*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 11 sierpnia 2010

Chillout.

Achhhh… Tak, w takie dni jak dzisiaj to mogę sobie myśleć, że niczego mi nie brakuje. Naprawdę od jakiegoś czasu huśtawki nastrojów jakie miewam są nieznośne. Ale nie potrafię nic na to poradzić. Jednego dnia jest mi po prostu źle – albo czuję, że czegoś mi brak, albo wyszukuję jakiegoś mniej lub bardziej realnego problemu, albo po prostu odczuwam ten niepokój, o którym tyle rozmawiałyśmy pod ostatnią notką… A kolejnego dnia staram się spojrzeć na wszystko inaczej i nawet mi się to udaje. Staram się cieszyć tym, co mam i to również mi wychodzi…

Zaczęło się wczoraj. Po południu nie byłam w najlepszym nastroju. Wypłakałam się Frankowi. W pewnym momencie nawet się trochę wkurzył, ale potem wysłuchał mnie, pocieszył… Ucieszyło mnie, że mimo, iż miał dzisiaj do pracy na później, położył się wczoraj razem ze mną. Przyszedł do sypialni przed dziesiątą, więc mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby porozmawiać a potem razem zasnąć. Rano okropnie nie chciało mi się wstawać, ale jego „no, musisz wstawać kochanie” mnie zmobilizowało. Choć powinno zdemobilizować :P W końcu 5:50, a ja muszę wynurzać się spod ciepłej kołderki, podczas gdy Franek tylko się w nią głębiej zakopuje ;) Ale jakoś dałam radę. Potem już poszło gładko, bo lubię poranki. Lubię szybką krzątaninę – przygotowywanie śniadania przy wiadomościach w radio, potem szybka konsumpcja przy artykule z Claudii, no i wreszcie najlepsza część – zagłębienie się w lekturze książki podczas jazdy do pracy :)

Dzień w pracy upłynął mi szybko. Przyjechałam do pustego co prawda domu, ale za to czekał na mnie obiad, który Franek przygotował przed wyjściem do pracy. A potem odwiedziła mnie koleżanka ze studiów. Ala przyszła obejrzeć nasze nowe mieszkanie. Spędziłyśmy cudowne popołudnie i wieczór. Siedziałyśmy sobie na balkonie w wygodnych fotelach wytachanych z salonu. Na stoliku czekoladki, delicje truskawkowe (seria limitowana ;)), kawka dla Ali, soczek pomarańczowy dla mnie i oczywiście Carlo Rossi California Rose.  Na dworze ciepło, przyjemny wietrzyk rozwiewał nam włosy, z pokoju sączyła się delikatna muzyka z Chilli Zet… A my? No cóż my mogłyśmy robić? Gadałyśmy, gadałyśmy i gadałyśmy. A zawsze jest o czym :) O studiach, wspólnych znajomych, pracy, Franku oraz o moim szefie, który jest jej osobistym facetem mniej więcej od tego samego czasu, od kiedy moim jest Franek :) ( W końcu to właśnie z Alą komisyjnie zakopywałyśmy kaktusa :P) Spotkania z nią zawsze poprawiają mi humor. Zwłaszcza z jednego konkretnego powodu, o którym nie będę już dzisiaj pisać, ale kiedyś do tego wrócę.
Umówiłyśmy się już na kolejny raz. Mam nadzieję, że niedługo. A tymczasem może jeszcze uda mi się zajrzeć do „Dziedzictwa” Philippy Gregory. A potem położę się i śniąc będę czekać na Franka… :)
Więcej takich chilloutowych dni poproszę.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Niepokój.

Zawsze byłam osobą, która się wszystkim bardzo przejmuje. Już jako dziecko często budziłam się w nocy i nie mogłam ze zmartwienia zasnąć ponownie. Czasami sprawy były błahe, ale dla mnie urastały do ogromnych problemów. Pamiętam jak jeden raz obudziłam się i przypomniałam sobie o jakichś klockach do zabawy. Przypomniało mi się, że część z nich się zgubiła. I nie mogłam zasnąć z powrotem, bo tak strasznie było mi przykro, że dostałyśmy te klocki od rodziców a część się zgubiła. Wiem, że to może się wydawać Wam śmieszne, mało które dziecko przejmowałoby się z takiego powodu. Ale ja tak, bardzo się tym martwiłam. Miewałam jeszcze kilka takich zmartwień. Czasami były też sprawy poważniejsze – choć nadal na miarę mojego – jeszcze jednocyfrowego wieku. Ale bywały też zmartwienia bardzo poważne, jak choroba babci, czy pechowe wydarzenia w domu. Rzadko rozmawiałam z rodzicami o tym, co mnie gryzło. Zwykle moje smutki odbijały się na kiepskim apetycie, czy kłopotach ze snem. No i przede wszystkim tym, że wymiotowałam w nocy. Bywały okresy, kiedy zdarzało mi się to kilka razy w tygodniu. Mama nie nadążała z praniem pościeli. Rodzice jeździli ze mną po lekarzach, doszukiwano się problemów z wątrobą i nerkami, a ja teraz z perspektywy czasu myślę sobie, że to wszystko było rezultatem stresu i zmartwień, jakie w sobie miałam.

Takie zamartwianie się mi zostało do dziś. Oczywiście sprawy zwykle są poważniejsze :) Ale przyznaję, że wiem, że czasami martwię się za bardzo. Teraz staram się do wszystkiego podchodzić bardziej racjonalnie, choć przyznaję, że i tak nie zawsze mi wychodzi. Nie potrafię żyć z dnia na dzień, owszem bywa, że jestem spontaniczna, są sprawy, które odsuwam od siebie, bo wydaje mi się, ze jakoś to będzie. Ale niestety równie często przejmuję się czymś, na co nawet nie mam wpływu.

Ostatnio dość często odczuwam jakiś trudny do sprecyzowania niepokój. Niby jest dobrze, czuję się w porządku, mogę nawet być w dobrym nastroju, ale czuję, że we mnie siedzi jakiś lęk. Nie jestem pewna czego on dotyczy, chociaż wydaje mi się, że chodzi o przyszłość. Zaczęłam się ostatnio martwić sprawami, którymi wcześniej niespecjalnie się przejmowałam. Wiem, że często jest to irracjonalne, a przede wszystkim zupełnie niepotrzebne, ale nie umiem sobie z tym poradzić. Staram się wyciszyć te wszystkie emocje i myśli, ale gdy tylko one wyczują moją słabość, wyłażą na wierzch. Niestety.

Nie, nie chodzi o to, że jestem w dołku. Zdecydowanie tak nie jest. Śmieję się, śpiewam, żartuję. Nadal sprawia mi przyjemność to, co zawsze, zwykle jestem w dobrym humorze. A jednak mam jakieś takie złe przeczucia. Nawet nie wiem czego dotyczą, ale bardzo chciałabym, żeby sobie poszły.

No proszę, notka miała być zupełnie o czymś innym :)) Ale jak usiadłam to słowa jakoś tak same popłynęły :)
A teraz mam do Was pytanie – przyznawać mi się w komentarzach, kto lubi łańcuszki. A jak ktoś nie lubi, to niech pisze wyraźnie :) Mam w zanadrzu kilka, z których chciałabym się wywiązać, no a później, jak to w przypadku łańcuszków bywa, muszę wytypować kilka osób. Chciałabym potem uniknąć czytania na Waszych blogach czegoś w stylu: „nie znoszę łańcuszków, no ale ta wredna Margolka mnie wytypowała, więc niech już jej będzie” :P