*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 28 lipca 2011

(Nie)romantyczne refleksje świeżej narzeczonej :)

Chyba mnie już trochę znacie i wiecie, że byłoby zupełnie nie w moim stylu, gdybym na widok pierścionka zaręczynowego rzuciła się Frankowi na szyję, wyznała mu miłość i popłakała ze wzruszenia? Chociaż prawdę mówiąc Franek się nieco rozczarował, bo myślał, że może jednak troszkę się wzruszę. Nic z tych rzeczy, jestem beksa, owszem, ale łzy są u mnie zarezerwowane na przykre sytuacje, nie płaczę ze szczęścia, ze śmiechu ani ze wzruszenia :) Franek chyba nawet sam był bardziej wzruszony niż ja :))
Kiedy zobaczyłam pierścionek i usłyszałam wiadome pytanie, zaczęłam się śmiać :) Śmiałam się jak głupia i nie chciałam odpowiedzieć :) Ostatecznie dałam odpowiedź jak na Margolkę przystało: „no dooobra” :)
Sceneria była naprawdę piękna, czułam się wspaniale i było mi po prostu ciepło na sercu, jak tak sobie siedzieliśmy razem. Lubię romantyczne sytuacje, ale sama nie umiem ich stwarzać i nie mogłam, no po prostu nie mogłam zachować się romantycznie :) Ale bardzo się cieszę, że Franuś tak to wszystko zaaranżował. W końcu się ściemniło, wino zostało wypite i trzeba było się ruszyć, chociaż zrobiłam to z ciężkim sercem. Zanim zeszliśmy z plaży, oczywiście, jak na Margolkę przystało, omal nie zgubiłam mojego nowego pierścionka! Przez chwilę zrobiło mi się gorąco, a potem – jak już się okazało, że go mam – co zrobiłam? No oczywiście się poryczałam :) Ze stresu chyba, ale tak czy inaczej, miał Franuś i łzy tego wieczoru :) Potem poszliśmy jeszcze na piwko i rozmawialiśmy o ślubie i weselu. Naszym ślubie i weselu ;)
A potem dzień i wieczór się niestety skończyły. Niedziela powitała nas słoneczkiem, poszliśmy do kościoła, a resztę dnia przesiedzieliśmy na plaży. Późnym popołudniem wsiedliśmy do samochodu i obraliśmy kierunek na Poznań. Dojechaliśmy na 23. To był piękny weekend i jestem pewna, że nigdy go nie zapomnę.
Przyznam, że kolejne dni były w jakiś sposób magiczne. Nie umiem tego wytłumaczyć, przecież wiadomo było, że jesteśmy i pewnie będziemy razem i jeden wieczór nie powinien tego zmienić. A jednak oboje mamy wrażenie, że coś się zmieniło między nami. Na lepsze. Nie spodziewałam się tego. Już kiedyś wspominałam, że nie chciałabym, żeby zaręczyny oznaczały tylko zmianę „statusu” z dziewczyny na narzeczoną, ale nie sądziłam, że uczucia mogą tak ewoluować. Nawet nie umiem tego opisać, bo to dla mnie prawdziwa nowość.
Kryzys dopadł mnie wczoraj, nie wiem, może miałam gorszy dzień, w każdym razie miałam wrażenie, że emocje opadają, że czar prysł… Zwierzyłam się z moich smutków Frankowi. Powiedziałam mu, że cieszę się, że się to wszystko wydarzyło, ale z drugiej strony tak mi żal, że nie mogę już czekać na to wydarzenie. Że ono już minęło, a ja nie mogłam go zatrzymać, mimo, ze było tak pięknie. Że już po wszystkim. Franek odpowiedział mi, że wcale nie jest po wszystkim, że nic nie minęło, bo teraz to dopiero wszystko się zaczyna i wszystko jeszcze przed nami…

Podoba mi się to romantyczne wcielenie Franka, nie powiem :) Mój romantyzm jest dość specyficzny – raczej bierny. Lubię go, a z drugiej strony mnie krępuje. Lubię kiedy Franek jest taki, ale nie chciałabym, żeby przesłodził. Sama natomiast jestem dobra tylko w wyobrażaniu sobie nastrojowych chwil. Ufff, jak dobrze, że nie jestem facetem i nie mam dziewczyny, która oczekuje ode mnie gestów niczym z romansu :)
Franuś powiedział, że nie może być ciągle romantyczny, żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, bo wtedy przestanę te gesty dostrzegać.
I ma rację – z romantyzmem jest jak z makijażem, trzeba go zachowywać na specjalne okazje :)

wtorek, 26 lipca 2011

Morze, plaża, wiatr i Ty…

Do ostatniej chwili zastanawialiśmy się, czy jechać… Mieliśmy wyjeżdżać nad ranem, ale kiedy się obudziliśmy o 4 było ciemno, zimno i padało :( Do tego położyliśmy się późno spać, więc co tu dużo mówić – zwyczajnie nie chciało nam się wstawać. Kazałam Frankowi podjąć decyzję, a on powiedział tylko – co my będziemy robić nad morzem, skoro tak pada?… Postanowiliśmy, że wstaniemy o siódmej i gdzieś pojedziemy. Ostatecznie wstaliśmy o ósmej i nie mogliśmy się zdecydować, dokąd jechać. Cały czas padało, żadne miejsce jakoś do nas nie przemawiało – tak się nastawiliśmy na to morze. Aż w końcu Franek stwierdził – jedziemy! Od razu mi się humor poprawił, bo tak naprawdę wszystko jedno mi było jaka będzie pogoda, chciałam po prostu pojechać nad morze i już…
 
Wyjechaliśmy więc z pięciogodzinnym poślizgiem, ale w zasadzie dobrze zrobiliśmy – całą drogę padało. Z opcji namiotowej niestety zrezygnowaliśmy, było po prostu za zimno i za mokro… Postanowiliśmy też trochę zmienić kierunek i ostatecznie pojechaliśmy do miejscowości, w której przebywał kuzyn Franka z rodziną, przy okazji mogliśmy się z nimi spotkać. Zajechaliśmy po piętnastej, zdążyliśmy znaleźć odpowiadający nam nocleg, przeszliśmy się po okolicy i niebo się rozjaśniło :) Zniknął więc żal, że wyjechaliśmy za późno i straciliśmy czas, bo nie dość, że przynajmniej byliśmy bardziej wyspani, to jeszcze nie spędziliśmy tych pięciu godzin łażąc w deszczu :)
 
Spotkaliśmy się z rodzinką, pospacerowaliśmy, a wieczór był dla nas. Chcieliśmy iść do jakiejś przytulnej knajpki, ale akurat nie było niczego takiego. Poza tym wszystko było czynne tylko do 22, a chcieliśmy posiedzieć trochę dłużej. Jednak pogoda nas uratowała, bo zrobiło się całkiem przyjemnie, nie było wiatru, nie padało. Ubraliśmy się więc ciepło, wzięliśmy koc, wino i poszliśmy na plażę. Pięknie było. Wspominałabym ten wieczór, jako jeden z najwspanialszych w moim życiu, niezależnie od tego, co się później wydarzyło. Było po prostu miło, kiedy siedzieliśmy tak obok siebie na plaży popijając z plastikowych kubeczków (mam nadzieję, że moi szefowie tego nie czytają:P) wino schowane w plecaku, rozmawiając, obserwując innych ludzi, morze, fale i kolorowe niebo, które było piękne, pomimo tego, że zachodu słońca nie było za bardzo widać. I znowu się poczułam tak zwyczajnie beztroska i szczęśliwa.
Spytałam Franka, co mu się stało, że ostatnio jest taki romantyczny. A on zapytał, czy uważam, że teraz, jak tak siedzimy, jest romantycznie. Kiedy potwierdziłam, kazał mi zamknąć oczy, czego za żadne skarby nie chciałam zrobić. W końcu jednak dałam się przekonać, a gdy po chwili kazał mi je znowu otworzyć, trzymał w ręku pudełeczko z pierścionkiem i zapytał, czy za niego wyjdę (za Franka, nie za pierścionek :))
Cóż, wygląda na to, że naprawdę jesteśmy na siebie skazani…