*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 23 grudnia 2010

Wigilijny przymus.

Co roku przechodzę przez ten sam stres i co roku mam ten sam problem – jak wykpić się od Wigilii pracowniczej? Zresztą przypuszczam, że wiele jest osób, które usiłują się jakoś wykręcić od tej przymusowej integracji.
Najczęściej ludzie po prostu nie mają ochoty udawać. Wiadomo – Wigilia, czas kiedy ludzie mówią ludzkim głosem, wypada się ze wszystkimi kochać, nawet z tą zołzą z biura zza ściany… I z tym przy…pupasem szefa i jeszcze życzenia trzeba by złożyć – szefowi właśnie, chociaż jak tu powiedzieć, że życzymy mu wszystkiego co najgorsze? To są najczęstsze argumenty, z którymi się spotykam, kiedy ktoś tłumaczy, dlaczego nie lubi świątecznych spotkań integracyjnych w pracy… Po prostu nikt nie ma ochoty wysłuchiwać uprzejmych życzeń od osób, o których wie, że na co dzień obrabiają mu tyłek i sami też nie chcą być fałszywi.
Ja też nie lubię tych corocznych spotkań. Ale zupełnie z innego powodu. Wiecie, że bardzo lubię swoją pracę. Uważam, że mam świetnego szefa i bardzo dobrze dogaduję się z większością pracowników. Tyle, że to nie jest moje towarzystwo. Owszem, mam w pracy może pięciu kolegów, z którymi rozmawiam także o sprawach prywatnych i świetnie się dogadujemy, ale mimo wszystko- to tylko praca… Siłą rzeczy na takiej imprezie faceci trzymają się razem a ja nie chcę się wcinać między wódkę a zakąskę (czasami dosłownie :)), bo nie ukrywajmy, dla wielu jestem po prostu Kochaną Panią Gosią Z Biura, ale żeby zaraz kumpelą? :) Raz się wybrałam, jeszcze za czasów, kiedy zatrudnialiśmy tylko dwadzieścia osób, więc było bardziej kameralnie, ale i tak czułam się dość skrępowana, nie bardzo miałam z kim i o czym gadać… Tradycją jest, że pracownicza Wigilia jest zawsze w ostatnią niedzielę przed 24 grudnia, więc najbardziej byłam zadowolona, kiedy Wigilia wypadała na przykład we wtorek, bo jechałam do domu już w piątek i miałam pretekst do nieobecności. W zeszłym roku po prostu nie poszłam… Ale głupio mi było przed szefem, bo pytał, dlaczego mnie nie było…
W tym roku długo szukałam pretekstu i niestety nic nie przychodziło mi do głowy. Głupio mi było przed szefem, bo wiedziałam, że jakby nie było, on te spotkania robi dla nas – pracowników. Tak naprawdę stresowałam się tą niedzielą już kilka dni wcześniej i męczyła mnie świadomość, że muszę iść – zwłaszcza, że R. zwykle organizuje ją z moim byłym szefem J. a nie miałam ochoty spotykać ani jego, ani pracowników tamtej spółki…
Ostatecznie pojechałam… Chciałam być tylko godzinę – odbębnić i wrócić ostatnim dziennym autobusem do domu. Rację jednak miała mama Franka, która powiedziała, że jak mi się tak bardzo nie chce iść, to na pewno będzie fajnie :) Przede wszystkim była Ala – dziewczyna R., a moja koleżanka. Na mój widok mało nie podskoczyła z radości, bo ona się czuła tam chyba jeszcze bardziej skrępowana niż ja, a na pewno znała o wiele mniej osób.  Usiadłam więc z nimi przy stoliku „Vip-ów”, szef przyniósł mi piwo i nie było możliwości, żeby uciekać po godzinie :) Zresztą nawet nie miałam ochoty, bo ploteczki babskie mnie wciągnęły. Potem impreza się przeniosła na kręgielnię i przyznam, że bawiłam się świetnie – już nie tylko z Alą, ale z większością naszych pracowników i oczywiście z szefem, z którym dzieliłam się kuflem :P Acha, no i bardzo ważna sprawa – nie było ani J. ani jego pracowników, co podobało się chyba wszystkim… Już wiecie, że skończyło się na tym, że do domu dotarłam o trzeciej i rano do pracy dotarłam z małym poślizgiem ;)

Było naprawdę fajnie i myślę, że w przyszłym roku będę szła już na tę Wigilię z mniejszymi oporami… Ale mimo to, zdania nie zmieniłam. Nadal uważam, że to nie jest najlepszy pomysł z tymi spotkaniami… Po prostu nie lubię kiedy ktoś mi organizuje mój wolny czas i kiedy ktoś decyduje z kim będę spędzać wieczór. A tak to trochę odbieram – jako przymus. Pracuję ze świetnymi ludźmi, ale nie są to osoby, z którymi się spotykam także poza pracą i z którymi łączą mnie sprawy inne niż księgowość i gospodarka magazynowa. Może, gdyby było więcej kobitek, inaczej bym na to patrzyła. Podsumowując:  cieszę się bardzo, że poszłam na spotkanie tegoroczne, bawiłam się świetnie. Ale nie chciałabym, aby co roku ktoś organizował mi ostatni przedwigilijny niedzielny wieczór :)

wtorek, 21 grudnia 2010

Jest choinka.

Uprasza się o jeszcze chwilę cierpliwości :)
Podzieliłam sobie sprawy pod względem ważności i pilności i te z rubryk „ważne i pilne” oraz „nieważne i pilne” mam już w zasadzie odbębnione, a więc jak dobrze pójdzie, to już jutro odpowiem na wszystkie Wasze komentarze i zaglądnę co tam u Was słychać.
A teraz to ja tylko tak na chwilę, bo mam ochotę sobie pogadać :)

Jednak mamy choinkę :) Myśleliśmy, że odpuścimy sobie w tym roku i co najwyżej sprawimy sobie jakiś stroik, ale rodzice Franka kupili sobie nową choinkę, a my dostaliśmy w spadku starą. Do tego dostaliśmy trochę bombek. I kupiliśmy pierwszą własną. Będziemy tak sobie co roku kupować jedną bombkę :)
Niestety, ze względu na Franka pracę nie tylko nie spędzimy świąt razem (gdyby nie pracował, prawdopodobnie pojechałby ze mną do domu), ale i te ostatnie popołudnia się nie widzimy, bo on pracuje. Myślałam, że będzie mi przykro – ostatnie dni przed moim wyjazdem, do tego te, kiedy atmosfera świąt staje się coraz bardziej odczuwalna, a my się mijamy… Ale okazało się, że nie jest tak źle. A w ogóle, to się bardzo fajnie uzupełniamy :) Franek wczoraj umył choinkę, przykręcił ją do stołka (bo trochę niestabilna to drzewko i jest mocowane na stałe do taboretu), ja zajęłam się pakowaniem prezentów. Dzisiaj zawiesił lampki na choince, ja zajęłam się bombkami i ozdobami. Mamy taką choinkę, jaką chcieliśmy :) Znaczy się kolorową! Ja wiem, że większość z Was ozdabia choinkę najwyżej dwoma kolorami, ale to zupełnie nie dla nas. Tych osób, które już mnie trochę znają, chyba to wcale nie dziwi? :) Ani ja, ani Franek nie wyobrażamy sobie choinki w jednym, czy dwóch odcieniach. Musi być kolorowo i już. Lampki niestety mamy białe, ale może w przyszłości sprawimy sobie kolorowe, będzie jeszcze ładniej.
W innych sprawach też nam współpraca nieźle idzie. Wczoraj byłam totalnie wykończona, wracałam z pracy ze świadomością, że w domu mamy totalny sajgon i że do wieczora będę sprzątać, w dodatku po pracy musiałam załatwić jeszcze kilka spraw na mieście. Ale po wejściu do domu czekała mnie miła niespodzianka – Franek przed swoją pracą wszystko ogarnął. Dzięki temu mogłam się zająć innymi, równie ważnymi sprawami i jeszcze położyć się normalnie spać. Nie przyszyłam tylko guzika do koszuli od munduru Franka, ale łosiek ubrał się dzisiaj w tę właśnie koszulę do pracy. Trudno, guzik poczeka do mojego powrotu.
Jej, jak to fajnie, że mogę na Franka liczyć jeśli chodzi o sprzątanie… Nawet nie muszę go o to prosić, on sam z siebie zabiera się za wypełnianie codziennych obowiązków domowych.

Jutro jadę od razu po pracy do Miasteczka. Wstaję więc jutro jeszcze wcześniej niż normalnie (pewnie koło piątej) i budzę Franka, bo wymienimy się prezentami… Prezent dla niego już leży pod choinką od wczoraj. A Franek zadzwonił mi dzisiaj, że właśnie wraca od Mikołaja i też coś dla mnie będzie. Zabronił mi ruszać… Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym go posłuchała. Musiałam, no po prostu musiałam obmacać! Ale tylko troszeczkę… :) Za to nie zaglądałam i starałam się nie domyślać, co to może być :) Już poczekam do jutra, w końcu to jeszcze tylko jakieś osiem godzin.