*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 18 lipca 2011

Skazani na siebie.

Wczoraj minęło dokładnie pięć lat od dnia, w którym się poznaliśmy z Frankiem. Ale wstrzymajcie się jeszcze z gratulacjami, bo w sobotę dowiedziałam się, że nie ma czego świętować…
W skrócie – trafiłam na zły moment, Franka nadal bolał ząb i akurat miał fochy. Byłam w Miasteczku, on w Poznaniu, rozmawialiśmy przez telefon i właśnie wtedy dowiedziałam się, że to dzień jak każdy inny.
Dobra, ja wiem, Franek romantyzmem nie grzeszy. Ja zresztą chyba też niespecjalnie, ale za to jestem dość sentymentalna, a nade wszystko lubię świętować wszelkie rocznice. Franek doskonale o tym wie, a jednak jakoś mu się o tym zapomina… Zrobiło mi się przykro, zwłaszcza, gdy usłyszałam, że miał zamiar spotkać się tego dnia z kolegą. Cóż, zmusić do świętowania go nie mogłam i nawet nie miałam takiego zamiaru. Ale siedzieć w ten wieczór sama w domu też nie chciałam, więc wykombinowałam sobie, że zostanę w Miasteczku, nawet kosztem tego, że w poniedziałek musiałabym wstać przed piątą, żeby dojechać na dziewiątą do pracy :)
W niedzielę Franek totalnie zmienił front. Po fochach nie było śladu, spotkanie z kolegą odeszło na dalszy plan, stwierdził, że czeka na mnie w domu. No to pojechałam. Franuś przywitał mnie tak:
 
I tak:
 
No i co? Nie można było tak od razu? :) Doprawdy, ja za tym moim facetem nie nadążam. A mówi się, że to kobieta zmienną jest. Franuś powiedział, że był obolały, do tego zepsuł mu się komputer, więc się po prostu nieładnie na mnie wyżył. Mam zapomnieć o tych głupotach, które opowiadał i świętować razem z nim, bo mnie bardzo kocha i cieszy się, że minął kolejny rok, odkąd jesteśmy razem. Cóż, przy tych kolorowych balonikach zaczęłam już mięknąć, a kiedy jeszcze, wygłodniała po podróży, dostałam kolację, stwierdziłam, że mogłabym ewentualnie mu wybaczyć :)
Spędziliśmy niesamowicie miły wieczór. Siedzieliśmy na balkonie (nie mogło być lepszego miejsca na świętowanie, nieprawdaż? :) niezorientowanych odsyłam tu i tu) rozmawiając, wspominając i popijając winkiem. Obaliliśmy dwie flaszki. Hmm, mogę Wam powiedzieć, że moja branża nie jest zbyt bezpieczna :) Ostatnio ciągle mam pod ręką wino :) Rano oboje obudziliśmy się z dość ciężką głową. Oczywiście wykluczone było, żebym pojechała samochodem, więc musiałam dreptać, a przy deszczu ten spacerek tym razem wcale nie był taki przyjemny :) Ale cóż, pięć lat trzeba było przecież jakoś uczcić :) Nawet lekkiego kaca mogłam jakoś przeżyć, a wierzcie mi, wcale łatwo nie było, bo przecież przyszłam do pracy i wszędzie widziałam wino :P Ale przetrwałam i… przywiozłam kolejny zapas. Franek ostatnio w Ikei specjalny stojak na winko kupił, więc nie mogliśmy pozwolić, żeby stał pusty :)
Rocznica naprawdę bardzo nam się udała. Franek jeszcze dzisiaj cały czas mówi o tym, jak to wczoraj było miło. I mnie też ciepło na sercu się robi, kiedy o tym myślę :) Różne były te lata, mamy za sobą wiele fajnych dni, ale też kilka kryzysów, a jednak jakoś tak ciągle trwamy razem. Czasami mam wrażenie, że Dorota i Juzia naprawdę mają rację i po prostu jesteśmy na siebie skazani :)
Ps. W takie dni jak wczoraj szczęście niemal się materializuje i można je dotknąć, a ja myślę sobie, że w zasadzie to mogłabym tak przez całe życie.

środa, 13 lipca 2011

Było miło i się skończyło :)

Mamy już środę, a ja przyznaję, że chyba nadal żyję weekendem. Ale w sumie to dobrze, bo tydzień pracujący szybciej mi mija a przecież jesteśmy w połowie drogi do kolejnego weekendu :) A ten poprzedni minął mi naprawdę bardzo przyjemnie… Franek też miał wolne, więc spędziliśmy razem calutkie dwa dni, z krótką przerwą na mój poranny aerobik w sobotę.
Zaczęliśmy od długiego spaceru, bo pogoda naprawdę dopisała. Co ciekawe, udaliśmy się w kierunku… mojej pracy :)) Było to zamierzone, bo rzecz w tym, że moje miejsce pracy znajduje się w naprawdę ładnej okolicy. Co prawda pod Poznaniem, więc dotarcie do niej na rowerze zajmuje mi około 10 minut, na piechotę natomiast pół godziny, ale przyznam szczerze, że wiosną i latem to sama przyjemność (nie wiem jeszcze jak będzie zimą :)) – idzie się przez pola i łąki, a ten poranny spacer, tudzież przejażdżka wśród zapachu zboża, trawy i lasy, zawsze nastraja mnie optymistycznie. Chciałam koniecznie podzielić się tym doświadczeniem z Frankiem i spacer naprawdę nam się udał, a przez chwilę mogliśmy się poczuć jak na wsi, a nie w wielkim mieście :)
Wieczorem natomiast postanowiłam wykorzystać moją wiedzę ze szkolenia i usiedliśmy w domu przy argentyńskim winku.

Niedziela trochę nas rozczarowała pogodą. Chciałam koniecznie wykorzystać mój nowy zakup, jakim był strój kąpielowy i planowałam się poopalać na działce rodziców Franka, a słoneczka nie było widać. Mimo wszystko postanowiliśmy tam spędzić dzień. I dobrze zrobiliśmy, zwłaszcza, że  w ostatniej chwili jednak chwyciłam górę od stroju… Okazało się, ze chwilę po tym, gdy przybyliśmy na miejsce, słońce wyjrzało zza chmur i już nas nie opuściło. Zajęliśmy się więc obiadem – ja sałatką i fasolką szparagową, Franek doglądał mięsa na grillu. Popołudnie minęło nam błyskawicznie. Trudno było nam się stamtąd zebrać. Bardzo lubię spędzać czas w taki sposób – wygrzewając się na słońcu, czytając na świeżym powietrzu. A do tego piwkując :) Franek był kierowcą, więc późne popołudnie spędziliśmy niemal jak stare dobre małżeństwo – znaczy się on zmywał, a ja siedziałam na leżaku z książką i od czasu do czasu krzyczałam: „Franuś, podaj mi piwko” :)))

Wszystko co dobrze szybko się kończy, niestety, i mamy już środek kolejnego tygodnia. Ale grzeję się jeszcze wspomnieniami z weekendu, zwłaszcza, że czas niestety prysł i Franka dobry humor skończył się w momencie, gdy poszedł do dentysty i pozbył się zęba. Od tej chwili ma ciągle fochy i warczy na mnie, jakby to była moja wina, że go boli. Na szczęście jestem dziwnie spokojna i chyba uodporniona na jego zły humor, bo zwykle się w takich sytuacjach dołuję, a w tym momencie mam to w nosie.