*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 20 lipca 2010

Margolka zołzowata.

Franek mówi, że zawsze po mojej minie potrafi stwierdzić, że coś jest nie tak. 
Przyjechałam w niedzielę wieczorem z Miasteczka i mimo, że starałam się zachowywać normalnie, wcale mi to nie wychodziło. Franek na mnie czekał. Zszedł na dół, pomógł mi wnieść na górę bagaż. Od razu zauważył, że mam na sobie nową bluzkę i nowe spodnie. Że inaczej się uczesałam. Powiedział, że ładnie wyglądam, a ja widziałam, że naprawdę mu się podoba. Prawda, że nie wszyscy faceci zwracają uwagę na takie drobiazgi? :) Weszliśmy do domu. Już w przedpokoju czekała na mnie Mamba. Potem Franek kazał mi usiąść i przyniósł kolację, którą przygotował. Później pokazywał, co posprzątał przez weekend i mówił co planuje zrobić w poniedziałek. Starałam się cieszyć tym wszystkim, ale średnio mi wychodziło.

Potem siedzieliśmy razem i ja się trochę wypłakiwałam Frankowi z tego, co mi doskwiera. Nawet miał do mnie cierpliwość… Trochę rozmawialiśmy – o tym romantyzmie też. I właśnie o tym, że on widzi, ze zawsze jak przyjeżdżam z Miasteczka, to się nie cieszę na jego widok, ale że za to często mi się coś nie podoba. I ma rację. Tak jest. Bo ja się często nakręcam. I często wracam już wkurzona o coś na niego. Może to być jakiś drobiazg. A może to być coś, co dla niego jest drobiazgiem, dla mnie już nie. Założę się, że wiele z Was nie posiada takiej umiejętności czepiania się o wszystko jak ja… I pewnie między innymi dlatego czujecie się szczęśliwsze.

Wiem, że on się stara. Niektóre z jego starań są ogromne. I wiem, że powinnam to docenić, a nie zawsze potrafię. Bo powinnam widzieć to, co dobre i na niedoskonałości przymykać oko, a mnie to nie wychodzi. Nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałam zachowaniem Franka odkąd razem zamieszkaliśmy. Jak na razie mnie nie zaskoczył, więc na pewno nie chodzi o to, że nagle zamieszkaliśmy razem i czar prysł. Raczej nie chodzi tez o monotonię, bo chyba jeszcze jej nie doznaliśmy. Na razie dużo się dzieje.

Skoro Franek się stara, ja te starania widzę i wiem, że nie mogę narzekać na wiele z jego zachowań, problem musi tkwić we mnie…  Do takich wniosków właśnie ostatnio doszłam i stąd te wszystkie moje refleksje i rozmyślania. Cóż mogę zrobić. Obawiam się, że nikt nie jest w stanie tak naprawdę sprostać moim wymaganiom. Z moim charakterkiem trudno wytrzymać, więc i tak Franek daje radę. Wiadomo, że można nad sobą pracować, a nawet trzeba. I ja staram się modyfikować niektóre zachowania, ale z drugiej strony mimo wszystko, mimo tej mojej zołzowatości, lubię siebie a gdybym się za bardzo zmieniła, już nie byłabym sobą…  A Franek mówi, że mnie kocha jednak.
I tak muszę przyznać, ze zrobiło mi się lepiej od niedzieli. Poza tym porozmawiałam z Frankiem o tym wszystkim i chyba trochę mi ta rozmowa pomogła. No to dosyć smęcenia na dzisiaj :) I może nawet niedługo napiszę o czymś bardziej pozytywnym. Na przykład o pozytywnych stronach wspólnego mieszkania, bo nie myślcie sobie, takie też są :)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Nie potrafię kochać?

Nawiązując do poprzedniego wpisu: może nie „wciąż”, bo przecież całkiem niedawno pisałam, że czuję się szczęśliwa. Ale jednak czegoś jest mi brak. Czasami potrafię ten brak jakoś zagłuszyć, zignorować, zapomnieć o nim. Ale potem to odczucie wraca ze zdwojoną siłą. Zaczynam rozmyślać, czuję się z tym źle. 
 
Mam wrażenie jakby brak mi było miłości. I nie chodzi o to, że nie jestem kochana. Chodzi o to, że nie jestem pewna, czy ja kocham. Tak, zaczynam o tym mówić głośno.
Słyszę od Franka, że mnie kocha. Na swój sposób mi tę miłość okazuje. Ale on nie jest romantyczny, więc na początku tych romantycznych gestów bardzo mi brakowało. Potem się przyzwyczaiłam. A potem dotarło do mnie, że ja chyba jestem romantyczna jeszcze mniej. Tylko, że ostatnio zaczęłam się zastanawiać, czy zawsze taka byłam, czy po prostu zmieniłam się w ostatnim czasie. Pamiętam doskonale, że kiedyś było trochę inaczej. Kiedyś to mi się nawet wydawało, że jestem romantyczką. Ale zmieniłam zdanie. I tu pojawia się kolejne pytanie – czy zmieniłam się, bo w gruncie rzeczy romantyzm nie leży w mojej naturze, a ja jako nastolatka po prostu naczytałam się za dużo romansów, czy coś na mnie wpłynęło. A w zasadzie nie coś, tylko ktoś.
   Czasami zastanawiam się, czy gdyby Franek był inny, to czy ja też byłabym inna. W rozmowach on przyznaje, że nigdy romantyczny nie był i nie potrafi taki być. Ale mówi też, że ode mnie także nie słyszy wyznań miłości, że nieczęsto okazuję mu czułość. I ja przyznaję mu rację. Słowa „kocham Cię” słyszę od niego przynajmniej dziesięć razy częściej niż on ode mnie. Nie umiem wyjaśnić, dlaczego tego nie mówię. Na moim blogu chyba nietrudno zauważyć, że nie należę do osób, które potrafią pisać/mówić o miłości. Nie rozpływam się nad żadnym uczuciem, nie rozpływam się nad każdym mniej lub bardziej romantycznym gestem ze strony Franka. 
Zazdroszczę Wam trochę tego, że potraficie tak pięknie pisać o Waszej miłości. Że piszecie o swoich Skarbach, Ukochanych i różnych takich. Czasami też bym tak chciała. Chciałabym znajdować się w euforii spowodowanej miłością, chciałabym, żeby radość ze spędzania czasu z ukochaną osobą przesłaniała mi całą resztę. A ja tak nie potrafię. I tego mi brak.