*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Dzisiaj krótki przerywnik kwiatowy :))
Uwielbiam
kwiaty – i te doniczkowe i cięte, ale dziś skupię się na tych drugich.
Być może lubię je nawet trochę bardziej, bo są zwykle taaakie kolorowe, a
wiecie, ze ja szaleję za kolorami
Kocham kwiaty dostawać. Bardziej podobają mi się nawet małe bukieciki, niż duże wiązanki, ale reguły nie ma
Mogą być z przybraniem, mogą być bez.. Lubię dostawać róże od Franka,
choć zdecydowanie wolę, gdy kupuje krótkie (swego czasu dostawałam od
niego zawsze takie długaśne, ale delikatnie dałam mu do zrozumienia, że
wolę takie małe, bo są jakieś takie zgrabniejsze :)) Najbardziej lubię
storczyki (czy wiecie, że cięte storczyki w bukiecie utrzymywały mi się
prawie dwa miesiące, kiedy dostałam taki bukiet od rodziców po
obronie??) oraz frezje. Piknie wyglądają bukiety z margaretkami… Poza
tym od zawsze uwielbiam konwalie, chociaż trochę straciłam do nich
serce, kiedy dowiedziałam się, że ich liście są trujące..
A najpiękniej pachnie bez! Już się nie mogę doczekać, aż zacznie
kwitnąć… Ale tak naprawdę zachwycę się wszystkimi kwiatami, tak jak
ostatnio zachwyciłam się przepięknym bukietem, który podarował mi jeden z
kierowników, kiedy odchodziłam z pracy:
Piękny. Nie mogłam się na niego napatrzeć. A chyba jeszcze bardziej nie mogłam się napatrzeć na ten oto bukiecik frezji:

Zabierałam
go ze sobą na noc do sypialni, żeby móc na niego patrzeć przed
zaśnięciem i po przebudzeniu i żeby czuć piękny zapach tych kwiatów
Bukiecik ten dostałam od Franka najzupełniej bez okazji. Kiedy zwiędły
mi tulipany, które dostałam z okazji Dnia Kobiet, marudziłam, ze nie
będę teraz miała w domu kolorowych kwiatków. No to Franuś mi je
zorganizował
Wróciłam z pracy i czekał na mnie kolorowy bukiet z frezji. Co
ciekawe, mówiłam Frankowi, ze bardzo lubię frezje, ale on o tym wcale
nie pamiętał… A jednak trafił w samo sedno :))
I tylko jednego kwiatom ciętym wybaczyć nie mogę – że więdną
No to wypada, żebym dziś powróciła do tematu mojej nowej pracy i opowiedziała Wam jak to dalej było…
Pojechałam w tamten poniedziałek do firmy, spodziewając się kolejnej
oficjalnej rozmowy. A tymczasem czekało na mnie tylko dwoje pracowników
(dziś mogę już o nich powiedzieć Współpracownica i Współpracownik) –
pokazali mi biuro, magazyny, opowiedzieli o tym, co robią na co dzień i
jak wygląda praca. Chwilę później przyjechał jeden z dyrektorów (który
akurat nie jest moim przełożonym i nie z nim miałam rozmowę) i zapytał,
czy nadal jestem zainteresowana. Tak naprawdę to trochę się
rozczarowałam, bo myślałam, że jadę tam i dowiem się, czy mnie przyjęli.
A tymczasem oni nic nie wiedzieli, bo jak to określili, decydowała
„Warszawa”. Celem tego spotkania było to, żebym mogła poznać ludzi, z
którymi miałabym pracować i żeby oni mogli poznać mnie. Nie-mój-dyrektor
powiedział, że to nie jest tak, że tylko oni podejmują decyzję, ale
także potencjalny pracownik ma prawo do własnego zdania i ma prawo
stwierdzić, czy nadal jest zainteresowany. Przyznam, że to było całkiem
miłe, bo traktowali mnie nie z góry, a jako partnera, ale i tak
wyjechałam stamtąd z trochę mieszanymi uczuciami, bo nadal nic nie
wiedziałam. Poza tym, jak już napisałam ostatnio, czułam, że byłam
blisko, a w tym momencie, miałam wrażenie, jakby jeszcze nic nie było
przesądzone i jakby szansa na moją nową pracę oddalała się… Okazało się,
że niepotrzebnie. Po godzinie zadzwoniła do mnie „Warszawa”, a
konkretnie jeden z dyrektorów z rozmowy i powiedział, że przesyłają mi
na maila umowę, żebym się z nią zapoznała i dała im znać, czy wszystko
jest ok. Wiecie, że ja myślałam, że skoro chcieli, żebym na próbę
pojechała na miejsce pracy, to i umowę mi na próbę wysyłają
I dopiero po kilku minutach rozmowy zorientowałam się, że mnie przyjęli! (a w zasadzie wpadłam na to, żeby zapytać o to :P)
Teraz już wiem, o co chodziło z tym całym zapraszaniem mnie na
miejsce pracy. Po prostu warszawska dyrekcja się na mnie zdecydowała,
ale ponieważ nie wiedzieli, czy ja na pewno jestem zainteresowana do
końca, chcieli, żebym pojechała także do biura i zobaczyła co i jak.
Chcieli uniknąć sytuacji, w której zostaliby na lodzie, gdyby odmówili
innym, a ja bym zrezygnowała, bo na przykład stwierdziłabym, że mam za
daleko do pracy
W zanadrzu mieli jeszcze chyba jakieś trzy osoby, ale podziękowali im,
dopiero, gdy otrzymali ostateczną decyzję ode mnie. Poza tym
podejrzewam, chociaż tego mi nie powiedzieli :)), że ostatnie słowo
mieli też Współpracownik i Współpracownica – gdyby stwierdzili, że mnie
nie lubią od pierwszego wejrzenia, to wszystko mogłoby się potoczyć
zupełnie inaczej.
Przyznam, że podoba mi się ich podejście do
mnie. Przywitali mnie życzliwie i po partnersku, dzięki temu szybko
poczułam się członkiem zespołu. Na miejscu pracujemy we trójkę, a od
czasu do czasu do biura wpada Nie-mój-dyrektor. Moim bezpośrednim
przełożonym jest Finansowy i na co dzień urzęduje w Warszawie. Jest to
dość duża korporacja, ale tak się składa, że zespół tutaj jest kameralny
(bo największa część firmy znajduje się w Wielkiej Brytanii), co mi
odpowiada, zwłaszcza, po moich dotychczasowych doświadczeniach
zawodowych – nie pracowałam w środowisku bardzo oficjalnym, byłam dość
niezależna, bo z R. też najczęściej współpracowałam na odległość.
Pracuję tam już tydzień i na razie nie mam ochoty uciekać
Oczywiście są też wady, ale nie będę już przedłużać i o nich, oraz o
tym, czym mniej więcej się zajmuję napiszę w kolejnej (ostatniej chyba
już) części tej notki