*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Z cyklu: „Faceci…”: Franek – rozstanie

Po weekendzie wracam do mojej opowieści o Franku :) Tak jak wspomniałam, dość szybko po tym jak się poznaliśmy, przyszło nam się rozstać. Na początku tej opowieści napisałam, że dostałam stypendium  Erazmusa i miałam wyjechać do Hiszpanii. Napomknęłam o tym mimochodem Frankowi już tego pierwszego wieczoru – na imprezie, ale chyba nie do końca do niego to dotarło. No i kombinowałam jak mu o tym powiedzieć, drugi raz :) Wykorzystałam do tego celu moją koleżankę i zaczęłam rozmowę:
M: Wiesz, mam taką koleżankę. Zaczęła się spotykać z jednym chłopakiem. Od maja są razem, ale już w lipcu wyjechała do Kanady…
F: Do Kanady? Po co? I czemu nie zrezygnowała?
M: Nie mogła, bilet i wizę miała załatwione już kilka miesięcy wcześniej. Poza tym ona tam poleciała do bliskiej rodziny, nie mogła zrezygnować z tego wyjazdu, który być może nigdy w zyciu się nie powtórzy dla faceta, którego tak naprawdę wcale dobrze nie zna…
F: Ale suchar… (tak się w Poznaniu mówi na bezsens :D, jeszcze przez dłuuugi czas się śmiałam za każdym razem jak to słyszałam :), teraz już przywykłam) I kiedy wraca?
M: We wrześniu… Na trzy dni. Bo potem jedzie na stypendium do Hiszpanii. Na pół roku przynajmniej.
F: Ja bym Ciebie na pewno nigdzie nie puścił.
M: Ale musisz.
F: Bo?
M: Bo ja też jadę na to stypendium… Pod koniec września muszę tam być.
 Dotarło. Nie pamiętam dokładnie, co się działo potem. Ale nie, nie obraził się, nie zrobił awantury, nie błagał, żebym została. Ten wyjazd potem wisiał cały czas nad nami, ale jakoś się z tym pogodził. A ja? Prawdę mówiąc wyjazd nie był może spełnieniem moich marzeń, ale byłam podekscytowana. I szczerze powiedziawszy od samego początku do związku z Frankiem podchodziłam z dystansem. Nie powiem, że się nie zakochałam. Ale mogę się przyznać teraz, że nie angażowałam się tak do końca. A poza tym cały czas sobie myślałam, że jak nie wyjdzie, to się świat nie zawali, w końcu wyjeżdżam… Inna sprawa, że nie chciałam się do niczego zobowiązywać ani zarzekać, że ten związek przetrwa. Nie wiedziałam co się zdarzy w Hiszpanii. Wypadki chodzą po ludziach. 
Franek się wyjazdem bardzo martwił. Ale wiedział, że nic nie może zmienić. On się zaangażował trochę bardziej. Podobno świata poza mną nie widział – tak stwierdziła moja koleżanka, która go poznała jakiś miesiąc po tym kiedy zostaliśmy parę, wpatrzony był we mnie jak w obrazek. Jak sobie czasami o tym przypomnę, to mi się żal robi, że teraz już tak nie jest i żartuję, że muszę znowu wyjechać ;)
 Cały mój wyjazd i pobyt w Cordobie to temat na osobną notkę, więc nie będę się teraz rozpisywać. Najważniejszą rzeczą jest to, że okazało się, że ja się niespecjalnie na takie wyjazdy nadaję :) Przygoda wspaniała, ale ja bardzo tęskniłam. Za tym co polskie, za domem, za rodziną. No i za Frankiem jednak też :)
 Najciekawsze jest to, że tak naprawdę przez ten czas, kiedy byłam za granicą, poznaliśmy się lepiej niż przez te dwa miesiące, kiedy widywaliśmy się codziennie. Godzinami rozmawialiśmy przez Skype i te rozmowy bardzo nas do siebie zbliżyły. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przez tegoż Skypa się ze sobą nie kłócili. Żarliśmy się czasami na całego :) Główną przyczyną była jego zazdrość o moje wyjścia ze znajomymi… Ale potem zawsze się godziliśmy. On mnie pocieszał, kiedy płakałam z tęsknoty i z powodu mojej współlokatorki. Czasami, kiedy musiałam się uczyć, mieliśmy tylko włączoną kamerę i nie rozmawialiśmy, tylko on mnie obserwował. Albo w nocy kazał mi spać przy lampce i prze komputerze, żeby w razie czego – gdyby się obudził, mógł na mnie popatrzeć :) W tamtym czasie Franek był romantyczny jak nigdy przedtem i nigdy potem :) Pisał do mnie słodkie  listy i przysyłał mi „Świat seriali”, żebym wiedziała co się dzieje w M jak Miłość :)
 Nie mogłam na Boże Narodzenie przylecieć do Polski. On przyleciał do mnie 27 grudnia i został do 5 stycznia. Ależ byłam wtedy szczęśliwa.  A musicie wiedzieć, że to był nie lada wyczyn z jego strony. Samolot był niemieckich linii lotniczych a wylot z Berlina. Franek miał lecieć po raz pierwszy w życiu. Z obcego kraju, sam. A nie zna żadnego języka… Tak bardzo chciał się ze mną zobaczyć, że odważył się na to mimo wszystko. W Madrycie już na niego czekałam, z tym, żeby samemu dojechać do Cordoby, na pewno by sobie nie poradził :) Aj, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa :) Pamiętam jak w nocy obudziłam się i nie mogłam uwierzyć, że on leży obok, przecież tyle razy mi się to śniło… Ale jak wiadomo, takie szczęśliwe dni szybko się kończą i nadszedł czas rozstania.
 On prawie się rozpłakał na lotnisku. Ja starałam się za wiele nie myśleć, kiedy jechałam metrem na stację gdzie był mój autobus powrotny… To była prawie tragedia. Ale człowiek wiele tragedii potrafi w swoim życiu przeżyć. Zanim ja dojechałam do Cordoby, Franek już był w drodze z Berlina do Poznania… I czekał nas jeszcze kolejny miesiąc rozmów na Skypie i snucia marzeń jak to będzie, jak już wrócę…
 W lutym wróciłam. Ale nie zobaczyliśmy się wcale tak szybko. Wracałam autobusem i dojechałam do Wrocławia a stamtąd odebrali mnie rodzice i przez miesiąc jeszcze byłam w domu z nimi. Dopiero potem wróciłam do Poznania na dobre (wcześniej widzieliśmy się tylko w weekend). Od tamtej pory właściwie nie rozstawaliśmy się na dłużej niż na tydzień – i to tylko wtedy, kiedy jechałam do domu. Nie było aż tak różowo, jak sobie to malowaliśmy podczas naszych Skypeowych rozmów, ale byliśmy razem. I tak sobie nie raz myślę, że to jest dość niesamowite, że znając się tylko dwa miesiące, przetrwaliśmy potem pół roku z dala od siebie i do dzisiaj jesteśmy razem.

sobota, 12 grudnia 2009

Byle nie za dobrze ;)

Wygląda na to, że dzień dobrych wiadomości trwa. Aż w szoku jestem ;) Poszłam dzisiaj na zajęcia, ale wcześniej musiałam załatwić jedną drobną sprawę w dziekanacie. Poszła ze mną koleżanka i czekała na zewnątrz. Kiedy wyszłam Aga spytała jaki mam numer indeksu. Podałam numer i usłyszałam:
A: Jesteś na liście.
Na jakiej liście myślę se. Już mi jakieś głupoty po głowie chodziły, że czegoś nie zdałam, albo za coś mnie ścigają..
M: Na jakiej liście?
A: Dostałaś stypendium naukowe.
M: Ooo rzeczywiście. 600 zł. To stówka miesięcznie. Fajnie.
A: Sześć stówek miesięcznie…
M: ????
Kurka wodna, dostałam stypendium naukowe w wysokości sześciuset złotych miesięcznie! W ogóle się tego nie spodziewałam, bo nie wiedziałam, że studenci z jedenastego semestru mają jeszcze przydzielane stypendium. A po drugie nie wiem jak to się stało, ale nie wiedziałam, że moja średnia za ostatni rok to 5,0. No to się dzisiaj dowiedziałam.
A u promotora też było ok ;)

Wczorajsze emocje trochę już opadły i spojrzałam z dystansem na wszystko. Pewnie, że się cieszę, ale nie chcę też popadać w euforię, bo jeszcze dużo przed nami… Franek jeszcze będzie miał kilka egzaminów do przejścia i pewnie jeszcze nie raz będziemy się denerwować a może i płakać. Mam tylko nadzieję, że wszystko w miarę dobrze pójdzie…

A mi jest dziwnie ;) Kiedy pisałam pracę, ciągle myślałam sobie „jak już napiszę to…” i wymieniałam setkę rzeczy, na które miałam ochotę. A teraz… Jakoś za nic się zabrać nie mogę :) Co prawda to jeszcze nie koniec, bo będę miała poprawki do pracy no i przygotowanie do samej obrony. Ale jednak najważniejsze zrobione i to pozwoliło mi się rozluźnić. Mam tyle fajnych rzeczy do zrobienia i… nic ;) Przykład: zawsze w piątki, kiedy na drugi dzień miałam szkołę, wracałam po pracy i zabierałam się za pisanie. A wczoraj? Przyszłam, usiadłam, pomyślałam i… poszłam na bezpłatny próbny egzamin z języka angielskiego organizowany przez szkołę, w której uczę się hiszpańskiego. Do niczego nie było mi to potrzebne. Poszłam, bo miałam ochotę testy porozwiązywać. To już chyba na pracoholizm zakrawa? :))

Dzisiaj się lenię. Jutro się będę lenić. A potem tak sobie wszystko rozplanuję, żeby nie odpuścić całkiem magisterki i nie rozluźnić za bardzo (przynajmniej do obrony;)) ale jednocześnie znajdować czas na przyjemności i może w końcu znowu będę czytać osiem książek na miesiąc a nie dwie :)
Tak się dzisiaj złożyło, że Franek w pracy a wszyscy znajomi mają jakieś plany. Ale dzisiaj mi dobrze samej ze sobą. Ooo, właśnie sobie przypomniałam, że mam Redsika w lodówce. No to – Wasze zdrówko! :)