*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Jakże inny jest mój
dzisiejszy nastrój od tego, w jakim byłam tydzień temu. Dziś jest mi
źle, bardzo źle, czuję się po prosu nieszczęśliwa i prawdę mówiąc mam
wszystkiego dość. Nie widzę w życiu nic pozytywnego, nie ma żadnych
celów, które warto by było osiągnąć.
Na
dworze piękna pogoda, idealna na weekend. Może byłaby idealna, gdybym
była w innym miejscu. Ale nie tu. Chociaż i tak wyjdę za chwilę, chociaż
postaram się jakoś przeżyć ten dzień i jutrzejszy, i następny, nawet
mimo tego, że niespecjalnie widzę w tym sens
Wybaczcie ten nastrój, mam nadzieję, że się nikomu nie udzieli.
Właściwie
ta notka powinna pojawić się w poniedziałek, ale ponieważ nie miałam
czasu, nostalgicznie będzie dzisiaj. W poniedziałek w okolicach godziny
dwudziestej po raz ostatni zamknęłam drzwi mojego pierwszego i jedynego
studenckiego mieszkania. Mieszkałam już u rodziców, w czasach liceum
mieszkałam z dziadkiem i wujkiem, przez jakiś czas mieszkałam w
Hiszpanii. Za każdym razem nadchodził moment, kiedy musiałam się
wyprowadzić. Nigdy nie było mi tak żal jak tym razem. W przypadku
mieszkań rodziców i dziadka, wiedziałam, że nie żegnam się z tymi
miejscami na zawsze – owszem, kończyłam pewien etap w moim życiu,
wywoziłam swoje rzeczy i wiedziałam, że to co było, już nie wróci, ale
wiedziałam, że nie opuszczam tych miejsc na zawsze. Nadal spędzam tam
wolne dni i święta. W przypadku mieszkania hiszpańskiego szkoda mi nie
było, bo lokum było fatalne, a do tego mieszkałam tam krótko, nie
zdążyłam się przywiązać.
Tu
mieszkałam od kiedy przyjechałam do Poznania. To było trzecie
mieszkanie, które oglądałyśmy z Dorotą i od razu się zdecydowałyśmy.
Mieszkałam tam sześć lat. Miałam tam tylko pokój, i to przez pięć lat w
zasadzie pół
Ale co tu dużo mówić – to był mój dom, tak się tam czułam. Chyba pokochałam to miejsce.
Zazdroszczę
trochę osobom, które, zwłaszcza w okresie studenckim, zmieniały miejsce
zamieszkania przynajmniej raz na dwa lata – nie przywiązywały się tak.
Mnie było ciężko opuścić tamte cztery ściany… Cóż, za zamkniętymi
drzwiami zostawiłam sześć lat mojego życia – jak na razie był to
najlepszy okres jaki przeżyłam. Wynosząc butelki po piwie wspominałam
nasze imprezy (niezbyt częste, ale jakże intensywne ;)), pakując
słowniki i książki przypomniałam sobie ile łez wylałam nad nimi –
zwłaszcza przed egzaminami. Ścierając blat w kuchni myślałam o tym, jak
siadałam na nim i się uczyłam, kiedy już w pokoju nic do głowy mi nie
wchodziło. Każdy kąt wiązał się z jakimś wspomnieniem. Nawet podłoga – a
konkretnie panele, pod które wpadł mi kiedyś pierścionek. Być może przy
okazji jakiegoś remontu ktoś go kiedyś znajdzie… Ale pierścionek nie
opowie żadnej z historii, które pamiętam, a szkoda
Wszyscy,
którzy oglądali nasze nowe mieszkanie zgodnie twierdzą, że jest
ładniejsze i bardziej funkcjonalne. Ja tego jeszcze nie widzę – nie
jestem obiektywna. To znaczy widzę, że jest ładniejsze, ale tamto było
ładniejsze… wewnętrznie
Miało duszę, tam była część mnie, tamto podobało mi się bardziej, bo
traktowałam je bardziej emocjonalnie. Cóż , już tam nie wrócę.
Spojrzałam po raz ostatni na puste ściany i zamknęłam za sobą drzwi.
Jestem
pewna, że tamto miejsce będzie śniło mi się po nocach jeszcze długo.
Kurka wodna, czy Wy wiecie jak ja tęsknię za moim skrzypiącym łóżkiem?