*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 22 kwietnia 2010

Zapętlona i kradziej czasu

Mam za sobą dziwaczny tydzień. A w zasadzie to dwa… Bo mam wrażenie jakby się wszystko zaczęło w piątek dwa tygodnie temu. Od tamtej pory czuję się jakbym… nie była sobą. A właściwie chodzi o to, że wydaje mi się jakbym patrzyła na siebie z boku i zdumiewają mnie niektóre moje decyzje i myśli. A  od zeszłego czwartku  ogóle jest jakoś tak… dziko. Tak, to jest dobre określenie :) Dziko jest po prostu. Dziwne rzeczy się dzieją wokół mnie od tygodnia i mam jakieś dziwaczne przeczucia. Ale nawet nie umiem ich określić. Trochę jakby niepokój, do tego szczypta tęsknoty za czymś nieokreślonym. Ale jest też trochę pozytywnych uczuć. Nie umiem się określić. Chciałabym, żeby było już normalnie. Ale może nie będzie, bo i wydarzenia niecodzienne mnie czekają. Przede wszystkim podróż niedzielna…
A w ogóle to chciałam powiedzieć, że coś się ostatnio dzieje z czasem. Mam wrażenie jakbym się zapętliła :) Jakbym utknęła w jakimś momencie i nie potrafiła się z niego ruszyć, jakbym znalazła się w jakimś tunelu, na zewnątrz którego czas pędzi jak szalony. I tylko ja w takim zwolnionym tempie się poruszam. I wcale nie chodzi o to, że jestem bierna albo nie chce mi się czegoś robić. Mam wrażenie, że robię wszystko jak zwykle, tylko dziesięć razy wolniej :) O, weźmy takie blogowanie :) Nigdy nie miałam problemu z tym, żeby przeczytać codziennie wszystkie blogi, skomentować je w większości i jeszcze co nieco sklecić u siebie. A ostatnio nie wiem jak to się dzieje, ale się nie wyrabiam :) Wybaczcie mi więc ewentualne zaległości u Was, ale zawsze wszystko nadrabiam, więc na pewno i teraz mi się uda.
Mam jeszcze jedną teorię. W moim otoczeniu prawdopodobnie grasuje jakiś kradziej czasu :) Robi to bardzo subtelnie. Niemal nie zauważam, tego, że ktoś mi uszczknął trochę z mego czasu, ale wieczorem orientuję się, że gdzieś mi się podziało pół dnia :) Chyba po prostu nie mogę funkcjonować bez planu. Muszę sobie rozpisać co i jak codziennie mam zrobić a najlepiej to jeszcze dopisać do tego przedział czasowy. W przeciwnym razie jest tak jak dzisiaj – przez całe popołudnie udało mi się tylko wyprać kilka rzeczy (dodam, że ręcznie, żeby nie było, że skończyło się na wciśnięciu kilku guziczków ;)) Pozostały czas spędziłam w pozycji pół leżącej z Frankiem. Oglądaliśmy jakieś bzdury w telewizji, rozmawialiśmy również o bzdurach i robiliśmy tysiące zdjęć, żeby rozładować baterię w aparacie. Misja się powiodła. Ciekawy dzień, nie pogadasz :) Aha, z rzeczy pożytecznych – zjadłam cztery Mamby :)

środa, 21 kwietnia 2010

Sny to jedna z największych zagadek – naukowych i nie tylko. Nie można o nich powiedzieć w zasadzie nic pewnego.

Jeśli o mnie chodzi, wierzę, że sny nie biorą się one znikąd. Nie przemawia do mnie idea snów proroczych – uważam, ze nawet jeśli przyśni nam się coś, co ma potem miejsce w rzeczywistości, to albo zadziałało to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, albo sen był po prostu odzwierciedleniem naszych myśli, nadziei lub obaw i już wcześniej przeczuwaliśmy, że coś takiego się stanie. 
Czasami zdarzają się sny głupie i zupełnie bez sensu. Myślę, że wtedy sny są efektem porządków jakie robimy sobie na osobistym twardym dysku podczas nocnego odpoczynku, polegających na wymiataniu wszystkich niepotrzebnych myśli i informacji i łączeniu ich czasami zupełnie absurdalnie. I nie ma sensu przypisywanie im żadnego znaczenia :) 

W ogóle interpretacja snów to tajemnicza sprawa :) Myślę, że głównie chodzi o to, żeby potrafić odnieść sen do naszego życia. Trzeba go potraktować jako symbol, a jak wiadomo symbole mogą  mieć różne znaczenie – taki sam sen pewnie dla dwóch różnych osób znaczy co innego. W każdym razie ja zawsze robię to tak, żeby interpretacja wyszła dla mnie korzystna :) Generalnie, sny traktuję z przymrużeniem oka, ale czasami lubię się nad nimi zastanowić – zwłaszcza  kiedy śni mi się coś charakterystycznego lub jakiś sen powtarza się w różnej formie.

Jakiś czas temu często śniło mi się kilka razy, że rodzę dziewczynkę. Przeczytałam, że oznacza to odciążenie organizmu, oczyszczenie, uwolnienie się od zmartwień i kłopotów, nowe, korzystne możliwości oraz zapowiedź nowego nastawienia wobec życia. Wyobraźcie sobie, że te sny miałam na kilka dni przed obroną pracy magisterskiej… Moja podświadomość zadziałała wzorowo wysyłając mi takie sny, bo po prostu wiedziałam, że po tym wydarzeniu zmieni się jakoś moje życie, skończy się pewien etap no i uwolnię się od ciężaru jakim było myślenie o pracy magisterskiej i obronie.  Problemem jest urodzenie dziewczynki, bo podobno taki sen oznacza jakieś kłopoty i bolesne doświadczenia, ale ja zinterpretowałam to po swojemu – chociaż w ogóle nie myślę jeszcze o dzieciach, chciałabym zdecydowanie bardziej mieć dziewczynkę, niż chłopca, i w tym śnie bardzo się cieszyłam z płci dziecka. Więc uznałam to za dobry znak i swego rodzaju zapowiedź spełnienia marzeń. Jak wiecie, obrona poszła mi świetnie, dokładnie tak, jak tego chciałam :)

A dzisiaj śnił mi się samolot. A konkretnie mój lot do Irlandii. Oczywiście ma to ścisły związek z tym, że od kilku dni nic innego nie robię, tylko słucham wiadomości i co pięć minut sprawdzam stronę internetową Ławicy i mojego przewoźnika… Śniło mi się, że czekałam do ostatniej chwili na wiadomość, czy lot się odbędzie. W końcu okazało się, że tak. Miałam 30 minut na stawienie się do odprawy. A ja, kurka wodna, nie byłam jeszcze spakowana!! No i spóźniłam się o minutę :( Wbiegłam na płytę lotniska (takie rzeczy to tylko w snach:)) dosłownie parę sekund po tym jak samolot zaczął kołować. Ogarnęło mnie ogromne uczucie rozczarowania, że już było tak blisko, a jednak nie poleciałam – i to z mojej winy. Na szczęście zaraz się obudziłam.
Sen uznałam jednak za dobry znak… Część lotów z Ławicy już się dzisiaj odbywa, od jutra po południu mój przewoźnik ma również przywrócić połączenia. Prognozy mówią o tym, że na razie wulkan będzie „rzucał” lawą a nie pyłem a od jutra niebo nad Europą ma być względnie czyste… Oby… Bylebym tam poleciała, potem niech sobie wybucha co chce, jak nie będę miała jak wrócić, to już problem mojego szefa :P W każdym razie sen potraktuję jako proroctwo w tym wymiarze, że nie mogę się pakować na ostatnią chwilę :)