*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 18 sierpnia 2010

Kilka spraw.

Jest tyle spraw, o których chciałoby mi się napisać ;) Tyle różnych tematów, tyle wątków do poruszenia. Tyle chęci i jakaś blokada. Tak więc w skrócie o wszystkim po troszku:

* jutro po południu zaczyna się już weekend :) uff, jak dobrze, Franek pracuje, więc jadę do Miasteczka; moja radość jest tym większa, że jadę pociągiem, co oznacza możliwość pogrążenia się w lekturze na cztery godziny w jedną i cztery w drugą stronę :); nie wspominam już nawet o oszczędnościach na paliwie ;)

* przywożą nam dzisiaj pralkę; głupia Margolka, nie może się doczekać aż nie dorwie instrukcji w swoje łapki i nie nastawi pierwszego prania; z tej okazji (tak tak, z okazji przywiezienia nowej pralki :P) odwiedzają nas dzisiaj rodzice Franka i będziemy komisyjnie oceniać pracę nowego sprzętu AGD :)

* pamiętacie Kochanka Dziewicy? ahh, przez ostatnie kilka dni byłam wsiąknięta, że tak to określę, w inną powieść Philippy Gregory „Dziedzictwo”; uwielbiam książki, którymi niemal żyję, które powodują, że po ich odłożeniu, czuję się, jakbym znajdowała się w innej rzeczywistości; niestety 611 stron minęło i z żalem odłożyłam książkę; a dziś w internecie doczytałam, że książka ta ma jeszcze dwie kontynuacje, jupi! :), już się nie mogę doczekać; ale zanim udam się do biblioteki, przeczytam resztę z mojego stosiku lektur obowiązkowych :) a wysoki dość jest…

* w następny weekend szykujemy z Frankowatym pierwszą imprezę; parapetówkę niby, ale że mieszkanie nie nasze, będziemy się starać przekwalifikować ją na nasiadówkę pod tytułem „oblewanie pralki”, na chwilę obecną ma być (bez nas) czternaście osób. Łolaboga! Może nie wszyscy przyjdą :P (mam tylko nadzieję, że moje dziewczyny będą)

* a niedługo zdaje się wyruszymy na długo wyczekany urlopik do Zakopanego, dzisiaj ostatecznie okaże się ile dni urlopu dostanie Franek, ja się do niego dostosuję i śmigniemy; mam nadzieję, że funduszy nam wystarczy

* strasznie szybko mi ostatnio czas mija, ale tak mi się zdaje, że jeszcze nie na tyle szybko, żeby nam się jesień zrobiła, prawda? a pogoda w sierpniu jest już bardzo jesienna :( kurczę, nie podoba mi się to, co się dzieje – mega długa, bardzo zimna zima, prawie wcale wiosny, bo ciągle lało, i lato trwające – ile? miesiąc upałów i to by było na tyle chyba; ehhh, ja to bym chciała, żeby tak przez pół roku było 20-25 st, delikatne słoneczko, leciutki wietrzyk, mogłabym nawet z lata zrezygnować na rzecz tego

* nie wiem gdzie się podziała moja umiejętność jako takiego przelewania myśli na papier – a w zasadzie na ekran w tym wypadku :) i chociaż mam tyyyyle do napisania, siedzę i nie umiem; jakieś zaparcie piśmiennicze mam :P jakby ktoś tę moją umiejętność znalazł, to przekażcie jej, że czekam aż wróci :)

wtorek, 17 sierpnia 2010

„Kontrola”

Kiedy Franek pracował jeszcze jako kucharz, lubiłam wpadać do niego do pracy. Czasami przychodziłam coś zjeść, ale częściej po prostu posiedzieć. Bywały dni, kiedy klientów nie miał za dużo, mogliśmy więc porozmawiać. Ale czasami ruch był spory, a ja siedziałam mimo wszystko – czasami nawet godzinę, dwie. Tylko siedziałam i przyglądałam się jak pracuje. Nie wiedzieć czemu, lubiłam go tak obserwować.
Kiedy zaczął nową pracę, nie mogłam się doczekać, kiedy będę mogła go „skontrolować” :)) Przy pierwszej okazji, kiedy jeździł po południu, umówiliśmy się na przystanku początkowym i przejechałam się z nim całe kółko. Od tamtej pory zdarzyło mi się to jeszcze kilka razy. Przyznaję, że za pierwszym razem, to się nawet trochę stresowałam :)) Franek był kierowcą dopiero od miesiąca, zdarzały mu się jeszcze drobne błędy, a mnie się robiło gorąco, kiedy tylko zahaczył przednim kołem o krawężnik przy przystanku :) Ale teraz jeżdżę już zupełnie bez obaw.

To oczywiście żart z tą kontrolą, bo nie o to chodzi :) Ja po prostu naprawdę lubię obserwować go w pracy – obojętnie w której. Mam o tyle fajnie, że i w poprzedniej pracy, i teraz mogę po prostu udawać zwykłą klientkę. 
W ogóle tramwajami i autobusami zawsze bardzo lubiłam jeździć bez celu. Kiedy przyjechałam do Poznania, zdarzało mi się po prostu wsiadać w tramwaj jakiejś linii i przejeżdżać całą trasę, zwiedzając w ten sposób miasto. A teraz mam dwa w jednym – mogę sobie jeździć po mieście a do tego obserwować Franka :) Aa, no i przy tym wszystkim oczywiście czytam sobie książkę :) W takiej sytuacji mogę sobie jeździć całymi dniami :P

Nauczyłam się już obliczać mniej więcej kiedy będzie na którym przystanku. Zdarzają mi się oczywiście pomyłki, bo różnie bywa na drodze – korki, awarie, czasami Franek ma jakąś niezaplanowaną przerwę, ale generalnie prawie zawsze trafiam idealnie :) Zwykle czekam na przystanku początkowym, ale na przykład wczoraj podjechałam sobie niemal na drugi koniec miasta i mój widok na przystanku zaskoczył Franka :) A ja sobie po prostu siadam grzecznie z przodu autobusu i czytam książkę, zerkając od czasu do czasu w stronę okna. Lub Franka :) Ale to już rzadziej, w końcu nie chcę go rozpraszać :) Czasami udaje się tak, że przy przystanku końcowym Franek ma przerwę, możemy więc chwilę porozmawiać, czasami przynoszę mu kanapki, innym razem po prostu wsiadam, dojeżdżam do końca i wracam do domu… 

Pewnie wielu osobom wyda się to dość dziwne :) Ale ja bardzo lubię te wyprawy. Po pierwsze sam fakt objeżdżania całego miasta. Po drugie ta możliwość obserwacji :) Franek w pracy wydaje mi się zupełnie inny niż na co dzień w domu :) Taki poważny, dystyngowany :) Zwłaszcza teraz w mundurze. Lubię jak czasami spojrzy na mnie szybko i mrugnie okiem albo się uśmiechnie dyskretnie. Lubię kiedy tak jesteśmy blisko siebie, a wyglądamy, jakbyśmy się w ogóle nie znali – ot, dwójka obcych ludzi, kucharz i klientka, kierowca i pasażerka. I dopiero kiedy dojeżdżamy do przystanku, na którym chcę wysiąść uśmiecham się, macham na pożegnanie, a on posyła mi buziaka – dopiero wtedy okazuje się, że się znamy :)