*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Po polskiemu

Jestem zniesmaczona :/ Na tyle, że aż TO musi się stać tematem mojej notki :) Ja już się całkiem poważnie zastanawiam nad zawieszeniem mojej pisaniny. Powód? W ciągu ostatniego miesiąca zrobiłam 3 – słownie: trzy – błędy ortograficzne!!! Jest to dla mnie ogromna plama na honorze i wprost nie mogę zrozumieć jak do tego doszło. Kiedy piszę ręcznie, byków nie sadzę, rączka wyćwiczona i panuje nad wszelkimi zamknięciami, kropkami, kreskami i ogonkami, natomiast tutaj?
Ja, która uczulona jestem na błędy do tego stopnia, że skreślałam z miejsca chłopaka, który mi się bardzo podobał, tylko dlatego, że zrobił błędy w smsie,
która nie mogę powstrzymać się, żeby kogoś nie poprawić, bo nie bardzo wypada (na przykład kiedy starsza <nieomylna:)> osoba, której należy się bezwzględny szacunek mówi „poszłem” lub „fakt autentyczny”,
która jako jedyna w grupie translacyjnej wiedziałam co to jest pleonazm,
która nie wierzę w absolutnie żadne „DYS-”,
która pamiętam, ze ostatni błąd popełniłam na dyktandzie w roku 2000, gdzie napisałam „książe” zamiast „książę”
zrobiłam błędy! I to jakie!

Pewnie, że zdarza mi się napisać „nie” z imiesłowem przymiotnikowym źle, bo w końcu nie jestem pewna, czy jest to w znaczeniu czasownika, czy przymiotnika. Zdarzają mi się też błędy interpunkcyjne. Zawaham się również zanim napiszę „można by” Ale to co ostatnio wyszło spod moich palców? Napisałam „zdarzać” zamiast „zdążać”; „karze” zamiast „każe”  no i wreszcie ostatnio „po kontach” zamiast „po kątach”. W pierwszej chwili tych błędów nie zauważyłam, nie podkreślił mi ich też edytor tekstu. No bo przecież każdy z tych wyrazów istnieje – i coś się zdarza, i kogoś pokarze (czymś na przykład) no i po kontach też można pobiegać. Tyle, że nie w tym kontekście :// 
Biję się w piersi. Jedyne wytłumaczenie jakie potrafię znaleźć dla tego niewybaczalnego zamachu na naszą mowę polską jest takie, żem jest niewyobrażalnie roztrzepana. Jak jajecznica wręcz. I napisałam te wyrazy w ten właśnie sposób odruchowo – z pamięci klikając na klawisze i nie czytając kontekstu. Coś strasznego. Już się boję ile błENdUw zrobiłam w tej notce :/
A więc teraz prośba. Jak zobaczycie znowu jakiś błąd popełniony przeze mnie gdziekolwiek, apeluję o zwrócenie mi na niego uwagi. Jest w blogowisku kilka strażniczek mowy polskiej podobnych do mnie, więc wierzę, iż nie omieszkają mi takiego błędu wskazać :)) Z tym, że jak znowu zrobię jakiegoś byka to nie wiem, czy nie pójdę się gdzieś zapaść, tudzież zakopać i pisać przestanę skorom tego niegodna.
No dobra, a korzystając z okazji, że już przy ortograficznym temacie jesteśmy, chciałam zaapelować Moje Kochane Ludziki do Was :) Otóż są takie błędy, które nagminnie można spotkać na blogach i nie tylko. Więc może jeśli dziś na te trzy rzeczy zwrócę uwagę , to ktoś zapamięta, że:
- Rozumieć w pierwszej osobie liczby pojedynczej można tylko i wyłącznie bez ogonka :) Czyli nie: „*rozumię” lecz „rozumiem”
- Jeśli idziemy to zawsze stąd a nie „*z tąd” a już broń Boże „*stond” :)
-No i wreszcie coś, na co jestem uczulona. Ludziki Drogie, perfumy są jak drzwi :) Tak zwane plurale tantumhttps://pl.wikipedia.org/wiki/Plurale_tantum. Czy ktoś z Was słyszał, że tam jest jeden drzew? Nie! Tylko jedne drzwi prawda? No to skąd Wam się bierze jeden perfum, czy jedna perfuma? :)
Amen.

piątek, 25 grudnia 2009

Święta nieco inaczej…

Ochhh, uwielbiam ten świąteczny czas. Choć przyznam, że zawsze podczas kolacji wigilijnej mam ochotę zatrzymać czas. Co roku jest tak samo. Ciepło, przyjemnie i wesoło. A przede wszystkim rodzinnie. Tylko raz było inaczej…
Trzy lata temu, kiedy byłam w Hiszpanii, nie bardzo miałam możliwość wrócić na święta do Polski. Początkowo opcja spędzenia Bożego Narodzenia za granicą wydawała mi się zupełnie nie do pomyślenia. Ale potem rozsądek wziął górę nad emocjami i pogodziłam się z tym… Okazało się, że dwie moje koleżanki, które przebywały w Ciudad Real – jakieś 150 km od Cordoby – również nie wracały na święta do Polski. Postanowiłam spędzić Wigilię z nimi. I wiecie co? Mimo, że tęskniłam za domem, było całkiem przyjemnie. Do dzisiaj wspominamy miło tamte święta – było tradycyjnie (na tyle, na ile pozwalała nam Hiszpania ;)), wesoło i naprawdę potrafiłyśmy stworzyć rodzinną atmosferę.
Zaczęło się ciekawie, kiedy o mało nie przesiadłam się do złego autobusu ;) Specjalnie dla mnie zatrzymano autobus jadący w kierunku Ciudad Real ;) Potem było jeszcze ciekawiej, kiedy wysiadłam na dworcu autobusowym, gdzie miała czekać na mnie koleżanka. Nie doczekałam się jej… Ani ona mnie… czekając na dworcu kolejowym :) Błogosławmy telefony komórkowe, bo nie wiem co bym zrobiła ;)
Ale potem było już raczej bezproblemowo. Mama krótko przed świętami przysłała mi paczkę, w której oprócz prezentów były między innymi suszone grzyby i kiszona kapusta :)) Mogłyśmy więc przyrządzić sobie chociaż część wigilijnych potraw. Na przykład zupę grzybową:
 
W hiszpańskim supermarkecie udało nam się dopaść „remolachas”, czyli coś jakby buraki, więc wyszło nam nawet coś jakby barszcz…:
 
…z uszkami :)]
 
Były oczywiście również pierogi z kapustą i grzybami :)
 
W końcu mogłyśmy zasiąść do wieczerzy :)) No same powiedzcie, nastrój trochę był ;)
 
A po kolacji każda z nas zajęła swój kąt w pokoju, dopadła swojego laptopa i połączyłyśmy się z Polską…
 
Nie ma to jak święta w domu. Ale tamto Boże Narodzenie również miało swój urok. Bałam się, że totalnie się zdołujemy i będziemy ryczeć po kątach. A okazało się, że potrafiłyśmy stworzyć taką rodzinną, ciepłą atmosferę. Za domem nadal tęskniłyśmy, ale tu pomogła nam technologia i Skype:) No i oczywiście własne towarzystwo, no bo same powiedzcie, czy wyglądałyśmy na smutne? ;))
 
ZDJĘCIE BYŁO I SIĘ ZMYŁO :)
 
Ps. I uwielbiam tę hiszpańską „kolędę”: klik