*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 26 września 2010

Margolka podbija rynek pracy, część I

Wiem, że mam dużo szczęścia, bo mogę powiedzieć coś, co wielu osobom nie przeszłoby przez gardło: bardzo lubię swoją pracę. Bywają chwile, kiedy wręcz ją uwielbiam. A od półtora roku w zasadzie chyba nie było momentu, kiedy pomyślałam, że jej nie lubię. Owszem, mogłam zdenerwować się na pracowników, mogłam się wkurzyć na dostawców, mogłam przeklinać na sprzęt albo psioczyć na szefa przez krótką chwilę, ale nigdy nie pomyślałam, że mam dość i ze rzucam tę robotę. 

Ale bywało różnie. Kilka razy wspominałam coś na ten temat na blogu, ale z pewnych względów postanowiłam zebrać wszystkie moje przemyślenia w jedną notkę. A właściwie w kilka :) Lojalnie uprzedzam, że i bez podziału jej na kilka postów jest co czytać:)

POCZĄTKI:
Zaczęłam pracę po drugim roku studiów – na wakacjach. Pracowałam popołudniami od poniedziałku do piątku jako pomoc biurowa u szefa J., którego pewnie pamiętają jeszcze osoby, które czytają mnie od początku (hmm, są takie? :)) albo przeczytały mojego bloga razem z archiwum. Potem wyjechałam do Hiszpanii a na moje miejsce zwerbowałam Dorotę, która szczerze nie znosiła tej roboty :) Za każdym razem jak rozmawiałyśmy mówiła, że jak wrócę, mam natychmiast przejąć z powrotem posadę :) Było mi to na rękę, bo lubiłam tę pracę a poza tym wiedziałam, że nie znajdę innej, którą będę mogła pogodzić z moimi studiami. Byłam na trzecim roku, studiowałam dziennie, pisałam pracę licencjacką, do tego musiałam nadrabiać różnice programowe powstałe w wyniku mojego pobytu na stypendium zagranicznym a oprócz tego kilka razy w tygodniu, popołudniami chodziłam jeszcze do pracy. Ale dałam sobie radę ze wszystkim. 

PRZEŁOM?
Przyszły kolejne wakacje i znowu przychodziłam codziennie popołudniu. Aż któregoś dnia okazało się, że kolega, któremu pomagałam, odchodzi. Miałam nadzieję na stałą posadę… Dodatkowo rozbudziła je moja koleżanka, która chciała ze mną pracować i już rozmawiała na ten temat z szefem J. To było prawie pewne. Tylko, że rozmawiałam z nią przez telefon – ostatniego dnia mojego urlopu. I kiedy wróciłam nagle się okazało, że kolegę ma zastąpić Kapuś. Nie wiadomo skąd się wziął, ani ja, ani koleżanka nie wiedziałyśmy co to za jeden. Wszystko rozegrało się za naszymi plecami. Uprzedzam pytania i domysły – to nie był żaden znajomy szefa J… Po prostu J. bywa męskim szowinistą i nie jeden raz pokazywał, że kobiety według niego służą tylko do ozdoby a do pracy niespecjalnie się nadają. Było mi przykro i czułam się ogromnie zawiedziona. Poszłam porozmawiać z J. i dałam mu do zrozumienia, że nie wiem na czym stoję, bo jakby nie patrzeć trochę zrobił mnie w konia… Zrobiło mu się chyba trochę głupio (nie, ludziom takim jak on raczej się głupio nie robi :), ale można powiedzieć, że zainteresował się moim losem), podrapał się po głowie i zawołał R, który był jego prawą ręką i, jak się okazało, właśnie przestawał nią być, bo otwierał własny lokal… Zapytał, czy przypadkiem nie potrzebuje kogoś do zorganizowania biura. R potrzebował – i to bardzo. Był zadowolony, że przynajmniej szukanie pracownika na to stanowisko ma z głowy.

PIEKŁO/NIEBO :)
Wiadomo jednak było, ze u R. nie będzie tak dużo pracy co u J., który prowadził trzy lokale. Ostatecznie miałam pracować normalnie osiem godzin od rana – dwa razy w tygodniu u R pod Poznaniem i trzy razy w Poznaniu u J. Byłam zadowolona, chociaż niestety wykluczało to możliwość pracy na umowę o pracę, bo to jednak były dwie różne spółki i w żadnej z nich nie byłabym w stanie wyrobić etatu. Pomijam już fakt, ze J. był bardzo niechętny zatrudniania kogokolwiek na umowę o pracę.  

Bardzo lubiłam pracę u R i jeździłam tam z ogromną przyjemnością. Natomiast praca u J nie jeden raz doprowadzała mnie do łez. Nie było tragicznie, ale szłam tam często z niechęcią, źle się czułam w tamtym biurze, z Kapusiem współpracowało mi się fatalnie i w ogóle nie mogłam się z nim dogadać (zresztą nie tylko ja). Do tego J. niestety nie należy do osób, które doceniają pracowników- i wcale nie chodzi mi tu o kwestie finansowe. Był zawsze uprzejmy, zwykle zachowywał się jak dobry kumpel, ale byłam świadkiem różnych sytuacji i kilka razy miałam wrażenie, że bardzo wykorzystuje swoich pracowników. Nie był to wyzysk, bardziej chodzi o to, że nie potrafił nikogo pochwalić, nigdy nie był zadowolony z czyjejś pracy, nawet, gdy pracownicy bardzo się angażowali w pracę. Jeśli chodzi o mnie o pracowników biura, często miałam wrażenie, że mnie i koleżankę traktuje pobłażliwie (zwłaszcza mnie), a do tego często pół żartem pół serio mówił o całej naszej trójce „darmozjady”, bo przecież pracownicy kuchni i sali przyczyniali się do zwiększenia obrotów, my natomiast tylko zajmowaliśmy się papierkową robotą, nic tylko przeliczaliśmy, kalkulowaliśmy, siedzieliśmy przy kompie a do tego zużywaliśmy sprzęt biurowy (no wiecie – tusz do drukarki, taśmy klejące, spinacze :P) a co gorsza przynajmniej raz w tygodniu podsuwaliśmy mu faktury od kontrahentów do zapłaty. Doprawdy, żadnego z nas zysku nie było, same straty :D
Zupełnie inaczej było u R., on zawsze dawał do zrozumienia jak bardzo docenia moją pracę. Zarabiałam u niego mniej, a czułam się o wiele bardziej wartościowym pracownikiem. R dbał o pracowników i zawsze był wobec nich uczciwy, gdy pojawiała się jakaś kwestia sporna, zawsze rozstrzygał ją na korzyść pracownika.

KRYZYS:
Pracowałam w ten sposób prawie dwa lata – rozpoczynałam tydzień przyjemnym poniedziałkiem u R i kończyłam go w piątek. Od wtorku do czwartku jakoś dawałam radę przemęczyć się u J. I generalnie zniosłabym wszystko, bo nie było tak źle, gdyby nie Kapuś. On wykańczał mnie wręcz psychicznie. Był moim zmiennikiem, więc rzadko byliśmy w biurze w tym samym czasie, a mimo tego często szłam do pracy z lękiem – co tym razem wymyślił? O co będzie miał pretensje? Do czego się przyczepił? Kogo podkablował? Zdarzało mi się z nim ścierać, ale on był jeszcze większym szowinistą niż J. i mnie, koleżanką a nawet szefową (żonę J.) traktował nie z pobłażaniem, ale wręcz pogardliwie. Źle mi tam było. Miałam dość. Stwierdziłam, że dłużej tego nie zniosę…

piątek, 24 września 2010

Nowa ustawa.

Nie podoba mi się ta nowa ustawa. Mam na myśli to, że od 2011 roku, 6 stycznia ma być dniem wolnym od pracy (chyba, że się nasz Senat lub Prezydent pod tym nie podpiszą).
Prawdę mówiąc nie widzę sensu takiego stanu rzeczy. Po co ten dzień ma być wolny? Bo mnie się wydaje, że tylko po to, żeby sobie ludzie robili trzytygodniowe superdługie weekendy. Chociaż i tak wydaje mi się, że całkiem sporo osób wcale na tak długą nieobecność w pracy nie będzie mogła sobie pozwolić – początek miesiąca, ba! przełom roku – w wielu miejscach pracy jest to okres zamykania jednego okresu i przygotowywanie się do kolejnego. Taki wolny dzień ni z gruchy ni z banana w środku tygodnia będzie tylko przeszkadzał.
Pewnie, że fajnie jest móc legalnie nie iść do pracy, ale ja po prostu uważam, że jeśli już chcieli zrobić koniecznie jakiś dodatkowy wolny dzień, to lepszy byłby na przykład Wielki Piątek – kiedy wszyscy szykują się do świąt wielkanocnych. Albo 2 listopada – tuż po Wszystkich Świętych, kiedy to ludzie jeżdżą zwykle po całej Polsce a i tak na drugiego muszą być w pracy, co czasami jest nie lada sztuką…
Niektórzy mówią, że polskiej gospodarki po prostu nie stać na dodatkowy dzień wolny. Od razu mówię, że sprawami gospodarczymi nie interesuję się na tyle, żeby obiektywnie to stwierdzić. Ale być może wyjdzie na to samo, skoro w zamian za tego 6 stycznia, odebrane zostaje nam prawo odrabiania sobie dnia wolnego, kiedy święto przypada na przykład w niedzielę… Słyszałam dziś wypowiedź jakiegoś eksperta, że to i tak w rzeczywistości było stosowane tylko w urzędach. Ale to nie do końca tak – bo nawet jeśli faktycznie nie było tak, że na przykład ja czy Franek nie mogliśmy sobie nie pójść do pracy w poniedziałek, jeśli 3 maja wypadał w niedzielę, to jednak etat w danym miesiącu był o te osiem godzin zmniejszony. Ja miałam płacone nadgodziny, a Franek miał mniej kursów w miesiącu. I jakoś wydaje mi się to rozsądniejsze i dla nas, zwykłych zjadaczy chleba bardziej korzystne niż ten wolny 6 stycznia :)
Ale możliwe, że się nie znam. Powtórzę się – nie podoba mi się ta ustawa, ale może ktoś mnie przekona? Bo ja po prostu nie widzę żadnego powodu, dla którego Trzech Króli miałoby być dniem wolnym – argumenty, że tak było pięćdziesiąt lat temu, ani to, ze tak jest również w Hiszpanii czy Niemczech jakoś do mnie nie przemawiają. A jeśli to sprawa wiary – wierzący i praktykujący i tak zwykle dadzą radę pójść tego dnia na mszę, czy pracują, czy nie… Więc jeśli ktoś mógłby mi przedstawić jakieś logiczne i przekonujące argumenty, to ja bardzo poproszę, no bo może ja się tu niepotrzebnie upieram przy swoim zdaniu? :)
Ps. I mimo tego, że to mi się nie podoba, oczywiście przeżyję fakt, że nie będę musiała iść tego dnia do pracy :) Naprawdę, i przypuszczam, że jeszcze będę się z tego cieszyć w dodatku :P O ja niekonsekwentna! :)