*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 5 maja 2010

Rzeczywistość.

Powoli nadrabiam już zaległości. Wszystkie:) W komentowaniu, w czytaniu a przede wszystkim w pracy. Chłopaki się spisali i, że się tak wyrażę, burdelu mi nie zostawili :) Jako że jestem jedyna „biurowa”zastępstwo za mnie zawsze muszą pełnić kierownicy restauracji, zostawiłam im przed wyjazdem wytyczne i dziś niniejszym publicznie ich chwalę, bo bardzo mi robotę ułatwili :) Zanim jeszcze wrócę do wspomnień urlopowych, trochę o rzeczywistości, nie takiej wcale szarej.
Bo okazało się, że powrót jest całkiem bezbolesny… Myślałam, ze będzie gorzej. Pomógł mi trochę Franek. Pamiętacie jak kiedyś, kiedyś zrobił mi niespodziankę i przyjechał do Miasteczka? Kto nie pamięta, niech przeczyta tu. Nic dwa razy się nie zdarza. A jednak :) Kiedy jeszcze nie znaliśmy jego majowego grafiku, myślałam, że przyjedzie do mnie na końcówkę Majówki. Ale okazało się, ze choć poniedziałek ma wolny, w niedzielę pracuje do północy. Zastanawialiśmy się, czy ma przyjechać mimo wszystko, ale stwierdziliśmy, że będzie zbyt zmęczony, żeby prowadzić samochód, no i że się kompletnie nie opłaca, bo przecież taka podróż to całe tankowanie. No i po10tej patrzę na telefon (jak zwykle ściszony – jak jestem w Miasteczku to zupełnie zapominam o tym urządzeniu :)) a tam pięć połączeń od Franka. Myślę Se– musi być co pilnego, bo on nigdy tak nie wydzwania. Oddzwaniam a tu Franek biedny w Przymiasteczku (bo pociągi z Poznania zawsze do Przymiasteczka jadą i potem trzeba sobie już z reguły do Miasteczka transport organizować albo czekać długo na pociąg) i nie bardzo wie co zrobić. Postanowił przyjechać po mnie choćby tym pociągiem, ale nie wpadł na to, że znowu nie będę odbierać :) Na szczęście pomyślał chwilę i postanowił iść do mojego dziadka (dobrze, ze pamiętał:) i stamtąd się ze mną kontaktować. Pojechałam po niego samochodem rodziców, a on się przynajmniej jeszcze na dziadkową jajecznicę załapał :) Nie powiem, niespodzianka znowu się udała :) Dzięki temu w popołudniowym pociągu do Poznania miałam towarzystwo Frankowe :) Chyba się za mną musiał stęsknić, że mu się przyjechać chciało.
Myślałam, że boleśnie będzie jeszcze winnej kwestii. Otóż ja – ranny ptaszek nauczyłam się ostatnio długo spać!Dziewczyny kładły się późno, długo gadałyśmy, a potem one spały, więc ja z nimi, a zresztą w Irlandii później się robi jasno, więc to też miało znaczenie.No i wstawałam dopiero przed dziewiątą (raz nawet do jedenastej spałam!) i bałam się, co to będzie jak znów będę musiała we wtorek przed szóstą wstać.Okazało się, że chyba się wyspałam na zapas gdyż położywszy się o 22 a zasnąwszy o 23 obudziłam się, uwaga, uwaga o 3:30! Myślałam, że jeszcze zasnę,ale poddałam się o 4:30, wstałam i czytałam sobie książkę :) I wcale nie byłam wczoraj wykończona ;) Kurczę, ja to bym tak zawsze chciała, przynajmniej jeszcze sobie rano coś przyjemnego zrobię. Ale dzisiaj już było trochę trudniej ze wstawaniem, choć i tak się obudziłam bez budzika,więc jest git :)
No i generalnie jest git, bo jestem wypoczęta, zadowolona i pełna energii. Aa i jeszcze pogoda jest ładna u mnie i muszę to nadmienić, gdyż wszyscy mówią, ze jest brzydka :) No to się pochwalę,ze w Poznaniu jest zimno trochę, ale słonecznie. I jeszcze niedługo tu wrócę, ale na razie muszę zjeść gołąbka, bo jeszcze mi odleci i co ja biedna pocznę?

niedziela, 2 maja 2010

Śladami Margolki.

Dzisiaj zapraszam Was na wycieczkę po Irlandii :) Zdjęć zrobiłam mnóstwo i trochę czasu zajęło mi, żeby spośród nich wybrać takie, które najlepiej streszczą to, co robiłam przez pięć dni mojego pobytu na Zielonej Wyspie. Z wiadomych względów, oszczędzę Wam widoku mojej buźki ;)
Czy to już uzależnienie? :) Zaraz po przybyciu na miejsce musiałam sprawdzić co w necie piszczy. Ale za to potem prawie nie włączałam kompa, do samego końca.  ZDJĘCIE BYŁO I SIĘ ZMYŁO :)
W poniedziałek wybrałyśmy się na wycieczkę do Galway, oddalonego około dwie godziny drogi autobusem od Limerick. Piękne miasto. W dodatku pogoda była wprost wymarzona, więc zdjęcia wyszły piękne. Uwielbiam takie kolory :)

KTO NIE WIDZIAŁ, TEN TRĄBA ;)

Podobno jakaś ważna ściana :) Ale wybaczcie moją niewiedzę. Po prostu tym razem pojechałam bardziej w odwiedziny niż na zwiedzanie ;)
A PAN DOKTOR BYŁ PIJANY I PRZYKLEIŁ SIĘ DO ŚCIANY:P
Urzekł mnie ten domek:
 
Atlantyk:

Wiedziałyście, że w Irlandii też są palmy? :)
TRZEBA POJECHAĆ I ZOBACZYĆ ;)

A to już Limerick:

MOŻE NASTĘPNYM RAZEM? :)
Trochę Gotyku:

Znajdź Margolkę :)

A może koło ratunkowe? :))


Polaków było tam mnóstwo. Mam wrażenie, że więcej niż w Poznaniu na ulicy w okolicy akademików :P Niemal na każdej ulicy taki widok:

Zobaczcie jaki parasol miała moja koleżanka! Co za kolory! Nosz prawdziwie margolkowy! Gdyby nie to, że nie zmieściłby mi się do bagażu podręcznego, już by go nie miała :) Nie mogłam się powstrzymać, żeby sobie chociaż zdjęcia nie zrobić:

TO ZDJĘCIE JESZCZE KIEDYŚ MUSI TU WRÓCIĆ :)
A tu już kolory natury. No czyż nie pięknie?

Od zawsze lubiłam włazić tam, gdzie nie wolno ;)
ŻAL TEGO ZDJĘCIA
Margolka w wersji „umcyk-umcyk” ;)

 DOSYĆ TEGO DOBREGO :)
A tu po kilku piwach :P
 
 NIC GODNEGO UWAGI ;)
Czasami jednak trzeba się przespać. To była moja norka ;)
  
Gwoli wyjaśnienia: łózko po prawej jest zajęte :) Tylko koleżanka się dobrze „zakokoniła” ;) Właścicielka lewego robi zdjęcie. Moje legowisko było wyborne – spałam jak suseł, aa, i tam był materac ;)
Lojalnie uprzedzam, że za jakiś czas większość z tych zdjęć zniknie ;)