*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
A w kuchni mamy drugie tyle :)
Nasze
pierwsze wspólne grzybobranie – ja kiedyś jeździłam zawsze z tatą.
Potem już tylko on jeździł i przywoził grzyby, które ja czyściłam.
Franek zawsze jeździł sam, bo ja zawsze byłam w pracy. A grzyby i tak
trafiały na konto jego rodziców (a grzyby mojego taty były jedzone tylko
u nas na Wigilię :)). Teraz po raz pierwszy będę mogła zrobić zupę
grzybową, pierogi z kapustą i grzybami, albo uszka z suszonymi grzybkami
poza sezonem
Fajnie
było tak razem chodzić po lesie. Chociaż przyznam, że jest to dla mnie
traumatyczne przeżycie – kilka razy Franka o mało o zawał serca nie
przyprawiłam moimi wrzaskami. Myślał, że może jakiś dzik na mnie naciera
a tymczasem wlazłam w pajęczynę. No cóż, na swoje usprawiedliwienie mam
tyle, że ja tego zawału też prawie dostałam, bo boję się bardzo
pająków. A za ślimakami na grzybach też nie przepadam…Ale mimo wszystko
było fajnie
A
później miło było, kiedy siedzieliśmy razem i czyściliśmy to, co
zebraliśmy. To znaczy Franek czyścił a ja nawlekałam na nitki
W
całym domu pięknie pachnie. I wiecie co? Doszłam do wniosku, że zapach
grzybów daje mi poczucie bezpieczeństwa. Pewnie dlatego, że kojarzy mi
się z domem…
No to się lenimy. Gdyby nie resztki kataru i lekarstwa, które ciągle jeszcze bierzemy, zupełnie zapomniałabym, że chorowaliśmy
Już nawet nie mam wyrzutów sumienia
No powiem Wam, że od wtorku niewiele pożytecznych rzeczy robimy
Zrobiliśmy pranie, prasowanie i wysprzątaliśmy mieszkanie. Poza tym
gotujemy (dzisiaj na przykład ulepiliśmy razem 60 pierogów), ale oprócz
tego całe dnie spędzamy na totalnym nicnierobieniu. Aż dziwne, że w nocy
spać możemy, bo wydawałoby się, że jak człowiek aż tak wypoczęty
będzie, to nie będzie miał czego odsypiać
Ale błogie lenistwo powoli dobiega końca. Ja już pojutrze idę do
pracy. Franek od środy. Trzeba się trochę zmobilizować do działania. Ja
na przykład staram się zabrać za uporządkowanie wszystkich drobiazgów i
papierów, które upchnęłam we wszystkich możliwych szafkach po
przeprowadzce. Nie mam pojęcia co mam z tym wszystkim robić??! Notatki
ze studiów mam w miarę uporządkowane i akurat one niespecjalnie mi
wadzą, ale mam mnóstwo mniej lub bardziej ważnych świstków i nie wiem
jak się odkopać
Będę to chyba robić do końca roku – a to i tak może być wersja optymistyczna
Plan jednak mam ambitny i zamierzam się z tym wszystkim jakoś rozprawić
W zasadzie to nie przeraża mnie wizja poniedziałkowego pożegnania z
urlopem. Bardziej fakt, że kiedy się będę budziła, będzie jeszcze ciemno
Przed urlopem było już szarawo… Tego najbardziej nie lubię w jesieni i
zimie – wieczorem może się ściemniać szybciej, nie przeszkadza mi to
tak bardzo jak ciemne poranki. Ale pewnie i do tego przywyknę
Jak zwykle. Czas płynie nieubłaganie, ale muszę przyznać, że chyba nie
mam do niego o to pretensji. A wręcz czasami mi się wydaje, że jestem
mu za to wdzięczna. Jakby to było beznadziejnie, gdybyśmy się tak
zapętlili. Nie wiem jak Wy, ale ja bym zwariowała
A tymczasem kończę tę notkę w konwencji „stream
of consciousness” zapewniając Was, że powoli nadrabiam również
zaległości na Waszych blogach, chociaż jeszcze idzie mi to dość opornie
Ale zawsze prędzej czy później mi się to udaje