*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 20 sierpnia 2011

Fajny Franek.

Muszę Wam powiedzieć, iż stwierdzam, że ten Franek to jednak fajny jest. Oczywiście stwierdzam tak co jakiś czas od ponad pięciu lat, ale postanowiłam się do tego oficjalnie przyznać :D

Zaskoczył mnie ostatnio kilka razy. Zwłaszcza wczoraj. Byłam umówiona z Dorotą na 18 na jogę, zależało mi bardzo, żeby pójść, a jak na złość musiałam zostać dłużej w pracy, czego się kompletnie nie spodziewałam do ostatniej chwili. Na domiar złego byłam akurat w pracy rowerem a nie samochodem, więc wychodząc o 17:25 nie miałam szans, żeby dojechać na pętlę, oddać rower a potem jeszcze jechać tramwajami z przesiadką i zdążyć. Ale naprawdę bardzo mi zależało, zadzwoniłam więc do Franka i zapytałam po cichutku, czy nie chciałby po mnie przyjechać samochodem. Właściwie tak tylko dla zasady spytałam, bo nie oczekiwałam, że rzuci wszystko i po mnie przyjedzie. Pomyliłam się. Autentycznie rzucił wszystko – akurat robił obiad, wyłączył piekarnik, przebrał się i jeszcze po drodze dzwonił do mnie sprawdzając gdzie jestem i w którym miejscu mnie zgarnie. Franuś naprawdę się spisał. Przybyłam spóźniona jedną minutę. A potem wróciłam do domu i czekał na mnie ciepły obiad.

A to nie był pierwszy raz, gdy Franek mnie tak uratował. Pamiętam czasy, gdy jeździłam do poprzedniej pracy na siódmą. Otwierałam biuro. Parę razy zdarzyło mi się w moim roztrzepaniu zostawić w domu klucze. Żebym nie musiała tłuc się znowu autobusem i tramwajem, tracąc godzinę, Franuś poświęcał się i wstawał bladym świtem, żeby mi te klucze dowieźć.

Już kilka razy było tak, że pytałam, czy mógłby mi przywieźć moją torbę ze strojem na aerobik, bo nie zdążyłabym, gdybym jeszcze musiała po nią iść do domu… Pytał tylko, czy wszystko jest przygotowane i zgadzał się bez gadania. Raz nawet sam mi tę torbę pakował, jak mu powiedziałam, co mi jest potrzebne…

Jest sezon na słonecznik, który po prostu uwielbiam! Najlepszy jest do kupienia na targu, który niestety jest poza moim zasięgiem, bo gdy jadę do pracy, to dopiero się rozkłada, a gdy wracam, wszystkie stoiska są już zwinięte. Więc gdy Franek ma wolne idzie na ten targ specjalnie po ten słonecznik dla mnie!

Szczytem wszystkiego było, kiedy tydzień temu przyszłam do domu, a on powiedział, że umówił się z kolegami. Zrobiłam smutną minkę i powiedziałam, że szkoda, bo straaaaszną miałam tego dnia ochotę na lody i myślałam, że się na nie wybierzemy. Więc wyszedł domu, poszedł do sklepu, kupił mi tego loda, przyniósł i znowu wyszedł – tym razem na spotkanie z kolegami. Normalnie spełnił moją zachciankę – bo niczym innym to nie było.

Mogłabym mnożyć takie przykłady. Muszę przyznać, że pod tym względem Franek jest niesamowity – zawsze mogę na niego liczyć. Przy czym nie naciskam, nie stroję fochów. Najczęściej ja go nawet nie proszę, a zwyczajnie pytam, bo zdaję sobie sprawę z tego, że po prostu może mu się nie chcieć z domu wychodzić tylko po to, żeby mnie było wygodniej. Owszem, zdarza się czasami, że odmawia. A ja nie mam do niego pretensji. Ale takich sytuacji jest naprawdę niewiele. Za to tych, kiedy coś mi przywozi, gdzieś po mnie przyjeżdża, coś załatwia dla mnie, nawet nie potrafię zliczyć.
Kochany jest i zawsze kiedy robi dla mnie coś takiego, nie mogę wyjść z podziwu, bo nie wiem, dlaczego to robi*. Mam nawet wyrzuty sumienia czasami, bo nie mam pojęcia, jak mam mu się za to odwdzięczyć? Chętnie zrobiłabym dla niego coś takiego, tyle, że on mnie rzadko o coś prosi… Staram się więc wynagradzać mu to jakoś inaczej, chociaż i tak jestem pewna, że on robi dla mnie dużo więcej, niż ja dla niego**.
***
*Wrócił Franek z pracy i wierciłam mu dziurę w brzuchu, żeby mi powiedział, dlaczego. W końcu otrzymałam odpowiedź, że chce, żeby mi było miło :)


** Zainspirowana swoją własną notką podzieliłam się tym spostrzeżeniem z Frankiem. Odpowiedział mi:
- No jak nie, ty dla mnie też dużo robisz.
- Co na przykład?
- No na przykład powiem ci teraz, żebyś pojechała mi po pizzę, a ty pojedziesz i mi ją przywieziesz…
(nie pojechałam. Zamiast tego przyniosłam mu rybę z lodówki, która została nam jeszcze z wczoraj. Wygląda na usatysfakcjonowanego :))

wtorek, 16 sierpnia 2011

I po labie.

W czwartek po pracy byłam uradowana wizją czterodniowej laby. Tyle tylko, że laba szybko minęła, ani się obejrzałam i już mamy wtorek. Ale w zasadzie myślę, że jakoś to przeżyję :) W końcu jutro już środa a od środy to już do kolejnego weekendu bliżej niż dalej ;)
Czwartkowe popołudnie zarezerwowane miałam dla koleżanki, która przyjechała na parę dni z Hiszpanii. Usiadłyśmy sobie przy hiszpańskim winku (które załatwiłam jednak ja) pogryzając hiszpański serek (to już przemyt koleżanki ;)) i spędziłyśmy bardzo miły wieczór. Jak już wiecie, piątkowy poranek do tych miłych zdecydowanie nie należał. Ale na szczęście jak już się wypisałam, zły humor mnie opuścił. Pozałatwialiśmy z Frankiem parę spraw na mieście a potem popędziłam do fryzjera. Zawsze przy takich okazjach chodziłam do znajomej fryzjerki i byłam zawsze zadowolona. Tym razem musiałam sobie znaleźć inną, więc szłam pełna obaw. Nawet jak już mnie uczesała, nie byłam do końca przekonana, czy to jest właśnie to. Ale przyszłam do domu i Franek był zachwycony. A ja, jak już się ubrałam i umalowałam musiałam stwierdzić, że chyba ma rację mówiąc, że to moje najlepsze weselne uczesanie. Franek później przez cały wieczór powtarzał mi, że wyglądam najładniej ze wszystkich ;) Dobra, dobra, ja wiem, że pewnie każdy tak mówi swojej dziewczynie, tfu! narzeczonej (no jeszcze się nie przyzwyczaiłam :P), ale każdy mnie nie obchodzi :) Ważne było dla mnie, że on naprawdę tak myśli, a tego byłam pewna.
Wesele było bardzo udane, przyznam, że jedno z najlepszych, na jakich byłam. Mówię to zupełnie subiektywnie, po prostu wiele rzeczy było zorganizowanych tak, jak sama chciałabym zorganizować. No i pod tym względem trochę kiepsko, bo niektóre kwestie, mimo, że wcześniej miałam obmyślone już nie przejdą na naszym weselu, bo wiecie jak to jest – będzie, że odgapiliśmy :) Trudno, wymyśli się coś innego. Zabawa była fajna, chociaż na poprzednich weselach zdecydowanie więcej tańczyłam. No jakoś tak wyszło, ale przynajmniej nogi mnie na drugi dzień nie bolały :)
W sobotę wstaliśmy z Frankiem po jedenastej, posnuliśmy się po domu, poprzymulaliśmy i zrobiliśmy to, co robimy po każdym weselu. To już prawie nasza tradycja – poszliśmy do Mc Donalds’a :D Potem na długi spacer i do kina. Tak zazwyczaj wyglądają nasze dni „po”. I zawsze jestesmy z nich zadowoleni. A wieczorem ja zabrałam się za gotowanie, a Franek za pucowanie mieszkania, bo w niedzielę mieliśmy gości.
Gośćmi tymi byli nasi rodzice. Na obiad zaserwowaliśmy kuchnię wschodnią czyli barszcz po ukraińsku i pierogi ruskie :) Kiedy my krzątaliśmy się jeszcze w kuchni, nasi rodzice przeszli już do konkretów. Odpadły wszelkie kurtuazyjne rozmowy, bo widzieli się już parę razy i poznali na tyle, że są już „na ty” – załatwili to między sobą, nawet nie wiem przy którym spotkaniu ;) Później siedzieliśmy kilka godzin wszyscy razem i omawialiśmy podstawowe sprawy. Jeszcze nie wiemy nic konkretnego, ale wiemy już, od czego zacząć i wstępne ustalenia zostały poczynione. Generalnie dzień upłynął nam bardzo przyjemnie.
W poniedziałek Franuś niestety musiał już iść do pracy, a ja z rodzicami cieszyliśmy się jeszcze dniem wolnym szlifując bruki poznańskie. I w ten sposób upłynęły mi wolne dni. Błyskawicznie jednym słowem. Teraz tylko pozostaje mi czekać na urlop…