*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 14 lipca 2010

Inna bajka.

Nie mogę powiedzieć, że jest źle. Obiektywnie rzecz biorąc jest w porządku. Mieszkanie jest na pewno ładniejsze od poprzedniego, można nawet powiedzieć, że już się do niego przyzwyczaiłam i nie czuję się obco. Co prawda, jeszcze nie czuję „naszego” zapachu, ale w poprzednim mieszkaniu też trwało to chyba z rok zanim wchodząc czułam już znajomy, lubiany zapach. Wiecie o co chodzi, prawda? O to, ze każde mieszkanie ma swój zapach, zapach ścian, zapach sprzętów i zapach ludzi, którzy w nim mieszkają. Trochę to trwa, zanim wchodząc, poczujecie znajomą woń, a w zasadzie nie poczujecie nic, bo to już będzie Wasz zapach, którego się naturalnie nie czuje :)

Wychodzę rano, jadę do pracy, wracam – czasami Franek jest, czasami pracuje i spędzam popołudnie sama. Sprzątam, układam, oglądam jakieś bzdurki w telewizyjnym sezonie ogórkowym, wiadomości na jednym programie, drugim aż nadchodzi wieczór i czas się położyć. Kładę się do mojego nieskrzypiącego łóżka i nawet zasypiam dość szybko – tyle, że jeszcze budzę się w nocy. Rano wstaję, wychodzę… i tak codziennie. Funkcjonuję normalnie, coraz więcej rzeczy ma już swoje miejsce, wczoraj Franek miał wolny dzień więc umył okna, rozpakował do końca kuchnię, ogarnął kąty, których ja nie tknę ze względu na obawę przed pająkami. W zasadzie do posprzątania został balkon (Franek ma się tym zająć kiedy ja pojadę na weekend do Miasteczka) i jeszcze trochę drobiazgów do wypakowania. No i w salonie nie do końca odpowiada mi to, jak rozmieściłam niektóre rzeczy, ale muszę się nad tym jeszcze trochę zastanowić :)

Jak widzicie, niby wszystko jest normalnie. Ale… no właśnie, czuję się jakbym trafiła do jakiejś nie swojej bajki. Jakbym sobie żyła normalnie w jednej rzeczywistości aż tu nagle wpadł po mnie jakiś Wirek i mnie wywirował do innego czasu i na inne miejsce. Ja jestem taka sama, próbuję zachowywać się tak samo, ale wszystko dookoła mnie jest inne i rzeczywistość jakaś taka nie moja.
Nie narzekam :) Tak po prostu sobie rozmyślam :)

poniedziałek, 12 lipca 2010

Mistrzostwa.

Wróciłam dzisiaj z pracy, ugotowałam obiad, zajęłam się porządkowaniem rzeczy i tak mi zeszło do godziny dwudziestej. I nagle czegoś zaczęło mi brakować, po chwili zastanowienia mnie olśniło – mecz! Nie ma dzisiaj meczu. Przez ostatni miesiąc prawie codziennie mogłam oglądać jakiś mecz na Mundialu. Wiem, że to może dziwnie brzmieć w ustach baby, ale brakuje mi piłki nożnej :) Nie jestem jakąś wielką fanką sportu. Nie raz wkurzałam się na Franka, że umawia się na mecz zamiast iść ze mną na przykład do kina, ale lubię takie wydarzenia jak Mistrzostwa Świata czy Europy.
Mundial w ogóle dobrze mi się kojarzy… Cztery lata temu kończyłam drugi rok studiów. Byłam w trakcie sesji. Do tego zaczęłam pracę. Chodziłam na ostatnie zaliczenia, potem do biura a po powrocie jeszcze się uczyłam do egzaminów. Mimo wszystko musiałam znaleźć jeszcze czas na obejrzenie co ciekawszych spotkań na murawie. Razem z Dorotą popijałyśmy Reddsa i kibicowałyśmy – nieważne komu, ważne, że w ogóle :) Pamiętam jak uczyłam się historii Stanów Zjednoczonych a drugim okiem patrzyłam na mecz… Albo zaraz po meczu ćwierćfinałowym zabierałam się za wkuwanie literatury angielskiej. Pamiętam te upały – takie same jakie mamy teraz. Siedziałyśmy jak te krety w pokoju z zasłoniętymi żaluzjami i z nogami w miskach z zimną wodą…  Fajny to był czas, mimo, że przecież strasznie stresowałam się sesją. Ostatecznie zdałam wszystkie egzaminy, dostałam stypendium i miałam wyjechać na studia do Hiszpanii. Osiem dni po pamiętnym finale, w którym Zidane potraktował „z byka” Materazziego poznałam Franka.
Już teraz wiem, że Mistrzostwa Świata 2010 również będę wspominać jako bardzo charakterystyczne – z powodu wyprowadzki, zamieszania w życiu a także ze względu na smsy i maile wymieniane z pewną ważną kiedyś dla mnie osobą, w których obstawialiśmy wyniki.
I już teraz jestem ciekawa, jakie będą MŚ 2014 i jakimi ważnymi wydarzeniami w moim życiu będą się charakteryzować.