*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 2 września 2009

Malkontenci i ironia losu.

Już od paru dni chodził za mną post o narzekaniu. Tak a propos tych wszystkich narzekających na swoje urlopy, o których pisałam parę dni temu. I tak się złożyło, że dzisiaj postanowiłam o tym napisać. Ironia losu. Ale o tym na końcu.

Narzekać nie lubię. Oczywiście nie jest tak, że nigdy mi się to nie zdarza. Ale na pewno nie jestem malkontentką. Nie lubię zwłaszcza narzekać na coś, co sobie sama wybrałam – nie wiem, na przykład na studia, na pracę, na mieszkanie. No, cokolwiek. Pewnie, że wszystko ma jakieś słabe strony i czasami powiem coś na ten temat, ale nie jest to na zasadzie marudzenia. Znam natomiast osoby, które są wiecznymi malkontentami. No naprawdę, oni nawet minę na wstępie mają skrzywioną. I potem się zaczyna narzekanie na wszystko. Dosłownie wszystko. Tak jak w przypadku naszych urlopowiczów. Bo przecież na wszystko można narzekać. Powód się zawsze znajdzie. Bo słońce świeci, bo nie świeci, bo okna za wysoko, bo za nisko, bo drogo, bo za dużo nauki – albo za mało. I tak dalej. Męczą mnie strasznie takie osoby. Ja nie uważam siebie za optymistkę. Jak zresztą napisałam w opisie siebie – wydaje mi się, że jestem realistką. Nie jestem typem osoby, która jest wiecznie uśmiechnięta i każdy dzień zaczyna pełna energii i radości. Też mi się czasem nic nie chce i nic mnie nie cieszy. Ale staram się na wszystko patrzeć realnie. Dlatego też nie mam podejścia, że wszystko jest i będzie źle, i że jak coś ma się nie udać to się nie uda. Inna sprawa, że często się martwię na zapas. Mam trochę tego czarnowidztwa w sobie, ale to chyba wynika z tego, że wolę się rozczarować pozytywnie niż negatywnie. Ale to chyba nie jest pesymizm. Bo zawsze w każdej sytuacji obok tego czarnowidzenia jest też nadzieja, że będzie dobrze. Zakładanie z góry, że wszystko się źle skończy nie jest moim sposobem na życie. Myślę, że umiem być szczęśliwa i chwilami beztroska. Kolejny raz się powtórzę, że chyba najważniejszy jest umiar we wszystkim.

I jeszcze chciałam dodać, że takich malkontentów znam sporo – i osobiście i wirtualnie – jest kilka takich blogów. Wiecie, jak czytam to mnie czasami krew zalewa, bo widzę, że ci ludzie na własne życzenie są nieszczęśliwi! Jak tylko przydarza im się coś dobrego, sami to niszczą – albo nadal narzekają albo w ogóle to odrzucają. Ludzie, jak tak można? Nie, zdecydowanie nie jestem taką osobą, bo owszem pomartwić to ja się mogę, ale na pewno potrafię cieszyć się z drobnych sukcesów. Koleżanka kiedyś tak marudziła i marudziła. Miałam już tego dość i żeby uciąć rozmowę powiedziałam, że wolę nie myśleć o tych złych sprawach skupić się na czymś pozytywnym. A ona mi na to, że ona to nazywa oszukiwaniem samego siebie. Dobra, niech będzie, że sama siebie oszukuję :)

A jak się ma do tego wspomniana na początku ironia losu? Otóż narzekać nie lubię, ale to, że akurat dzisiaj postanowiłam napisać post o nienarzekaniu to naprawdę gorzki zbieg okoliczności. Coś mi się ostatnio wiele spraw sypie. Najpierw ten egzamin, potem kłótnie z Frankiem. W pracy zrobiło się trochę nieciekawie. Ja, jako osoba dość blisko szefa, wiem o sprawach, o których niekoniecznie mogą wiedzieć inni pracownicy. A nie są to wieści ciekawe. Na razie nie wiadomo nic, więc staram się jednak nie zakładać najgorszego. Poza tym przypaliłam dzisiaj garnek. A stało się tak dlatego, bo rozmawiałam przez telefon z mamą, która powiedziała mi, że mojego wujka (tego, który jest dla mnie jak drugi tato) potrącił samochód na przejściu dla pieszych, kiedy szedł do pracy. Niby nic się nie stało wielkiego, ale jest w szpitalu. Baba się tłumaczyła, ze słońce ją oślepiało… Jakoś mnie to mało obchodzi. A w domu mi śmierdzi nie dość że spalenizną to jeszcze akurat gotowałam kalafior, więc sobie wyobraźcie te dwa smrodki. I żeby nie było że narzekam za mało – martwię się magisterką.
Narzekać nadal nie lubię. Więc teraz nie narzekam. Po prostu się martwię.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Podwójne oblicze.

Intensywny tydzień przede mną. Od razu więc proszę Was o cierpliwość i nie gniewajcie się, jeśli nie będę odwiedzała Was tak często jak normalnie. Nerwy mnie trochę jedzą, bo w pracy mam teraz gorący okres jak zwykle na początku miesiąca a do tego martwię się czy wyrobię się z magisterką.

A tymczasem za mną bardzo przyjemny weekend. Imprezowy rzec by można, bo w sobotę byliśmy z rodziną Franka na festynie rodzinnym pod Poznaniem a w niedzielę na grillu – również rodzinnym. A poza tym w sobotę wieczorem byliśmy na parapetówie. Była to impreza, o którą kłóciliśmy się od tygodnia. Już nie ważne o co dokładnie, bo kilka było tych kwestii, ale ogólnie nie chciałam tam iść. A tu niespodzianka. Bawiłam się świetnie. Mimo, że znałam tylko parę osób. Okazało się, że właściwie wszyscy byli z mieszanych towarzystw, ale jakoś się tak wszyscy zintegrowali i balowaliśmy do rana ;)
I nagle się okazało, że mam drugie oblicze hehe. Na tej imprezie były dwie osoby z pracy Franka. Nie znałyśmy się dobrze – tylko tyle, że zamieniłyśmy ze sobą parę słów, kiedy do niego przychodziłam. Raz wyszłam z nimi do pubu. Cały czas trzymałyśmy dystans. W sobotę dość szybko znalazłyśmy z Karolą (ku mojemu zdziwieniu, a przypuszczam, że ona była równie zdziwiona jak ja:)) wspólny temat. A potem przyznała, że jest zaskoczona, że ze mnie taka rozrywkowa dziewczyna – jak to określiła :) Podobnie kolega – Mietek (Mietek, to taki pseudonim hehe, podobnie jak Franek zresztą -bo może o tym nie wiecie, że Franek to nie Franek :P), u którego byłyśmy na parapetówie – znaliśmy się dość długo, ale tak się złożyło głupio, że zawsze kiedy spotykaliśmy się na imprezie, Franek wywijał jakiś numer. Mietek nawet sam w szczerej rozmowie ze mną przyznał, że myślał, że nie przyjdę, bo pewnie źle mi się kojarzy spotkanie z nim i jego dziewczyną Michą. Cóż, miał rację, ale w końcu przyszłam. W każdym razie, tym razem Franek był grzeczny (zresztą od czasu Sylwestra już nie szaleje – odpukać :)) I nie musiałam się zajmować nim i pilnowaniem, żeby się z kimś nie pokłócił ani gdzieś nie uciekł. Mogłam się zająć dobrą zabawą. Mietek cały czas powtarzał, że wiedział, że jestem fajna, ale od tej strony mnie nie znał. A ja razem z Michą i Karolą po prostu szalałyśmy po pokoju – tańcząc, skacząc, przebierając się w jakieś łachy :) Oczywiście Franek oraz dwie inne osoby, które mnie dość dobrze znały, nie były zaskoczone – w końcu nie pierwszy raz mnie w akcji widziały. Ale niektórzy mieli mnie za osobę, bardzo poważną, która nawet wypić za bardzo nie lubi (a wszystko dlatego, ze jak byliśmy w pubie akurat nie mogłam wypić więcej niż jedno piwo ze względu na egzamin następnego dnia). No to się zdziwili :)
Ale to właściwie nic nowego. Już w podstawówce i liceum ludzie nadziwić się nie mogli, że w szkole ze mnie taka wzorowa uczennica, świadectwa z paskiem miałam, wzorowe zachowanie, nawet przewodniczącą szkoły swego czasu byłam – a jak przyszło co do czego i trafiła się imprezka, to szalałam jak mało kto. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku :) Niektórzy to mi nawet zazdrościli, że tak potrafię oddzielić jedno od drugiego. A ta umiejętność do dziś mi została – bo uważam, że zawsze trzeba się zachowywać adekwatnie do sytuacji – w pracy nie będę o imprezach opowiadać, bo by mnie ludzie przestali brać na poważnie. A na fajnej imprezie nie będę siedzieć przy stole, bo skakać „nie przystoi” :)