*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Wczoraj w
całkiem dobrym nastroju byłam. Byłam i się zmyłam – nie wiedząc do
końca dlaczego… Co prawda przez zupełny przypadek ucięłam sobie wczoraj
pogawędkę wirtualną z dawną – niegdyś bliską – znajomą, z którą już od
jakiegoś czasu mi nie po drodze i która mi swego czasu mocno podpadła…
ale o tym może innym razem… W każdym razie – nie była to rozmowa ani o
rzeczach ważnych ani specjalnie poważnych, więc raczej nie o to chodzi.
Również wieczorem trochę się nakręciłam jedną sprawą, którą obiecałam
komuś załatwić. Niby prosta, a jednak nieco skomplikowana. I nie
lubię późną porą w taki tok myślenia wpadać (w stylu – niech już będzie
jutro, zobaczę co da się zrobić i będzie po sprawie), bo nie dość, że
potem zasnąć nie mogę, to potem w nocy mi się wszystko śni
Wyspałam się więc średnio, rano czułam się w ogóle jakoś tak ni przypiął ni wypiął.
Franek
też to zauważył, bo dzwonił, kiedy już byłam w pracy i od razu słyszał,
że serdeczności we mnie zbyt dużo nie ma. Warczeć nie warczałam co
prawda, ale sama wiem, że nawet mi się gadać niespecjalnie chciało. No
jakoś tak wszystko na „nie” chwilowo jest u mnie. Dobrze, że
przynajmniej sprawę udało mi się dość gładko załatwić
Mam nadzieję, że mi się poprawi wkrótce, bo sama nie wiem, czy bardziej jestem zła, smutna, czy tylko marudna
Ale żeby
tak całkiem w ruinę emocjonalną nie popaść, powtarzam sobie w myślach
mój ulubiony ostatnimi czasy dowcip, który naprawdę pokochałam i którym
się z Wami podzielę:
Idzie sobie po mieście facet z pingwinem. Spotyka kolegę. Ten pyta:
- A ty co tak z tym pingwinem spacerujesz?
- No widzisz, znalazłem go i zabrałem ze sobą. Nie bardzo wiem, co z nim teraz zrobić.
- No to do zoo go zaprowadź!
- A wiesz, dobra myśl…
Panowie spotykają się ponownie po tygodniu. Facet nadal z pingwinem, więc kolega pyta:
- I co, nie byłeś w tym zoo?
- Nieee no byłem! Teraz do kina idziemy.
:DDDD Uwielbiam! Pingwina i faceta
No to wywołałam wilka z lasu ostatnią notką
Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zaraz następnego dnia wszystko
dookoła mnie oszalało i zaczęło się dziać tyle, że ledwo ogarniałam?
Głównie dotyczy to sytuacji w pracy – cóż, ostrzegano mnie, ze w grudniu
dużo się dzieje, bo wszystkie akcje ruszają pełną parą. Ale nikt już
nie ostrzegał, że jak na złość Współpracownica będzie musiała odpuścić
jeden dzień w pracy z ważnych powodów rodzinnych a Pan Magazynier
zachoruje! Do tego jeszcze kilka innych niespodzianek i popłynęliśmy w
poprzednim tygodniu. Na szczęście od poniedziałku ogarnęliśmy nieco
sytuację i wyszliśmy na prostą (odpukać!) – mam nadzieję, ze tak już
zostanie, niezależnie od tego, że intensywność sprzedaży na pewno nam
nie spadnie.
Przyznaję, że byłam ostatnio wykończona i wiecznie w
biegu. To nie działa na mnie dobrze – najbardziej doskwierało mi to, że
nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje i nic nie mogę zrobić, aby
poprawić sytuację. Kiedy tak tracę kontrolę, a przede wszystkim, gdy nie
mam czasu na ogarnianie wszystkiego dookoła mnie, jakoś tak szybciej
się dołuję. Cieszę się więc, że aktualnie sytuacja wygląda na opanowaną
(mam nadzieję, że to nie kolejny wilk! :))
A tak poza tym – wszystko świetnie
Franek nadal Kluseczkuje i nadal kochamy się jak dwa aniołki. Czas
leci szybko, co mnie cieszy, bo święta coraz bliżej. Uwielbiam grudzień w
tegorocznym wydaniu! Naprawdę! I podkreślę, że ja wcale nie potrzebuję
śniegu, żeby poczuć świąteczną atmosferę! Święta to święta i już,
niezależnie od pogody
Oj, jakże bym była szczęśliwa, gdyby tegoroczna zima tak wyglądała aż do wiosny
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie zauważyła, że jak zwykle ludzie
zdumiewają mnie swoim malkontenctwem – w zeszłym roku w grudniu
napisałam notkę, że ludzie narzekają na śnieg i „nagły” atak zimy. Tym
razem mogłabym napisać o tym, jak to wiecznie niezadowoleni marudzą, że
zimy nie ma
Ech, no nie dogodzisz.
Tak
ogólnie cieszę się, że mamy już grudzień. Zawsze mi się dobrze kojarzył
ten miesiąc – święta, koniec roku, nowy początek… Lubię po prostu ten
czas i już. Chociaż muszę przyznać, że ilość pracy, która nieco mnie
przytłoczyła, delikatnie mi ten grudzień zbezcześciła, ale dam sobie
radę i z tym