*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Tak jest, coraz bliżej celu jestem. Wczoraj skończyłam
pisać moją pracę podyplomową! Hurra! Pisało mi się ją dość trudno, bo
jak zapewne pamiętacie, moją magisterkę pisałam sobie małymi kroczkami –
codziennie po pół strony. W tym wypadku nie mogłam sobie na to
pozwolić, bo zwyczajnie nie miałam w tygodniu czasu. Zostały mi więc
weekendy, a ja nie potrafię tak usiąść na tyłku i po prostu pisać przez
parę godzin, bo mnie nosi
Ale na szczęście udało się – trzy weekendy i po krzyku. I na szczęście
nie musiałam spędzać całych dni na pisaniu, czasami wystarczyły dwie,
trzy godzinki.
Utknęłam natomiast na trzecim rozdziale, który miał
być empiryczny. Z różnych względów nie wiedziałam do końca co tam
napisać. I oświeciło mnie… wczoraj w nocy
Normalnie jeszcze w piątek wieczorem rozmawiałam z mamą i mówiłam, że
nie mam pojęcia co napisać. Poszłam spać i śniło mi się, że piszę pracę,
pomijam to, że śniły mi się konkretne zdania, ale obudziłam się i
wiedziałam o czym pisać! Od razu usiadłam i napisałam trzeci rozdział, a
z rozpędu jeszcze wstęp i zakończenie
Teraz zostały mi jeszcze te kosmetyczne drobiazgi (których notabene
nie znoszę i mogłabym komuś zapłacić za tę robotę! :)) typu – przypisy,
drobne poprawki, doszlifowanie bibliografii i takie tam.
Teraz jeszcze nauka do egzaminu, który będzie w sobotę a potem LABA! Nareszcie
Co prawda potem 19 czerwca mam obronę, ale kto by się tam przejmował
W końcu będą mnie pytać o zarządzanie gospodarką magazynową, a pracę
napisałam własnymi ręcami, więc dam sobie radę nawet bez przygotowania,
bo w końcu wiem, czym się w robocie zajmuję – tej i poprzedniej
Tak więc już za parę dni, za dni parę…
Jestem
mamincóreczką i wcale się z tym nie kryję. I nie chodzi o to, że mama
mnie tak ułożyła, że mnie rozpieszczała, że mnie od siebie uzależniła.
Wręcz przeciwnie. A więc nie mam pojęcia skąd mi się to wzięło. A
jednak.
Kiedy byłam
młodsza i w ogóle kiedy mieszkałam jeszcze w domu, gdy miałam doła lub
gdy w moim życiu działo się coś złego, zawsze chciałam spać z mamą.
Pokłóciłam się z koleżankami, zerwał ze mną chłopak, miałam problem w
szkole – pytałam mamy czy mogę z nią spać, bo jakoś tak mi raźniej było…
Ostatni raz spałam z mamą w listopadzie 2009, kiedy miałam poważny
problem z Frankiem, a więc jak widać, nie wyrosłam z tego. Nie wyrosłam
też z wielu innych rzeczy. Kiedy jestem w Poznaniu i mam dołka, jedno co
powtarzam, to, że „chcę do mamy”…
Naprawdę,
kiedy jadę do Miasteczka, a mam jakiś problem, to wszystko blednie i
przestaję się tak martwić… Niestety, rzut beretem to to nie jest, więc
często muszę czekać i miesiąc, żeby tam pojechać. Dobrze, że chociaż są
telefony. Ja nie wiem jak to jest, ale rozmowa z mamą jakoś mnie zawsze
potrafi podnieść na duchu, mimo, że ona wcale nie mówi mi jakichś
niezwykłych rzeczy. Kiedy się pokłócę z Frankiem, dzwonię czasami, żeby
się wyżalić – ale nie poskarżyć, ale właśnie wyżalić. Bo mi to naprawdę
pomaga – przede wszystkim dlatego, że mama pomaga mi spojrzeć na całą
sytuację z zupełnie innej perspektywy. Nie jest tak, że użala się nade
mną i mówi jaki to Franek zły, ale raczej pokazuje mi, że to, co mnie
zdenerwowało jest zupełnie normalnym zachowaniem. I często jest tak, że
kiedy jakaś nasza kłótnia wydaje mi się totalną katastrofą, po rozmowie z
mamą zmieniam zdanie i nagle wszystko widzę w innym świetle, bo ona
jakoś tak potrafi wszystko przedstawić, że nagle dostrzegam, że grubo
przesadziłam i tak naprawdę nic wielkiego się nie wydarzyło…
Poza
tym nie mogę wyjść ze zdumienia, jak moja mama to zrobiła, że nigdy tak
naprawdę nie narzucała swojego zdania, zawsze zostawiała nam wolną
rękę, a przy ważniejszych decyzjach obie – ja i moja siostra – zawsze do
niej dzwonimy, żeby się skonsultować. I tak zazwyczaj nie otrzymujemy
jasnej odpowiedzi, co powinnyśmy zrobić, jakiego wyboru dokonać, ale
jakoś tak lepiej się zawsze czuję, kiedy wszystko omówię z mamą i mam
pewność, że nie pominęłam żadnego aspektu.
Mama
nie jest moją przyjaciółką. Mama to mama i już. I nigdy nie powiem, że
mama może być najlepszą koleżanką czy przyjaciółką, bo moim zdaniem to
są zupełnie inne relacje. Mogę z mamą rozmawiać o wielu sprawach, nawet
takich, o jakich z nikim nie rozmawiam, mogę jej się wyżalać, mogę z nią
iść na zakupy albo na spacer. Ale i tak będzie dla mnie mamą a nie
przyjaciółką
I wcale nie uważam, że to źle!
I
nie jest tak, że zawsze tak było, bo kiedy byłam nastolatką, to wcale
nie było tak, że najpierw ze wszystkim biegłam do mamy. Ale potem
zwyczajnie do tego dorosłam i zobaczyłam, że nie ma na świecie ludzi
mądrzejszych od moich rodziców, ani takich, którzy znaliby mnie lepiej. A
najbardziej idealną sytuacją jest dla mnie kiedy jestem z rodziną i z
Frankiem
Wtedy już mi chyba niczego do szczęścia nie brakuje
Jestem
mamincóreczką, konsultuję się z rodzicami i uwielbiam jeździć do domu.
Ale mimo to, rodzice nauczyli mnie też być samodzielną i niezależną.
Potrafię sobie radzić i prowadzić dorosłe życie z dala od nich, ta
tęsknota za domem wynika po prostu z faktu, że jest mi tam dobrze… I
wiem jedno – nie mogłabym już mieszkać z rodzicami
Długi weekend w Miasteczku to jednak coś innego niż codzienne życie
razem – wtedy na pewno bym się z mamą kłóciła, bo chociaż to, jaką
jestem „gospodynią domową” wynika w dużej mierze z tego, jaką ona jest i
wszystkiego nauczyłam się od niej, jestem pewna, że nie dogadałybyśmy
się w wielu sprawach mieszkając razem
I pewne jest też to, że gdyby nie to, że się siedem lat temu
wyprowadziłam z domu, nie dostrzegłabym wielu rzeczy, które widzę teraz.
A to byłaby ogromna strata, więc wiem jedno – takie rozstanie z
rodzicami jest niezbędne i zwyczajnie zdrowe, ale więź pozostanie na
zawsze… I cieszę się, że mogę być niezależną, dorosłą mamincóreczką,
mimo, że jest to paradoks w czystej postaci