*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Otóż po dziesięciu dniach niedyspozycji dzisiaj nareszcie ubrałam się od stóp do głów bez większych problemów
Hurrra! Przechodzi mi. Wygląda na to, że to jednak lumbago, czyli korzonki.
W
czwartek było już lepiej, coraz lepiej się czułam, aż wieczorem poszłam
się wykąpać i później przy ubieraniu podniosłam nogę i poczułam
przeszywający ból. Czegoś takiego jeszcze nie czułam, bezwiednie
krzyknęłam a Franek, który akurat u mnie siedział przyleciał do
łazienki. Całe szczęście, że był, bo nie wyobrażam sobie co by było,
gdybym była sama. Nie byłam w stanie się ruszyć. Franek pomógł mi się
ubrać, zaprowadził mnie do pokoju. Nawet nie mogłam usiąść, taki to był
ból. Franek w tym czasie pojechał do dyżurującej apteki i przywiózł mi
plastry rozgrzewające i tabletki przeciwbólowe. Na drugi dzień odwiózł
mnie do pracy.
Cały piątek kulałam na jedną nogę i nie mogłam się za bardzo ruszać,
ale od wieczora zaczęło się już robić lepiej. Dzisiaj rano jeszcze
miałam trochę sztywne plecy, ale poruszam się już bez problemu, siedzę
bezboleśnie, leżąc mogę podnosić nogi i biodra. Nawet schylać się mogę.
Odczuwam tylko lekkie kłucie. Hurra!!Nie wiem, czy plastry mi pomogły,
czy może po prostu samo przeszło, ale na pewno nie pomogła mi pani
doktor. W tym tygodniu wybiorę się do przychodni i zmienię lekarza
prowadzącego.
Franuś się spisał, muszę to przyznać. Kiedyś jak byłam chora,
wypomniałam mu, że jest mało opiekuńczy i z obawy, że się zarazi ucieka
do siebie. A wiadomo – jak człowiek chory, to by chciał, żeby się nad
nim skakało :)) A Franek skakać nie umie. A właściwie tak mi się
wydawało, bo teraz muszę przyznać, że troszczył się o mnie aż
przesadnie. W czwartek wieczorem naprawdę się przejął i kiedy ryczałam z
bólu on całkiem trzeźwo podszedł do sprawy. Pomagał mi i położył mnie
do łóżka. Nie pozwalał mi się ruszać – nie pozwalał mi zmywać (bo się
zmęczę :)), wstawać, wszystko podstawiał mi pod nos. Nawet głowę mi umył
To dopiero była zabawa – całą mnie ochlapał wtedy i pół twarzy miałam w pianie
Cały czas się śmiałam. W pewnym momencie zaczęłam krzyczeć
„ałł,ałaaa,ała!”, ale nie mogłam nic więcej powiedzieć, bo tak się
śmiałam. Franek spanikował: „co? co? gorąca woda?”.. „nie, ałaa” i dalej
się śmieję. „No co jest, szarpię cię?? Za zimna??” A ja cały czas się
śmieję i nie jestem w stanie wydusić nic więcej niż „ała” i w końcu na
wydechu krzyczę „stoisz mi na nodze!”
Ale naprawdę muszę go pochwalić. Aż żałuję, że już zdrowieję, bo będzie mi brakowało tej troski
Nieee no, to oczywiście żarcik. Cudowne uczucie móc się znowu swobodnie ruszać.
A pochwała należy się również mojemu szefowi –
wyobraźcie sobie, że kiedy mu powiedziałam jednego dnia, że idę do
lekarza, bo plecy mnie bolą, zadzwonił potem i pytał jak się czuję. A na
drugi dzień przywiózł mi z domu poduszkę na krzesło, żeby mi się
wygodnie siedziało! Faceci bywają fajni
Dobra, na razie wystarczy o plecach. Dzisiaj o czymś „przyjemniejszym”
Opowiem Wam jak to o mało życia nie straciłam.
Przyszłam
w środę do pracy i nie mogłam włączyć monitora. Wydawało się, że jest
niepodłączony, ale oczywiście z moimi plecami niewiele mogłam zdziałać,
bo nawet pod biurko wleźć nie mogłam. Próbowałam podociskać różne
kabelki, ale nic to nie dało, bo do tego kabelka głównego nie mogłam
dosięgnąć. Nie pozostało mi nic innego, jak wyciągnąć z torebki książkę,
zagłębić się w lekturze i czekać aż przyjdzie Kier. Przyszedł o 9tej i
od razu zapędziłam go pod biurko. Trochę to trwało, ale udało się
wreszcie podłączyć monitor.
W
tym momencie przyszedł Kucharz i poprosiłam go, żeby podpisał mi kilka
zaległych papierów. Normalnie chłopaki robią to w biegu opierając się na
ścianie albo na plecach kolegi. Tym razem Kucharz usiadł z boku przy
biurku, co nawet mnie trochę zdziwiło, bo tam za wiele miejsca nie ma. I
tak podpisywał te wnioski, ja sobie przeglądałam faktury a Kier stał w
drzwiach i coś do nas mówił. Nagle usłyszałam straszny huk. To trwało
ułamek sekundy, choć kiedy o tym myślę, mam wrażenie jakby się wszystko
działo w zwolnionym tempie…
I
nagle siedzę przysypana toną papierów, segregatorów i śrubek, a
centymetr od mojej lewej dłoni leży wielki młotek, a ja nie mogę się
ruszyć… Dopiero po chwili dotarło do nas, co się stało – spadła szafka
ze ściany. A właściwie wielki regał ze wszystkim co na nim było –
dokumentami, segregatorami, rolkami fiskalnymi i skrzynką z narzędziami
(stąd śrubki i młotek… dobrze, ze piły tam nie mamy:)). Kucharz oberwał
po głowie… Musiał być w naprawdę niezłym szoku, bo pierwsze co
powiedział to: „zdążyłem wszystko podpisać?” Kier zawołał do niego: „idź
do szatni, krew Ci leci…, ja odkopię Margolkę” Podniósł regał, który
mnie przyblokował, a dla mnie nagle najważniejszą sprawą stały się te
głupie wnioski i mimo, że dookoła leżało pełno papierów, zaczęłam
gorączkowo ich poszukiwać…Też musiałam być w dużym szoku.
Po
chwili doszliśmy do siebie, Kucharz pojechał do szpitala, bo rana
wyglądała na głęboką, ja zaczęłam sprzątać, Kier wziął się za
naprawianie szafki. I nagle zaczęliśmy się histerycznie śmiać. Nie
pytajcie dlaczego. Nie wiem, ale nie mogliśmy przestać…
Po kilku
godzinach chłopaki uzdatnili moje stanowisko pracy, upewniwszy się
wcześniej (uwieszając się na nim), że regał nie spadnie.Już myślałam, że
będę mogła zacząć normalnie pracować, kiedy okazało się, że nie ma
internetu. A ten jest niezbędny, bo łączę się za jego pomocą do innych
naszych lokali. No i znowu chłopaki weszli pod biurko…
W
tym czasie przyszedł pracownik drugiej zmiany i wyrecytował na jednym
wydechu: „Czesc wszystk…a czemu te wszystkie segregatory leżą w
korytarzu na zamrażarce? I czemu tu taki bałagan w ogóle…, co to za
śruby? Dlaczego siedzicie pod biurkiem? Kucharz co ci się stało w
głowę???” Kier spojrzał na Zmianowego niczym Bazyliszek i odpowiedział:
„Zadawał za dużo pytań i oberwał po łbie…” Zmianowy zaraz zniknął, po
czym usłyszeliśmy: „Kurrr…a!”… – rozcharatał sobie nogę o śruby
wystające z jednej ze skrzynek…
A
to i tak nie był koniec wrażeń na ten dzień, bo kiedy wychodziłam,
widziałam, że chłopaki mają jakiś poważny problem z czterema klientami
(typ ABS – Absolutny Brak Szyi, jeśli wiecie co mam na myśli)… Wolałam
się nie dowiadywać o co chodzi i czym prędzej się ewakuowałam… Kiedy
przyszłam na drugi dzień do pracy i spojrzałam na kalendarz, zobaczyłam,
że 21 stycznia został wzięty w czerwone kółeczko i ktoś dopisał:
„pamiętny dzień”
W
chwili kiedy regał spadał, miałam spuszczoną głowę, nie widziałam co
się dzieje, najlepiej widział to Kier… Chłopaki twierdzą, że Kucharz
mnie uratował – gdyby nie jego łepetyna, regał, i wszystko co na nim
było, spadłby prosto na mnie, jak to Kier określił „raczej byśmy cię
całej spod niego nie wyciągnęli” Regał zahaczył o Kucharza i przez to
stracił impet i zmienił kierunek – wszystko ześlizgnęło się na ukos a
nie prościutko na mnie.
Hmm, zrobiło mi się gorąco jak pomyślałam,
że ten młotek mógł mi spaść prosto na ręce, a mebel zatrzymać się na
mojej głowie. Jeszcze goręcej mi się zrobiło, jak rozmawiałam z R. który
zbladł (tak przynajmniej poznałam po głosie, bo gadaliśmy przez
telefon;)) i usłyszałam: „Kurde, przecież to mogło kogoś zabić…” No
wygląda na to, że oszukałam przeznaczenie.
Czy ktoś jeszcze twierdzi, że praca księgowej jest bezpieczna?