*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 17 listopada 2010

Porozmawiajmy o pogodzie :)

Jak to jest, że choćbym bardzo chciała, nie umiem oglądać prognozy pogody? Mimo, że siedzę przed telewizorem, zawsze ją przegapię :)) Kiedy kończą się wiadomości sportowe staram się być w pobliżu telewizora, bo wiem, że to już, zaraz, jak tylko przelecą reklamy. Wreszcie prognoza się zaczyna i jakaś Omena albo Jarek zaczynają mówić o prądach, wiatrach i w ogóle całej Europie. Wyłączam się. Kiedy się włączam z powrotem, jak dobrze pójdzie, jestem jeszcze w stanie zobaczyć jaka pogoda będzie za trzy dni, jak nie pójdzie dobrze, lecą napisy końcowe. Prawie zawsze tak mam wrrrr.. :)
 
Gdyby nie wzmianka na blogu, to teraz nie pamiętałabym, że w zeszłym roku pierwszy śnieg w dużej części Polski spadł już 15 października ;) A lubię pamiętać takie drobiazgi. Dlatego też, kiedy w niedzielę wyszliśmy na spacer termometry wskazywały 17 stopni, słoneczko pięknie świeciło i wręcz wiosnę czuć było w powietrzu, powiedziałam Frankowi, że muszę o tym na blogu napisać, żeby to uwiecznić. Puknął się w czoło i stwierdził, że już chyba nie mam o czym pisać.
A właśnie, że mam :) Mam całą listę tematów, o których chcę napisać, tylko czekam na okazję, a tymczasem ciągle do głowy wpada mi coś nowego :)  Ale dzisiaj będzie właśnie o pogodzie, czyli o tym, o czym rozmawia się zawsze wtedy, kiedy nie ma o czym mówić :) 

Kiedy spotykam się z ludźmi, których słabo znam, to choćbym nie wiem jak się starała, żeby tego nie robić, zwykle pierwszym zdaniem po „cześć” albo „dzień dobry” jest: „ale tam zimno!”, „ale pada!” :) Wdzięczny temat, pasuje w każdych okolicznościach, tyle, że jest biedny tak napiętnowany, że jak tylko się zacznie mówić o pogodzie, to już wszyscy wiedzą, że te oto dwie osoby nie mają wspólnych tematów (przynajmniej na razie :)))

Wracając jednak do sedna – pogodę tej jesieni mamy jednak piękną. Ok, bywa szaro, mokro i ponuro, jak na brzydką jesień przystało, ale mnóstwo dni było pięknych i słonecznych. A przede wszystkim, cały czas jest ciepło. Tylko przez parę dni miewaliśmy lekkie przymrozki w nocy. Oczywiście zima zbliża się wielkimi krokami i tych niskich temperatur nie da się uniknąć, w końcu za dwa tygodnie grudzień mamy, ale cieszę się niezmiernie, że nie sprawdziły się te pesymistyczne prognozy, że od października ostra zima przyjdzie.

Wybaczcie więc ten „zapchajdziurowy” temat, ale musiałam to uwiecznić, żeby w przyszłym roku, kiedy będę się trzęsła z zimna w listopadzie zajrzeć sobie tu i pomyśleć: „a w zeszłym roku było taaak fajnie” :) Kolejna notka pogodowa być może będzie jeśli będziemy mieli wiosenną zimę. Albo zimową wiosnę :) 

A tymczasem pogody ducha Wam życzę :)

poniedziałek, 15 listopada 2010

Co mogę napisać?

Czytam czasami Wasze notki pełne czułych słów w odniesieniu do Waszych Drugich Połówek. A w zasadzie Połówków powinnam napisać :) Jak już niejednokrotnie tutaj pisałam, ja tak nie potrafię. Mnie nawet czytanie zbyt czułych wyznań wprawia w zakłopotanie i powoduje, że czuję się raczej przesłodzona niż wzruszona :) Ale czasami sama czuję, że coś wewnątrz mnie przepełnia, coś na kształt pewnego uczucia. Którego za nic nie potrafię wyrazić, a już na pewno nie opisać. Myślę ciepło o Franku i nie potrafię nic powiedzieć w taki sposób, żebym była pewna, że to jest „moje”. A bywa, że naprawdę chciałabym ten moment przez chwilę zachować, zarejestrować gdzieś ten stan mojego serca. 

A mogę co najwyżej napisać o tym, że zawsze kiedy przychodzę do domu Franek włącza komputer. Bo zauważył i zapamiętał, że zawsze kiedy wchodziłam do domu, zanim zdjęłam buty podchodziłam do laptopa i go włączałam. W czasie, kiedy się rozbierałam, komputer się uruchamiał i dzięki temu mogłam pd razu zasiąść do blogowania. Franek robi to teraz za mnie. Pytam wtedy: „po co włączyłeś komputer?” „Dla ciebie” – słyszę.
Mogę napisać, jak zaraz po wiadomościach idę się myć a kiedy wychodzę, słyszę, że w kuchni gotuje się woda. Pytam więc: „Nastawiłeś wodę?” „Tak, na herbatę dla ciebie”. Bo wie, że lubię oglądać „Na Wspólnej” pijąc gorącą herbatę owocową.

Mogę jeszcze napisać, że kiedy wracam z Miasteczka wchodzę zawsze do mieszkania wysprzątanego na błysk. A na szafce czeka na mnie Mamba.

I jeszcze, że zwykle chodzę spać pierwsza. A potem często nawet nie wiem, kiedy On się kładzie koło mnie i tylko budzę się zdziwiona, że nie wiem jak to się stało, że nie pamiętam kiedy mnie objął. Albo z kolei czuję, że się kładzie obok, że głaszcze mnie po policzku albo całuje w czoło. I nawet się uśmiecham, nawet chcę coś powiedzieć, ale nie zdążam, bo zasypiam z powrotem i dopiero rano wiem, że chciałam coś powiedzieć, ale już nie pamiętam co…

Mogę też wspomnieć, że przepuściłam dzisiaj dwa autobusy,które mogły mnie zawieźć z pracy do domu, bo chciałam wsiąść w ten, który prowadził Franek. Rozum podpowiadał mi, że mogę być godzinę wcześniej w domu… Ale coś, co rozumem nie jest, chciało spędzić chociaż te 30 minut w autobusie obok Niego, to coś chciało wymienić z nim uśmiech i zobaczyć jak macha mi, kiedy wysiadam pod domem.

Mogę napisać, że od kilku miesięcy idę do sklepu i sama z własnej woli kupuję mleko, chociaż nigdy tego nie robiłam, bo mleka nie piję. Ale Franek je pija litrami.

I że kiedy wiem, że On ma wrócić za pół godziny z pracy to jakoś nie mogę usiedzieć w miejscu i co chwilę zerkam na zegarek. Dziwne, nigdy tak nie czekałam na powrót współlokatorek do domu…

Mogę co najwyżej opisać kilka epizodów z naszego życia. Pisanie inaczej, jakoś mi nie idzie i na samą myśl, zawstydzam sama siebie.