*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 27 października 2010

Bo nie ma czasu na to, żeby tracić czas…*

Nie mam na nic ostatnio czasu. Tak sobie myślę od kilku dni. 
Cały czas coś robię, cały czas gdzieś biegnę, cały czas jestem zajęta.

No bo taki poniedziałek na przykład – wracam z pracy – w dodatku dwadzieścia minut później (w dwadzieścia minut można naprawdę wiele rzeczy zrobić), bo spóźniłam się na autobus. Nic to, przynajmniej jeszcze więcej stron w książce przeczytałam. No więc, wracam, jem szybki obiad, nastawiam pranie i biorę się za gotowanie zupy – żeby była na wtorek. Ledwo zdążam – właśnie zakręciłam gaz pod garnkiem, kiedy słyszę sygnał telefonu – Dorota daje mi znać, że wsiada do tramwaju. To oznacza, że muszę wyjść z domu, żeby spotkać się z nią na skrzyżowaniu – idziemy na aerobik. A ja jeszcze nie ubrana! No to biegiem – spodnie, adidasy, ręcznik i woda do torby, lecę. Godzinne zajęcia a potem sauna. Wygrzewamy się godzinę w 85-ciu stopniach, przerywając co piętnaście minut na zimny prysznic. Potem idziemy do mnie. Szybki prysznic, suszenie włosów, po dwa piwka. W międzyczasie, prowadząc rozmowy z Dorotą, ogarniam trochę pokój, wieszam Frankowe koszule, składam spodnie, chowam moje torebki… Dorota wychodzi, przychodzi Franek, kładę się trochę później, w trakcie wymiany kilku smsów z taką jedną niedyskretną ;)
We wtorek przed siódmą jestem w pracy. Wracam przed czwartą. Franek ma wolne, proszę go o rozmowę. Rozmawiamy prawie godzinę o wszystkim. Dostaję smsa od Doroty, że ma jakąś kontuzję i nie da rady pójść na aerobik, zastanawiam się, czy iść bez niej. Ale Franek proponuje odwiedziny u rodziców. Zgadzam się i jedziemy. Siedzimy tam dwie godzinki grając w „Pędzące żółwie” i rozmawiając. Po powrocie jeszcze parę minut rozmowy telefonicznej z mamą a potem biorę się za przygotowanie obiadu na dziś (Franek mi pomaga).  Później jeszcze szybkie prasowanie, składanie bielizny, zerknięcie na blogi i padam. Jednym okiem czytam jeszcze kilka artykułów w gazecie i o 22:15 gaszę światło.
Budzik dzwoni mi o 5:50, budzę się w objęciach Franka – nawet nie wiem, kiedy się koło mnie położył. Wysuwam się więc i wszystko zaczyna się od nowa… Po południu czeka mnie dentysta, no i dziś aerobiku nie odpuszczę. Jutro spotkanie z koleżanką i muszę się jeszcze spakować, bo jadę na weekend do Miasteczka.

Nie mam na nic ostatnio czasu – myślę sobie. Ale po chwili myślę sobie coś jeszcze – jak to nie mam na nic czasu, skoro udaje mi się codziennie zrobić coś dla siebie, poczytać, porozmawiać z bliskimi a jednocześnie jakoś daję radę sobie z codziennym kieratem? Chyba jednak nie jest tak źle… Na wszystko czas się znajdzie, tylko trzeba to trochę zorganizować. I przyznaję – jeszcze nie miałam czasu zerknąć na notatki ze studiów. Ale mam zamiar zrobić to dziś po aerobiku. Może trochę mniej czasu mogę spędzać na blogowisku, trochę mniej czytam, ale cóż, trzeba sobie jakoś tak wszystko rozłożyć, żeby udało się liznąć wszystkiego. Będę się starać nadal a może z czasem nawet trochę zwolnię :) Mam czas na wszystko…

*zdaje się, że to myśl Tadeusza Kotarbińskiego…

poniedziałek, 25 października 2010

Wszystko dla ciała.

Ostatnio karmię ciało… Wiadomo, że trzeba zadbać i o ducha i o ciało. Ostatnimi czasy skupiłam się bardzo na tym pierwszym. Sporo czytałam – czasami wręcz nic nie robiłam po powrocie z pracy, tylko siadałam w fotelu i zagłębiałam się w powieści. Innym razem oglądałam seriale. Dobra, wiem, mało ambitne, ale jakby nie było pokarm dla ducha jakiegoś rodzaju to jest – no bo na pewno nie dla ciała :) Za to ambitniej było na zajęciach z zarządzania dystrybucją czy prawa transportowego… Poza tym mój duch dokarmiany był muzyką klasyczną, ze wskazaniem na Chopina – z racji trwającego trzy tygodnie konkursu chopinowskiego. Konkurs się skończył, stwierdziłam, że teraz czas na ciało.

W sobotę po powrocie z uczelni wsunęłam na szybko pierogi, które zostawił mi na obiad Franek (a pierogi oczywiście domowe, robione własnoręcznie przeze mnie i przez Franka właśnie jakiś czas temu, zamrożone i czekające na okazję :)), poprawiłam makijaż i wyruszyłam w miasto. Umówiłam się z koleżanką. Poszłyśmy na piwo. Popiłyśmy je wiśniówką, po czym Anka stwierdziła, że jest głodna. Za mną od kilku dni chodziła ochota na jakieś śmieciowe żarełko (a tak, lubię, nie przesadzam z tym, ale mówcie sobie co chcecie – dobre to jest i już :)), myślałam, że może pójdziemy do jakiejś budki z fast foodem, ale Ania miała ochotę na prawdziwy obiad. Zaprowadziła mnie do… pierogarni :P Tak długo mnie namawiała i kusiła (mimo zapewnienia, że pierogami to ja już się dziś najadłam), że ostatecznie zamówiłam porcję i dla siebie. Ale żeby nie było, wzięłam tym razem leniwe :) Do tego wypiłyśmy jeszcze po piwku i poszłyśmy… na piwko do pubu :) Długo nie balowałyśmy, Franek kończył pracę po północy, więc przyjechał po nas i porozwoził do domu. Położyłam się i zasnęłam jak zabita. Dawno mi się tak dobrze nie spało, zawsze się wybudzam, kiedy Franek kładzie się później, a tym razem dopiero o szóstej wyciągnęłam rękę, żeby sprawdzić, czy jest obok :) Nie czułam się specjalnie rześko, więc zasnęłam z powrotem i spałam aż do 10:15, co zdarza się niesamowicie rzadko… A obudziłam się tylko dlatego, ze zdziwiło mnie niesamowicie, że Franek wstaje przede mną. No to to się już chyba nigdy nie zdarza… :)  

Franek zajął się śniadaniem, a ja dochodzeniem do siebie. Potem przyszła kolej na mnie i zabrałam się za obiad – placki ziemniaczane. Ledwo skończyłam je smażyć, Franek musiał wychodzić do pracy, a ja odebrałam telefon od Doroty z propozycją nie do odrzucenia. Pojechałyśmy sobie pod Poznań na basen – taki z masażami wodnymi, zjeżdżalniami no i przede wszystkim z jacuzzi, w którym spędziłyśmy najwięcej czasu. Potem uczyniłam zadość jeszcze mojemu pragnieniu śmieciowego jedzenia i zjadłam talerz frytek :) Tak oto skończył się mój weekend.

A dzisiaj idziemy jeszcze z Dorotą na aerobik i do sauny. Potem na piwko. Aha, i żeby nie było – na aerobik to ja chodzę cały czas regularnie, nawet wtedy, kiedy skupiam się na duchu :) W październiku zwiększyłam częstotliwość do dwóch-trzech razy na tydzień :) W ramach tego dbania o ducha, powinnam jeszcze się wybrać do fryzjera i kosmetyczki. Ale u tego pierwszego byłam całkiem niedawno, a na drugą chwilowo funduszy brak (ach ta logistyka :)) Poszłam więc sobie… do dentysty. No co? W końcu to też jest dbanie o ciało, nieprawdaż? :) Na szczęście choćbym nawet kilka lat nie odwiedzała przybytku dentystycznego, szkody na moim uzębieniu zawsze są minimalne, więc strachu przed stomatologiem nie odczuwam. A to dziwne, w końcu to też biały fartuch, co więc z moim syndromem? :)