*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 18 marca 2011

Rajd poznański :)

Egzamin na prawko zdawałam prawie dziesięć lat temu w Opolu. Dość szybko poczułam się za kierownicą w miarę pewnie a rodzice nie robili większych problemów, żeby dać mi samochód i na przykład w klasie maturalnej, sama dojeżdżałam na lekcje angielskiego 50 km w jedną stronę. Nie bałam się jeździć i nie boję się do dzisiaj. Prawie :)
Problemem dla mnie jest jeżdżenie… po Poznaniu :) Niektóre moje koleżanki mówią, że nie jest dla nich problemem poruszanie się po mieście, ale na trasę raczej się nie porywają. Ja na odwrót – nie boję się długich dystansów, wyprzedzania ani prędkości powyżej 80 km/h :) Ale jak mam gdzieś dojechać samochodem w Poznaniu, to wybieram komunikację miejską.
Oczywiście jest to także związane ze względami praktycznymi – nie muszę martwić się o parking, o opłatę za niego, o to, że gdzieś jest jednokierunkowa no i nie stoję w korkach – a nawet jeśli to sobie siedzę wygodnie i czytam… Ale w dużej mierze nie jeżdżę po Poznaniu, bo się tego boję :) Opole jednak jest miastem jakieś sześć razy mniejszym, więc kiedy po raz pierwszy prowadziłam samochód w Pyrlandii to myślałam, że zawału serca dostanę :)


Nigdy nie jeżdżę samochodem „w ciemno” w jakieś nowe miejsce – to znaczy, kiedy na przykład kupiłam samochód, to najpierw Franek musiał się ze mną przejechać trasą do pracy i z powrotem. I zawsze tak robimy, gdy mam gdzieś jechać – zwykle jest tak, że on prowadzi a ja siedzę obok, a później ja prowadzę a on siedzi obok pilotuje mnie i zachowuje się jak instruktor jazdy :P Później nie ma już żadnego problemu. Nowej trasy szybko się uczę i nie boję się już zmian pasów ani szalonych rond poznańskich (dla obeznanych – czyt. Rataje)
Ze mną to jest tak, że trasę sobie zawsze obcykam w internecie i na mapach tak, że mam ją w jednym paluszku. I niby wiem jak jechać – w głowie mam GPSa, ale po prostu nie potrafię się wbić w te ulice! Zmiany pasów, kilkupasmowe ronda itd… Co z tego, że wiem jak jechać i gdzie skręcić, skoro nie wiem, w którym miejscu najlepiej zmienić pas, gdzie są bardziej niebezpieczne miejsca i gdzie na co trzeba zwrócić szczególną uwagę? Dlatego zawsze muszę się wcześniej daną trasą przejechać.

Dzisiaj po południu muszę pojechać autem na drugi koniec Poznania -  miejsce gdzie się jeszcze nigdy nie zapuszczałam, bo nie było mi to wcale potrzebne. Wczoraj Franuś się poświęcił – skończył pracę o 20 i pojechał ze mną na rundkę po mieście. Rundka zamieniła się w rundę, bo Franek pokazał mi jeszcze drugą trasę, a potem jeszcze raz obróciliśmy w drugą stronę i wyobraźcie sobie, że tak wczoraj jeździliśmy dwie godziny. Kosztowało mnie to mnóstwo nerwów, bo lało cały czas, do tego było ciemno, więc ledwo widziałam pasy na jezdni, ale obecność Franka działała dość uspokajająco i daliśmy radę :) Myślę, że dzisiaj (zwłaszcza, że będzie jasno i może nie będzie tak padać) sobie już poradzę bez problemu – trzymajcie kciuki.
Franek to się ze mnie czasem śmieje, że niby taki pewny kierowca ze mnie z dziewięcioletnim stażem i ze średnią dziesięciu tysięcy kilometrów rocznie na liczniku, a boję się wjechać do miasta bez wcześniejszego rekonesansu. Ale łatwo mu mówić, skoro on Poznaniak od pokoleń jest, a ja z małego Miasteczka pochodzę i mnogość pasów ruchu potrafi mnie przerazić :) Co z tego, że umiem jeździć, skoro nie znam zbyt dobrze miasta a już w ogóle kiepsko orientuję się w pasach ruchu i nie wiem, na którym się ustawić? :) Ale na szczęście wszystkiego można się nauczyć, a Franek w tej kwestii – muszę mu to przyznać – nigdy nie odmawia i nie marudzi, tylko chętnie poświęca swój czas na to by poprowadzić naukę jazdy po Poznaniu dla Margolki :)
A tak na koniec dodam, że na szczęście mam „obcą” rejestrację :) To mnie ratuje, gdy pomylę pasy, bo kierowcy są bardziej wyrozumiali dla opolskiego kierowcy ;)

wtorek, 15 marca 2011

Tyle jest do zrobienia.

Tak sobie czasami myślę – jak wielu rzeczy chciałabym jeszcze spróbować, o ilu rzeczach chciałabym się czegoś dowiedzieć, ile jeszcze przede mną. Z jednej strony wiem,  że mam na to całe życie. Z drugiej – że nawet całe życie to często zdecydowanie za mało. No bo weźmy na przykład takie książki. Czytam ich całkiem sporo, a i tak wiem, że choćbym nie wiem jak chciała, nie dam rady przeczytać wszystkich, które by mnie interesowały. Część z nich nawet nie wpadnie w moje ręce.
Odkąd zaczęłam podyplomówkę, coraz częściej myślę o tym, ile jest jeszcze takich rzeczy, które mnie interesują, chociaż nawet o tym nie wiem, a być może nawet nigdy się nie dowiem. Bo siedzę na tych zajęciach i jestem zafascynowana zarządzaniem zapasami, zamieniam się w słuch na finansach międzynarodowych, świetnie się bawię planując produkcję a nawet rozwiązując zadania z controllingu. I zastanawiam się, jak wiele jest jeszcze takich kierunków, które naprawdę by mi się podobały, a o czym się nigdy nie dowiem, bo zawsze będzie brakowało na to i czasu i pieniędzy. A poza tym przecież nadejdzie czas, kiedy będę miała ważniejsze sprawy na głowie, niż nauka.
Jest tyle rzeczy, które mnie interesują. Miałam w szkole historię, miałam i geografię. Ale tak naprawdę kiedy człowiek jest przymuszony, zupełnie inaczej przyswaja wiedzę. W szkole miałam klasówki z określonej partii materiału. Często uczyłam się na zasadzie „zakuć-zdać-zapomnieć”, bo zwyczajnie nie miałam czasu na to, aby zastanowić się nad jakimś zagadnieniem, skoro kartkówka goniła kartkówkę a w każdym tygodniu miałam przynajmniej testy… Teraz wiem, o czym chciałabym czytać, o czym chciałabym się dowiedzieć więcej. Wiem, co mogłoby mnie zainteresować. Problem jest jak zwykle ten sam – brak czasu.
Zwyczajnie nie ma czasu na wszystko, na co chciałabym go faktycznie poświęcić. I wcale nie mam na myśli tego, że żyjemy w wiecznym pośpiechu. Pewnie, to też, ale znajduję też wolne chwile tylko dla mnie i aż nie wiem co z nimi robić, bo tak wiele jest rzeczy, które mnie fascynują, tyle jest nowości, które są jeszcze przeze mnie nieodkryte, tyle czynności sprawia mi przyjemność i powoduje, że czuję się zrelaksowana. Do tego oczywiście trzeba przecież normalnie funkcjonować – praca, dom, obowiązki. Dopiero później przyjemności i zainteresowania.
Z jednej strony to wspaniałe, że w życiu zawsze coś jest i będzie do zrobienia. Że będzie co odkrywać, że nie można się nudzić. Z drugiej strony – kiedy pomyślę o tym  ilu rzeczy nie zobaczę, o ilu się nie dowiem, czego nigdy nie spróbuję to jest mi żal.
Jak zaspokoić ten głód wiedzy i czy w ogóle się da? Chyba nie, ale próbować można i ja cały czas próbuję. Staram się szukać nowych doświadczeń oraz delektować się tym, co już znam i lubię. Ale szkoda, że mimo wszystko, wiele mnie ominie :)