*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 12 kwietnia 2011

Hej ho, hej ho, do pracy by się szło…

No to wypada, żebym dziś powróciła do tematu mojej nowej pracy i opowiedziała Wam jak to dalej było… :)
Pojechałam w tamten poniedziałek do firmy, spodziewając się kolejnej oficjalnej rozmowy. A tymczasem czekało na mnie tylko dwoje pracowników (dziś mogę już o nich powiedzieć Współpracownica i Współpracownik) – pokazali mi biuro, magazyny, opowiedzieli o tym, co robią na co dzień i jak wygląda praca. Chwilę później przyjechał jeden z dyrektorów (który akurat nie jest moim przełożonym i nie z nim miałam rozmowę) i zapytał, czy nadal jestem zainteresowana. Tak naprawdę to trochę się rozczarowałam, bo myślałam, że jadę tam i dowiem się, czy mnie przyjęli. A tymczasem oni nic nie wiedzieli, bo jak to określili, decydowała „Warszawa”. Celem tego spotkania było to, żebym mogła poznać ludzi, z którymi miałabym pracować i żeby oni mogli poznać mnie. Nie-mój-dyrektor powiedział, że to nie jest tak, że tylko oni podejmują decyzję, ale także potencjalny pracownik ma prawo do własnego zdania i ma prawo stwierdzić, czy nadal jest zainteresowany. Przyznam, że to było całkiem miłe, bo traktowali mnie nie z góry, a jako partnera, ale i tak wyjechałam stamtąd z trochę mieszanymi uczuciami, bo nadal nic nie wiedziałam. Poza tym, jak już napisałam ostatnio, czułam, że byłam blisko, a w tym momencie, miałam wrażenie, jakby jeszcze nic nie było przesądzone i jakby szansa na moją nową pracę oddalała się… Okazało się, że niepotrzebnie. Po godzinie zadzwoniła do mnie „Warszawa”, a konkretnie jeden z dyrektorów z rozmowy i powiedział, że przesyłają mi na maila umowę, żebym się z nią zapoznała i dała im znać, czy wszystko jest ok. Wiecie, że ja myślałam, że skoro chcieli, żebym na próbę pojechała na miejsce pracy, to i umowę mi na próbę wysyłają :P I dopiero po kilku minutach rozmowy zorientowałam się, że mnie przyjęli! (a w zasadzie wpadłam na to, żeby zapytać o to :P)
Teraz już wiem, o co chodziło z tym całym zapraszaniem mnie na miejsce pracy. Po prostu warszawska dyrekcja się na mnie zdecydowała, ale ponieważ nie wiedzieli, czy ja na pewno jestem zainteresowana do końca, chcieli, żebym pojechała także do biura i zobaczyła co i jak. Chcieli uniknąć sytuacji, w której zostaliby na lodzie, gdyby odmówili innym, a ja bym zrezygnowała, bo na przykład stwierdziłabym, że mam za daleko do pracy :) W zanadrzu mieli jeszcze chyba jakieś trzy osoby, ale podziękowali im, dopiero, gdy otrzymali ostateczną decyzję ode mnie. Poza tym podejrzewam, chociaż tego mi nie powiedzieli :)), że ostatnie słowo mieli też Współpracownik i Współpracownica – gdyby stwierdzili, że mnie nie lubią od pierwszego wejrzenia, to wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej.
Przyznam, że podoba mi się ich podejście do mnie. Przywitali mnie życzliwie i po partnersku, dzięki temu szybko poczułam się członkiem zespołu. Na miejscu pracujemy we trójkę, a od czasu do czasu do biura wpada Nie-mój-dyrektor.  Moim bezpośrednim przełożonym jest Finansowy i na co dzień urzęduje w Warszawie. Jest to dość duża korporacja, ale tak się składa, że zespół tutaj jest kameralny (bo największa część firmy znajduje się w Wielkiej Brytanii), co mi odpowiada, zwłaszcza, po moich dotychczasowych doświadczeniach zawodowych – nie pracowałam w środowisku bardzo oficjalnym, byłam dość niezależna, bo z R. też najczęściej współpracowałam na odległość. Pracuję tam już tydzień i na razie nie mam ochoty uciekać :P Oczywiście są też wady, ale nie będę już przedłużać i o nich, oraz o tym, czym mniej więcej się zajmuję napiszę w kolejnej (ostatniej chyba już) części tej notki :)

sobota, 9 kwietnia 2011

Hiszpańskie opowieści – Sevilla.

No to dziś, dla odmiany, o Sewilli trochę będzie :) Po raz pierwszy odwiedziłam to miasto podczas studiów w Cordobie, kiedy wybrałam się na jednodniową wycieczkę. Później zabrałam tam jeszcze Franka, kiedy odwiedził mnie na święta. Rok później odwiedzałam tam koleżanki, a więc tym razem byłam tam po raz czwarty.
Nie mam aż takiego sentymentu do tego miasta, ale przez to, że mieszkają w nim dziewczyny, poznałam je już całkiem nieźle. Nie mogę co prawda powiedzieć, że przeszłam je wzdłuż i wszerz :), ale bruki tego miasta mimo wszystko oszlifowałam i tylko to miasto kojarzy mi się z niesamowitym bólem stóp, bo w żadnym innym aż tyle nie łaziłam :)
Głównym zabytkiem w Sewilli jest katedra.
 
Jest tak ogromna, że naprawdę trudno sfotografować ją w całości.
 
 
Takie niebo, to tylko w Hiszpanii. I tylko w grudniu :) Bo zapożyczyłam sobie to zdjęcie albumu z poprzedniej wyprawy :)
Ale najbardziej niesamowite jest dla mnie to, że ona znajduje się po prostu w centrum miasta. Nie wygląda to jednak tak, jak na przykład u nas Kościół Mariacki w Krakowie, który jest na placu. Ona sobie po prostu stoi, a dookoła mamy knajpy (od klimatycznych hiszpańskich barów tapas, po McDonaldy), sklepy (i to nie tylko z pamiątkami, jak to było w przypadku Cordoby). Przy samym monumencie jeździ sobie tramwaj :) O, proszę bardzo:
 
A więc nie jest to taka typowa Starówka, jaką znamy. Ani nawet taka, jak w innych Hiszpańskich miastach, które widziałam. Chociaż dojście do tego miejsca prowadzi poprzez labirynty wąskich uliczek, w których można się zgubić i które są niesamowicie klimatyczne! Gdy teraz zamykam oczy, niemal widzę, jak przemykamy wąskimi przejściami… Z kilku stron ta starsza część miasta otoczona jest murami (tak przynajmniej wynika z naszych analiz). Ale nie zachowały się w całości.
 
Stare kamieniczki stoją obok budowli wymyślnych:
 
I bardzo wymyślnych:
 
(zdjęcie z internetu, kiedy my tam byliśmy, były tam tłumy ludzi, bo akurat otwierali obiekt; swoja drogą, nie wiem, co tam ma być, dziewczyny mówiły, że słyszały coś o centrum handlowym…)
Kiedy przyjechałam do Sewilli po raz pierwszy dosłownie dech mi zaparło, gdy zobaczyłam Plaza de Espana…
 
I nic się nie zmieniło. Tym razem to miejsce zrobiło na mnie równie ogromne wrażenie. Do tego jest już odnowione (bo za każdym razem, jak tam byłam, to remontowano którąś część) i po prostu przepiękne. No spójrzcie same:
 
 
Poza tym, teraz, zapłaciwszy 5 euro za trzydzieści minut, można sobie po tej fosie pływać łódką. Oczywiście musieliśmy skorzystać z tej okazji :) Franek i Karolina wiosłowali, ja i Ania natomiast opalałyśmy się, robiłyśmy zdjęcia (nie nadają się do publikacji:P) i umierałyśmy ze śmiechu z poczynań naszych wioślarzy :P Ale pod koniec już się całkiem nieźle zsynchronizowali. Jeszcze dwie próby i myślę, że spokojnie olimpiada jest ich :P
W Hiszpanii najbardziej podoba mi się to, że tam na każdym kroku są jakieś parki, w których można usiąść i po prostu poczuć się szczęśliwym…
 
 W ogóle tak naprawdę to chyba nawet nie te wszystkie piękne budowle, ale hiszpańska flora niezmiennie robią na mnie największe wrażenie. Bo czy dziwi Was, że w Jardines Reales Alcazares czułam się jak w raju? :
 
Coś pięknego…
 
 
I te wszechobecne palmy i pomarańcze (te drugie niestety mniej widoczne przy powiększeniu)…
 
 
Nie macie pojęcia jak pięknie pachną pomarańcze kiedy kwitną! I w ogóle nie przypominają zapachu cytrusów…
Sewilla jako miasto być może nie urzekła mnie w takim samym stopniu (co nie znaczy, że nie urzekła mnie wcale:)) jak kilka innych miejsc w Hiszpanii. Jest trochę za duża jak dla mnie. Ale jest jedyna w swoim rodzaju! Nie potrafię powiedzieć, dlaczego podoba mi się mniej… Może dlatego, że kojarzy mi się z wiecznymi remontami :D Co tam nie pojadę, to gdzieś kopią :) Ale jednak chce mi się tam wracać.
A na koniec ciekawostka. Tak oto parkują Hiszpanie:
 
Zgadnijcie, co robią, gdy chcą wyjechać…