*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 17 listopada 2011

Dlaczego nie lubię anonimów?

Bałam się publikować tę notkę… Ale cóż, iskra w końcu poszła i ujrzała ona światło dzienne. Trudno, stało się.
Przykra sprawa, ale niestety się zdarza i to nie raz…
Piszemy notkę, ludzie ją komentują i nagle pojawia się jakiś nowy komentujący – podpisuje się nic nie mówiącym nam nickiem, nie przedstawia się, nie pisze skąd się tu wziął, po prostu komentuje daną notkę. (podkreślam, że nie chodzi mi teraz o notki polecone!) Ale komentuje w taki sposób, aby komuś sprawić przykrość, aby mu dokopać, aby go obrazić, skrytykować. W wersji łagodniejszej - wyrazić swoją zupełnie odmienną opinię, chociaż czasami w sposób mimo wszystko pozostawiający trochę do życzenia…
I niestety, ale jestem pewna, że w dużej części takich przypadków komentuje w ten sposób osoba, która jest stałym gościem na naszym blogu, która często nawet prowadzi swój blog, która nie jeden raz komentowała życzliwie… Przykre. Prawda? Oburzające. Zgadzam się. A jeśli kogoś oburza fakt, że w ogóle mogę podejrzewać stałych czytelników o coś takiego, to mu powiem, że te podejrzenia są mocno uzasadnione w moim wypadku…
Te różne liczniki odwiedzin i statystyki można sobie zamieszczać na swojej stronie dla picu. Ja zrobiłam to kiedyś z konkretnych powodów… Wtedy liczniki pomogły mi w pewnej kwestii, a więc stwierdziłam, ze jeszcze kiedys mogą się przydać i ich nie usuwałam. Być może nie wszyscy wiedzą o tym, że niektóre z tych statystyk pozwalają także na śledzenie IP osób, które odwiedzają, czy komentują. Na pewno nie wiedzą o tym osoby, które potrafią jedną notkę skomentować życzliwie a przy okazji drugiej dokopać blogerowi – tyle, że pod innym nickiem. I wiecie co? Absolutnie nie chodzi mi o to, że komentują w taki sposób - że obrażają, sprawiają przykrość albo po prostu kompletnie nie zgadzają się z tym, co napisał bloger. Ale nie znoszę obłudy, a czymże innym jest takie zachowanie?? Jak można postępować w ten sposób? Kto w ogóle może postępować w ten sposób? Tylko tchórz bez zasad… Nie zgadza się, ale nie podpisze się swoim nickiem, bo przecież nie chce absolutnie blogera urazić. Albo nie chce, żeby sobie bloger o nim coś złego pomyślał… Ma o blogerze niskie mniemanie, ale sobie samemu opinii nie chce popsuć, może nie chce się narazić innym… Cóż za problem? Napisze, co mu na sercu leży, tyle, że się nie podpisze.
I dlatego właśnie jestem uczulona na anonimy. Ktoś powie, że przecież tak naprawdę każdy może sobie jakiś nick wymyślić i pod nim komentować. Owszem, ale przecież wiecie doskonale, że z czasem się komentujących w jakiś sposób poznaje. Jeśli stale komentują podpisując się tak samo, to nawet gdy nie prowadzą swojego bloga, wyrabiamy sobie na ich temat jakąś opinię, mamy w stosunku do nich jakieś odczucia, mniej więcej wiemy, czego sie po nich spodziewać, czasami nawet wiemy o nich całkiem sporo – tu w zależności od tego, ile taki komentujący o sobie w komentarzu opowie. Nie chodzi więc mi o osoby, które same bloga nie prowadzą i komentują mniej lub bardziej regularnie. Mam na myśli komentarze podpisane nickami z kosmosu, które odzywają się tylko raz a potem już nie wracają.
Dotychczas przynajmniej ze dwa razy zdarzyło się, że wydawało mi się, że jakaś blogerka komentowała złośliwie pod innym nickiem. Może było tak więcej razy, ale te statystki śledzę rzadko, więc tego nie wiem. W każdym razie – pewności nigdy nie miałam. Ale całkiem niedawno, przez zupełny przypadek jedną taką osobę przyłapałam. Naprawdę przez przypadek, bo się wcale o to nie starałam. Nie podejrzewając niczego nawet skomentowałam tego samego dnia z rana notkę tej osoby :) A tu potem taka niespodzianka… Oczywiście, stuprocentowej pewności nie mam nigdy – ale na 99% wiem, że ktoś tak zrobił. Ten jeden procent zostawiam – bo jak powiedział Franek, ktoś może dzielić komputer z inną osobą. Chociaż zastanówcie się, jakie są na to szanse :) A nawet jeśli - ziarno nieufności zostało już zasiane…
Na szczęście nie jest to osoba szczególnie mi na blogowisku bliska, więc tak totalnie wiary w blogowanie nie straciłam. Ale niesmak niestety pozostał. Uważajcie na przypadkowych komentujących. A Wy, dwulicowi – zastanówcie się dwa razy…
Szacunku do przypadkowych anonimów nie mam za grosz.Chyba rozumiecie teraz, dlaczego?
Ps. Na ewentualne pytania, dlaczego nie zablokuję opcji komentowania albo chociaż jej nie ograniczę odpowiadam od razu – bo nie o to tu chodzi! A poza tym, taki mam kaprys i już :)
Ps2. Jestem pewna, ze osoby, które nie mają niczego takiego na sumieniu, nie wezmą tej notki do siebie i nie odczują z mojej strony jakiegoś braku zaufania. Zapewniam, daleka jestem od rzucania pochopnych oskarżeń.

środa, 16 listopada 2011

O ślubie dawno nie było…

Ja wiem, że jeszcze nam całkiem sporo czasu zostało, ale Wy mnie już trochę znacie i wiecie, że lubię mieć dopięte wszystko na ostatni guzik i to najlepiej z odpowiednim wyprzedzeniem czasowym.
No i nachodzi mnie od czasu do czasu stres dotyczący tego, czy my się wyrobimy ze wszystkim. Nie chciałabym po prostu obudzić się z ręką w nocniku. Ba! Nie chciałabym nawet z wywieszonym jęzorem załatwiać tego, co należy… Sprawnie poszło nam zarezerwowanie terminu – zarówno na sali, jak i w kościele, zespół też znaleźliśmy szybko i w ogóle nie traciliśmy czasu jeśli chodzi o te najważniejsze kwestie. Pozwoliliśmy sobie więc na prawie dwumiesięczny oddech. Ale ostatnio zaczęłam się gryźć. Wczoraj w końcu powiedziałam Frankowi, że boję się, czy się ze wszystkim wyrobimy i że nie chciałabym mieć wszystkiego naraz na głowie i zaczęliśmy działać.
Już jakiś czas temu orientowałam się mniej więcej, jak wygląda kwestia nauk przedmałżeńskich. W Miasteczku wydawało mi się to rozwiązane najrozsądniej – kurs trwał trzy miesiące a spotkania odbywały się zwykle w dwie niedziele w miesiącu. Tylko, że to rozwiązanie idealne dla miejscowych – my nie moglibyśmy zagwarantować regularnej obecności w Miasteczku w niedzielne popołudnie. A w Poznaniu takiego rozwiązania nie znalazłam. Kurs zawsze odbywa się w tygodniu. A dla takich osób, jak my – czyli dla Franka z nieregularnym grafikiem i dla mnie, która ma niemal wszystkie popołudnia zajęte – to nie lada wyzwanie znaleźć czas na te nauki. A zależy nam, żeby go odbyć „jak Pan Bóg przykazał”. Nie chcemy kombinować, wymigiwać się i narzekać, że kłody nam rzucają pod nogi.
Wczoraj ponownie przejrzałam strony internetowe parafii i po wstępnej selekcji zostały nam dwie, które w miarę lubimy i które miały najlepszą informację. Zastanawialiśmy się czy chcemy odbyć kurs w trzy tygodnie, co wiązałoby się z tym, że dwa razy w tygodniu idziemy na nauki, czy może decydujemy się na nauke raz w tygodniu, ale za to trwającą dwa miesiące… Na dłuższą metę ta opcja wydała nam się dość męcząca. Chyba łatwiej będzie nam się jednak zmobilizować, żeby zamknąć tę sprawę w jednym miesiącu. Korki przerzucę na inny dzień no i z jednego aerobiku w tygodniu zrezygnuję. Ale jakoś przetrzymam :)
Nie dowiedzieliśmy się niestety jak w ogóle się zapisać na taki kurs i jak to wygląda organizacyjnie. Dla większości parafii to chyba jest oczywista oczywistość i wychodzą z założenia, ze każdy to wie -  a pewnie, bo to raz się ślub bierze w życiu? :D.  A narzeczeni w celu omówienia szczegółów zapraszani są z reguły w takich godzinach, że nie byłabym w stanie dojechać.
Franuś podjął więc męską decyzję i jako, że dziś skończył pracę o dziewiątej, stwierdził, że pójdzie się dowiedzieć co i jak – nie dość, że bez narzeczonej to jeszcze w godzinach urzędowania nie dla narzeczonych :) Zaryzykował, że go nie przegonią. Udało się. Dowiedział się kilku istotnych szczegółów – jak tego, że nawet jeśli z jakichś względów nie będziemy mogli przyjść na któreś ze spotkań to możemy odrobić je w kolejnym miesiącu. Świetna sprawa! Ulżyło mi, bo tym się chyba najbardziej martwiłam :)
Grudzień, ze względu na święta, sobie odpuścimy. Ale w styczniu pójdziemy na kurs i będziemy mieć jeszcze ponad pół roku na pozostałe sprawy :) Jak kupowanie ubrań, obrączek (choć to chcemy też załatwić na początku roku), zaproszenia, no i kurs tańca – bardzo wskazany ze względu na Franka :))
No to trochę mi już lepiej. Jedna sprawa spadła mi z łepetyny.