*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
W
czwartek po pracy byłam uradowana wizją czterodniowej laby. Tyle tylko,
że laba szybko minęła, ani się obejrzałam i już mamy wtorek. Ale w
zasadzie myślę, że jakoś to przeżyję
W końcu jutro już środa a od środy to już do kolejnego weekendu bliżej niż dalej
Czwartkowe
popołudnie zarezerwowane miałam dla koleżanki, która przyjechała na
parę dni z Hiszpanii. Usiadłyśmy sobie przy hiszpańskim winku (które
załatwiłam jednak ja) pogryzając hiszpański serek (to już przemyt
koleżanki ;)) i spędziłyśmy bardzo miły wieczór. Jak już wiecie,
piątkowy poranek do tych miłych zdecydowanie nie należał. Ale na
szczęście jak już się wypisałam, zły humor mnie opuścił. Pozałatwialiśmy
z Frankiem parę spraw na mieście a potem popędziłam do fryzjera. Zawsze
przy takich okazjach chodziłam do znajomej fryzjerki i byłam zawsze
zadowolona. Tym razem musiałam sobie znaleźć inną, więc szłam pełna
obaw. Nawet jak już mnie uczesała, nie byłam do końca przekonana, czy to
jest właśnie to. Ale przyszłam do domu i Franek był zachwycony. A ja,
jak już się ubrałam i umalowałam musiałam stwierdzić, że chyba ma rację
mówiąc, że to moje najlepsze weselne uczesanie. Franek później przez
cały wieczór powtarzał mi, że wyglądam najładniej ze wszystkich
Dobra, dobra, ja wiem, że pewnie każdy tak mówi swojej dziewczynie,
tfu! narzeczonej (no jeszcze się nie przyzwyczaiłam :P), ale każdy mnie
nie obchodzi
Ważne było dla mnie, że on naprawdę tak myśli, a tego byłam pewna.
Wesele
było bardzo udane, przyznam, że jedno z najlepszych, na jakich byłam.
Mówię to zupełnie subiektywnie, po prostu wiele rzeczy było
zorganizowanych tak, jak sama chciałabym zorganizować. No i pod tym
względem trochę kiepsko, bo niektóre kwestie, mimo, że wcześniej miałam
obmyślone już nie przejdą na naszym weselu, bo wiecie jak to jest –
będzie, że odgapiliśmy
Trudno, wymyśli się coś innego. Zabawa była fajna, chociaż na
poprzednich weselach zdecydowanie więcej tańczyłam. No jakoś tak wyszło,
ale przynajmniej nogi mnie na drugi dzień nie bolały
W
sobotę wstaliśmy z Frankiem po jedenastej, posnuliśmy się po domu,
poprzymulaliśmy i zrobiliśmy to, co robimy po każdym weselu. To już
prawie nasza tradycja – poszliśmy do Mc Donalds’a
Potem na długi spacer i do kina. Tak zazwyczaj wyglądają nasze dni
„po”. I zawsze jestesmy z nich zadowoleni. A wieczorem ja zabrałam się
za gotowanie, a Franek za pucowanie mieszkania, bo w niedzielę mieliśmy
gości.
Gośćmi tymi byli nasi rodzice. Na obiad zaserwowaliśmy kuchnię wschodnią czyli barszcz po ukraińsku i pierogi ruskie
Kiedy my krzątaliśmy się jeszcze w kuchni, nasi rodzice przeszli już
do konkretów. Odpadły wszelkie kurtuazyjne rozmowy, bo widzieli się już
parę razy i poznali na tyle, że są już „na ty” – załatwili to między
sobą, nawet nie wiem przy którym spotkaniu
Później siedzieliśmy kilka godzin wszyscy razem i omawialiśmy
podstawowe sprawy. Jeszcze nie wiemy nic konkretnego, ale wiemy już, od
czego zacząć i wstępne ustalenia zostały poczynione. Generalnie dzień
upłynął nam bardzo przyjemnie.
W
poniedziałek Franuś niestety musiał już iść do pracy, a ja z rodzicami
cieszyliśmy się jeszcze dniem wolnym szlifując bruki poznańskie. I w ten
sposób upłynęły mi wolne dni. Błyskawicznie jednym słowem. Teraz tylko
pozostaje mi czekać na urlop…
Jestem naprawdę wściekła!
Idziemy
dzisiaj z Frankiem na wesele, więc mam urlop. Posiedziałam wczoraj z
koleżanką, potem jeszcze trochę z Frankiem. Ostatecznie poszłam spać o
2, co dla mnie jest już mega ekstrawagancją. I wiecie co??
Codziennie
wstaję o szóstej. Codziennie krzątam się rano po domu. Nawet w weekendy
kładę się zwykle przed północą, a więc wstaję między siódmą a ósmą. I
NIGDY NIKT nie dzwoni.
Jeden
jedyny raz wzięłam sobie urlop, posiedziałam trochę dłużej, bo
wiedziałam, że sobie pośpię. Miałam nadzieję, że przynajmniej do
dziewiątej, żeby jednak nie paść na tym weselu. Jeden jedyny raz w
piątkowy poranek, w który normalnie zawsze wstaję, chciałam sobie pospać
do oporu I co???
Siódma
godzina, w samym środku bardzo ciekawego snu, słyszę, że w drugim
pokoju dzwoni telefon stacjonarny. W półśnie myślę sobie: „przestanie,
zaraz przestanie, śpij dalej, nie licz dzwonków, bo się rozbudzisz,
dzwoni i dzwoni, ale przestanie…” Przestało. Udało mi się nie rozbudzić.
Za chwilę dzwoni jeszcze raz. Dzwoni i dzwoni. Do oporu. Koniec spania.
Wiedziałam doskonale, ze to nikt do nas, bo dzwoniłby na komórkę,
stacjonarny mamy tylko dlatego, że właścicielka mieszkania nie chciała
likwidować numeru, a dzięki temu mamy tańszy internet. Oczywiście nie
pomyliłam się. Facet o siódmej rano pyta się mnie czy to Zarząd Dróg
Miejskich! Oberwało mu się, ale jeszcze byłam zbyt zaspana, żeby
powiedzieć mu co naprawdę myślę o tym, że ktoś nie potrafi wybrać
poprawnie numeru na telefonie i to dwa razy. Nie chciałam się nakręcać,
tylko położyłam się i starałam się z powrotem „odpłynąć”. Nie udało się.
Owszem, udawało mi się nie myśleć o niczym konkretnym, ale w sen już
nie zapadłam. A kiedy godzinę później telefon zadzwonił znowu (!)
doprowadziło mnie to do furii. Wściekła warknęłam do telefonu „słucham”,
a kiedy usłyszałam słodki głosik panienki reklamującej jakąś szkołę
językową (a co tam – Speak Up! niech mają „czarny PR” i opinię natrętów
niepozwalających się ludziom wyspać) powiedziałam, że absolutnie mnie to
nie interesuje i że mam dość odbierania od rana idiotycznych telefonów,
które nie pozwalają człowiekowi odpocząć. Cóż. Oberwało się lasce za
faceta od ZDMu, miała pecha. Ryzyko zawodowe. Jestem pewna, że słyszała
już gorsze rzeczy.
Ale
do jasnej Anielki! Codziennie łażę w tych godzinach po domu w pełni
wypoczęta i dlaczego wtedy nikt nie dzwoni, tylko właśnie w dniu, kiedy
naprawdę chciałam się wyspać??!! I patrzę z zazdrością na Franka, który
mimo dwóch pobudek zasnął ponownie
Ja już nie potrafię. Gdyby telefon dzwonił o 4tej, to byłaby na to
szansa. Ale nie o godzinie, o której normalnie jestem na nogach… Efekt
jest taki, że naprawdę czuję się zmęczona i boli mnie głowa (jak zwykle,
gdy śpię mniej niż 7 godzin) a dodatkowo wściekła jestem jak sto
diabłów.
Notka
miała być zupełnie o czymś innym, ale wyżyć się gdzieś musiałam. Lepiej
na biednym blogu niż na Franku albo fryzjerce, z którą jestem umówiona
za dwie godziny…