*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 28 listopada 2010

Między nami, człowiekami.

Zastanawia mnie często, jak to jest, że ludzie się lubią albo nie :) Wydaje mi się, że za to odpowiada pewien rodzaj chemii, która występuje między nami. I nie chodzi mi wcale o relacje damsko-męskie, a nawet wolałabym się skupić na zupełnie czymś innym.
Zauważyłam już niejednokrotnie, że zwykle pierwsze wrażenie, jakie ktoś na mnie zrobi, okazuje się trafne. Nawet jeśli czasami się zdarza, że w pierwszej chwili mam o kimś nienajlepszą opinię a później zmieniam zdanie, to na końcu okazuje się, że i tak miałam rację od samego początku… Przyznam, że niewiele razy się pomyliłam.

Jestem osobą, która lubi towarzystwo. Nie polega to może na tym, że muszę mieć wokół siebie mnóstwo ludzi, bo wręcz przeciwnie – w większej grupie czuję się bardziej anonimowa i zwyczajnie nie chce mi się odzywać, bo być może nie ze wszystkimi chce mi się gadać :) Ale zdecydowanie w każdej sytuacji lubię sobie znaleźć kogoś, z kim można się wymienić informacjami, spostrzeżeniami, zażartować…
Jako, że jestem otwartą osobą, nie jest dla mnie problemem podejść do kogoś, zapytać o coś, uśmiechnąć się. Tak też było podczas pierwszych zajęć na studiach podyplomowych. Kiedy weszłam, w sali było tylko kilka osób. Instynktownie usiadłam koło dziewczyny, która stylem ubierania się i sylwetką przypominała mi moją dobrą koleżankę. Zagadałam do niej parę razy, ona też o coś mnie zapytała, ale jakoś tak… źle jej z oczu patrzyło :)) Zanim rozpoczęły się zajęcia, wymówiłam się tym, że słabo widzę (co akurat było prawdą) i bez żalu przesiadłam się o kilka ławek bliżej. Kolejnego dnia, siedziałam sama na korytarzu, a obok mnie usiadły dwie dziewczyny, podchodząc, uśmiechnęły się i przywitały. Zapytałam je o coś i nawiązałyśmy grzecznościową rozmowę. Podczas zajęć nie siedziałyśmy koło siebie, ale jedna z nich – Ada – zagadywała mnie od czasu do czasu, dzięki czemu nie czułam się głupio, jako osoba naprzykrzająca się. Tydzień później, na kolejnych zajęciach w sposób zupełnie naturalny zajęłyśmy miejsce obok siebie, przerwy spędzałyśmy razem i naprawdę zdumiewające jest to, jak szybko się dogadałyśmy. Widziałyśmy się dopiero na czterech zjazdach a bardzo szybko poczułyśmy się w swoim towarzystwie swobodnie na tyle, żeby jedna drugiej poprawiła kołnierzyk, czy ściągnęła włosy z ubrania :) Nawiązałyśmy nić porozumienia, która pozwoliła nam na żarty sytuacyjne, niezrozumiałe dla innych, wymianę porozumiewawczych wspomnień i nieco złośliwe stwierdzenie, że tamtej (co to usiadłam koło niej na początku) naprawdę źle z oczu patrzy i ani razu się nie uśmiechnęła. Na każdej przerwie nie możemy się nagadać i wcale nie oznacza to, że opowiadamy sobie historie całego życia. Tak po prostu wyszło, że złapałyśmy dobry kontakt i dobrze czujemy się w swoim towarzystwie.

Przy okazji ostatnich zajęć zauważyłam, że cała grupa (jest nas około 30 osób) siedzi rozproszona. Zwłaszcza dziewczyny. Każda w swoim kąciku, przerwy spędzają osobno. Oprócz mnie i Ady są jeszcze dwie pary dziewczyn, które siedzą zawsze razem, z tym, że one chyba znały się już wcześniej. Nie jest oczywiście tak, że nikt do kogo się nie odzywa, ale nie widzę w tych ludziach potrzeby nawiązania jakichś relacji z innymi, co mnie bardzo dziwi. Ja zawsze starałam się w tłumie znaleźć jakąś bratnią duszę*. Dzięki temu mam wielu znajomych z różnych kręgów i kiedy na przykład kurs hiszpańskiego dobiegł końca, ja nadal spotykam się z koleżanką na nim poznaną w kawiarni, z dziewczynami ze studiów zaocznych utrzymuję kontakt, mimo, że jedna jest w Toruniu a druga we Włoszech. Z jedną taką bratnią duszą, którą wyłowiłam z tłumu (a w zasadzie ona mnie wyłowiła, bo pomyślała, podobnie jak ja o niej zresztą, że jestem osobą, do której warto podejść i się przedstawić) łączy mnie serdeczna więź* już ponad dziesięć lat – mowa o Dorocie.

Od ludzi wysyłających jakieś negatywne fluidy staram się trzymać z daleka. Nie lubię takich, którzy nie odpowiadają na powitanie, są gburowaci, nie uśmiechają się i zawsze na coś narzekają. Unikam też osób protekcjonalnych i cwaniaczkowatych. I, no cóż, nie ocenia się książki po okładce, ale nie szukam na siłę kontaktu z tymi, którzy zrobili na mnie złe pierwsze wrażenie.

* proszę nie mylić z przyjaźnią, to nadal jest słowo, którego nie stosuję w odniesieniu do moich relacji z innymi ludźmi

piątek, 26 listopada 2010

Nic.

No i dopadło mnie… Zaparcie blogowe :) Usiadłam z zamiarem napisania tego i owego. I nic. Nie idzie po prostu. Tysiąc pomysłów, a żaden jakoś nie chce się zrealizować na piśmie :) Chyba więc sobie dzisiaj odpuszczę jakiekolwiek zaplanowane wcześniej rozważania.
Przypuszczam, że to wina ostatnich dni, rozregulowanych nieco, ze względu na moje L4. Kiedy ściągnęłam opatrunek, okazało się, ku mojej ogromnej radości, że mogę niemal normalnie funkcjonować. Postanowiłam więc jak najbardziej efektywnie wykorzystać ten dodatkowy czas wolny i zabrałam się za porządki. Przeprowadzka miała miejsce już prawie pięć miesięcy temu, a ja wiele rzeczy upchnęłam po prostu do szafek i nie miałam czasu ani (co będę ściemniać) ochoty, żeby się za to zabrać. Od środy ogarnęłam całkiem sporo papierzysk. Przede wszystkim posegregowałam wszystkie moje notatki ze studiów. Mają to do siebie, że szkoda ich wyrzucać, bo przecież zawsze mogą się przydać do odświeżenia języka, czy jako pomoc naukowa w nauczaniu innych. Ogarnęłam już trzy z pięciu szafek, których zawartość chcę przejrzeć, trzeba przyznać, że prace posuwają się do przodu, chociaż tempo jest raczej żółwie, bo nigdy nie potrafiłam robić segregacji tego typu szybko. Nad każdą rzeczą się dziesięć razy zastanawiam :) I tak spędziłam ostatnie trzy dni. W przerwach między jedną teczką z papierami a drugą, zaglądałam do Was :)
Wczoraj przez chwilę zastanawiałam się, czy nie pójść dzisiaj do pracy. Okazało się, że panie „Doktorki” się bardzo postarały i naprawdę ładnie wykonały ten zabieg, bo siniaka nie ma :) Dzisiaj pozostał już tylko ledwo widoczny, lekko żółtawy ślad. No i szwy rzecz jasna, ale to wygląda trochę jak strupek, a z daleka jak rozmazany makijaż :) Ostatecznie jednak pomyślałam sobie, że nie tak często mam okazję dostać czas wolny na rekonwalescencję, więc jeszcze go dziś wykorzystałam.

Stwierdzam, że idealna częstotliwość moich wizyt w Miasteczku winna wynosić 3 tygodnie. Zauważyłam już jakiś czas temu, że dwa tygodnie bez odwiedzin wytrzymuję bez żadnego problemu i czas między jedną a drugą upływa mi w mgnieniu oka. Natomiast, kiedy zbliża się trzeci weekend z rzędu, a ja nie jadę do domu rodzinnego, zaczyna mnie nosić i czuję nadchodzący dołek. Kolejnym objawem jest fakt, że po nocach śni mi się nasz Roki :) Niestety, jakoś będę musiała wytrzymać bez wizyty, bo mam zajęcia na podyplomówce. Pojadę za tydzień. Już się nie mogę doczekać. No po prostu syndrom przedszkolaka mnie dopada. Jest jeszcze nadzieja, że kolejny tydzień roboczy minie w mgnieniu oka, bo to w końcu przełom miesiąca. Na nudę w pracy wtedy absolutnie nie mogę narzekać.
A tak na koniec to muszę stwierdzić, że ściemniam totalnie. Bo prawda jest taka, że już od dawna chcę o czymś napisać, ale się boję, że zapeszę, albo po prostu odczaruję rzeczywistość. Taki już we mnie strach, przed chwaleniem tego, co jest.