszliśmy na plażę. Takie oto gniazdko sobie uwiliśmy:)
Po
pół godzinie zaczęło padać. Nie zraziliśmy się. Siedzieliśmy i
rozmawialiśmy. Przykryliśmy się kocem i było całkiem przyjemnie. Plaża
opustoszała. Zostaliśmy sami. Od czasu do czasu przechodzili tylko jacyś
spacerowicze i dziwnie się na nas patrzyli
Później
przestało padać. Franek poszedł się wykąpać w morzu a potem zajął się
budowaniem czegoś z piasku. Ja natomiast pogrążyłam się w lekturze.
Siedzieliśmy tak cztery godziny. Aż w końcu po piętnastej wyszło słoneczko. Nasza cierpliwość została wynagrodzona
Już po godzinie plaża wyglądała tak:
A nasze legowisko tak:
Miła odmiana co?
Wieczorem natomiast poszliśmy na romantyczny spacer. Bo jak można być nad morzem i nie zaliczyć zachodu słońca?
cdn…
Już nie mieszkam z magistrem od fikołków. Mieszkam z przyszłym doktorem od fikołków
Dorotka dostała się na studia doktoranckie:) Niestety z tym doktorem
długo nie pomieszkam, bo nadszedł ten smutny dzień naszego rozstania:( W
przyszłym tygodniu wyprowadza się. Znalazła wreszcie mieszkanie. Plus
jest taki, że będzie teraz mieszkać dwa bloki dalej:) Drugi plus – będę
miała więcej miejsca na półkach, reszta to minusy
No ale trzeba szukać pozytywów w sytuacjach, na które i tak nic nie poradzimy. Ale wczoraj miałyśmy wielki dzień. A właściwie wielki wieczór. Zaczęło się od obcowania z Panem Sobieskim
Zasiedział się u nas trochę i na imprezę wyszłyśmy w iście hiszpańskim
stylu – dopiero o pierwszej. Ale czas został przez nas dobrze
wykorzystany. Zebrało nam się na zwierzenia. I wyznałyśmy sobie
przyjaźń. Pewnie pamiętacie mój post na ten temat, kiedy pisałam, że nie wierzę w przyjaźń. I może nadal nie wierzę, ale gdybym miała uwierzyć,
to Dorota jest osobą, którą mogłabym uznać za przyjaciółkę. Nie wiem,
może niedobrze wyszło, bo nadal twierdzę, że jak się czasami coś powie
na głos, to czar pryska. I boję się, że tak będzie w tym przypadku, ale z
drugiej strony chyba potrzebowałyśmy takiej rozmowy.
Ostatnio kiedy
poszłyśmy razem na imprezę,
Franek nie spał całą noc i czekał aż wrócimy. Tym razem też nie spał.
Tyle, że postanowił mieć mnie na oku… Zabrał kolegę i poszli z nami. Nie
powiem, nie byłam do końca zadowolona z tego obrotu sprawy, bo bałam
się, że za bardzo będzie mnie kontrolował. Ale potem pomyślałam sobie,
że nie robię przecież nic złego, więc niech i nawet kontroluje. A
przynajmniej mogłyśmy bez obaw zostawić swoje żakiety, bo kiedy
szalałyśmy na parkiecie chłopaki ich pilnowali

Bawiłam się świetnie. Rzadko chodzę na imprezy, ale jak już idę to
bawię się na całego. Nawet pasowało mi, że Franek pojawiał się znikąd w
każdym momencie, kiedy jakiś facet za bardzo starał się do mnie zbliżyć,
bo poszłam potańczyć a nie na polowanie:) A tak przynajmniej wszyscy
się szybko zorientowali, że „te panie są z ochroną”

Wyobraźcie sobie, że nawet się pytali, czy mogą z nami zatańczyć:) Dla
Franka byłam dość okrutna. Szedł dzisiaj do pracy na 10 i koło czwartej
zaczął się denerwować, że nie chcemy wracać. Nawet chciał mnie
zaszantażować:) „Albo wracamy albo wracam sam” Powiedziałam, żeby
wracał… Wiem, może trochę przesadziłam, ale ja naprawdę poszłam się
pobawić i miałam zamiar korzystać z chwili. Nie kazałam mu przychodzić,
więc nie kazałam też zostać. Ale i tak został. Ostatecznie do łóżka
kładłam się o 5:48.
Tego potrzebowałam

Co prawda dzisiaj nie czuję się najlepiej, ale było warto. Lubię jak
mi od czasu do czasu alkohol zaszumi w głowie. A zaszumiał wczoraj
porządnie:) Nawet nie pamiętałam, że obudziłam się przed ósmą i wysłałam
do Franka serię smsów:
„Kocham Cię Franuś”
„Jak mnie nie kochasz, to mi napisz”
„A jak mnie nie kochasz to też mi napisz”
„Nranuus:)” (to chyba miał być Franuś hehe)
No to już wiecie, Margolka czasem lubi się zabawić
Ps. Wybaczcie nieskładną relację, ale pisanie na kacu mi nie służy