*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 9 października 2010

Podróż sentymentalna.

Wróciłam na stare śmieci. Rodzice Franka wyjechali na weekend na jakąś wycieczkę a my pilnujemy Brutusa i od wczoraj śpimy u nich w domu. Wczoraj wieczorem wyglądałam sobie kilka razy przez okno i spoglądałam w stronę okien mojego dawnego mieszkania… Najpierw było ciemno, potem jedno się rozjaśniło – okno „nie mojego” pokoju. „Moje” nadal było ciemne. Wspominałam czas, kiedy we wcześniejszych latach szłam nocować do Franka i sprawdzałam na przykład, czy Ela jest w domu. Kiedy zaświeciło się również „u mnie”, przypomniałam sobie czas jeszcze wcześniejszy, kiedy zaglądałam, żeby sprawdzić, czy Dorota już wróciła albo czy już poszła spać. Patrzyłam na zasłonięte rolety i odtwarzałam w myślach wygląd tego pokoju. Tu łóżko, obok stół… Mój kolorowy kalendarz na ścianie, mój bałagan pod stołem i mnóstwo szpargałów na parapecie…
Wiem kto tam teraz mieszka. Wróciła tam moja wcześniejsza współlokatorka, jeszcze z czasów przed Elą. Potem wyprowadziła się, bo chciała mieszkać z siostrą, kiedy ja się przeprowadzałam, znalazłam kilka jej rzeczy, zadzwoniłam i od słowa do słowa okazało się, że szukają mieszkania. Nie jest to moja bliska koleżanka, ale od czasu do czasu się widujemy (pomagała mi na przykład przy wyborze studiów podyplomowych) albo ona dzwoni do mnie z jakimś mieszkaniowym pytaniem. I akurat traf chciał, że zadzwoniła do mnie dziś, kiedy siedziałam u Franka, powiedziałam, że zaraz u niej będę.
Bez problemu przypomniałam sobie kod od domofonu – ba, ja go nawet nie zdążyłam zapomnieć, palce same mi go wystukały. Dziwnie było mi pukać w „moje” drzwi. Przedpokój wcale się nie zmienił, wchodziłam do siebie, ale zapach już nie był mój. Kiedy weszłam do „mojego” pokoju zobaczyłam sporo zmian… Ustawienie mebli takie samo, ale to już nie jest mój pokój. Niby nie wiele się zmieniło, ale jednak – nie moje rzeczy, nie mój klimat. Przede wszystkim miałam wrażenie jakby pokój był zagracony :) I nie chodzi o to, że był bałagan, po prostu ja miałam mnóstwo rzeczy, ale raczej małych, Asia miała więcej luzu na półkach, ale za to wszystkie jej sprzęty są większe – większe łóżko, większe biurko, dodatkowe krzesło i druga pralka, której nie miały gdzie wcisnąć, więc stoi sobie w kącie :) To wszystko razem sprawiło, że wiedziałam, że to już nie to samo miejsce :) Przyjemnie mi się tam siedziało, wyczuwałam jeszcze moje wibracje, które pozostały w murach po tych sześciu latach :) Ale cóż, to już nie jest mój dom.
Miło było tam wrócić. W dodatku jeszcze zbieg okoliczności sprawił, że akurat przyszła właścicielka mieszkania i z nią też trochę pogawędziłam :) Widocznie właśnie dziś miałam się tam znaleźć.
Przyznam, że myślałam, że oswajanie się z nowym mieszkaniem zajmie mi więcej czasu, poszło całkiem szybko. Myślałam też, że stare będzie częściej gościło z moich snach – a tymczasem przyśniło mi się raptem dwa, trzy razy. I jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, dzisiaj czułam się w tym mieszkaniu tak samo jak w jednym z tych snów – zresztą śniłam właśnie o tym, że odwiedziłam Asię. Nie miałam wrażenia, że jestem u siebie, ale wiedziałam, że przyszłam tylko w odwiedziny w miejsce, które kiedyś było mi bardzo bliskie.

Pewnie, że trochę tęsknię, ale bardziej za tamtymi czasami, niż za samymi czterema ścianami. Dotarło do mnie, że tak naprawdę najbardziej szkoda mi okolicy a nie samego mieszkania. Cóż, teraz jest inny czas, być może za kilka lat znowu będę go wspominać z sentymentem (oby:))
 Jedno jest pewne – ostatnie sześć lat i wszystkie miejsca towarzyszące mi w tym okresie na zawsze będą mi w jakiś sposób bliskie. Zawsze będą mi się kojarzyły z pierwszymi latami samodzielności, z dojrzewaniem i z beztroską.

czwartek, 7 października 2010

Domowy handel wymienny.

Jesteśmy trzy. Trzy baby. Ja, moja siostra i moja mama. Ja i moja mama podobno wyglądamy jak siostry. Ja i moja siostra podobno nie jesteśmy do siebie w ogóle podobne. Generalnie rzecz biorąc moja siostra jest podobna zupełnie do nikogo :) Trochę można się doszukać w niej mojego wujka, trochę mojego taty. Niektórzy też stwierdzają, że jest podobna do mojej mamy. Koleżanka na przykład stwierdziła, że to, że jesteśmy siostrami można poznać tylko po tym, że obie jesteśmy podobne w jakiś sposób do mamy. 

Z nas wszystkich ja jestem najwyższa. Mam aż 158 cm wzrostu. Siostra jest niższa o trzy centymetry, mama o pięć. Wszystkie mamy podobną figurę, aczkolwiek różnimy się w miejscach strategicznych. Któraś ma chudsze nogi, inna szersze biodra, kolejna mniejsze wcięcie w talii itd. To wszystko razem wzięte stwarza spore możliwości kombinacji jeśli chodzi o wymienianie się ciuchami :)

Mówię Wam, to całkiem fajna sprawa jest. Ja jestem ta szersza w biodrach, więc niestety nie ma szans, żebym się z mamą i siostrą wymieniała spodniami. Ale na przykład siostra kilka razy odziedziczyła po mnie jakieś spódnice. Mama ciągle pożycza od niej dżinsy, a jak jej bardziej przypasują, to już nie oddaje :) Ja z siostrą zwykle wymieniam się kurtkami czy wdziankami. Generalnie od niej pożyczam zwykle torebki i dodatki, bo jeśli chodzi o ubrania to z mamą prowadzimy intensywny handel wymienny. Głównie chodzi o to, że moja siostra ma trochę inny gust niż my dwie i dlatego bluzki, żakiety i sweterki to domena moja i mojej mamy. Mamy nawet kilka ciuchów kupionych na spółkę – każda ma prawo do przechowywania danej części garderoby na przykład przez dwa tygodnie :) Tyjemy w różnych miejscach, więc często jak coś się zrobiło na mamę za ciasne, jest szansa, że będzie pasować na mnie – i na odwrót :) Kiedy kupuję coś bardzo dopasowanego, czego nie mogłabym nosić w razie gdybym przybrała na wadze, zawsze zastanawiam się, czy w razie czego będę to mogła oddać mamie lub siostrze. Każda z nas ma zaliczony przynajmniej jeden taki zakup dla siebie, który po przemyśleniu sprawy lądował w szafie innej – począwszy od bielizny, przez bluzki, na butach kończąc.

No właśnie – buty to niestety trudniejsza sprawa. Ja mam najlepiej. Noszę rozmiar najbardziej standardowy 36/37, więc nie mam większych problemów z zakupem obuwia. Najgorzej natomiast ma mama z rozmiarem 34/35 – również ze wskazaniem na pierwsze. Siostra jest po środku. Obuwie musi być dopasowane, więc niestety w tym wypadku wymiana nie jest tak swobodna. Moje buty, nawet lekko przyciasnawe na siostrę nie pasują. Ale ona kilka par po mamie dostała :)

I tak trwa ten handel wymienny już od kilku lat. Mama przed imprezą pracowniczą dzwoni do mnie, żebym przywiozła jej to i tamto, bo chciałaby pożyczyć. Przed wycieczką dzwoni do siostry po jeansy. Ja do Miasteczka na weekend zabieram mało ubrań i przeważnie nie trafię z pogodą, więc w niedzielę rano stoję przed szafą mamy i szukam czegoś co będzie pasowało do torebki siostry i moich butów :) Mamy nawet jedną sukienkę weselną, w której wystąpiłyśmy wszystkie trzy. Rzecz jasna na na różnych weselach :) Wiecie jaka to oszczędność? :) No i frajdy też trochę jest, bo jakby nie było takie przekazywanie jest całkiem zabawne, nie wspominając już o tym, że zawsze jest szansa na coś nowego do ubrania :)