*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Uduchowieni narzeczeni ;)

Wspominałam jakiś czas temu, że w styczniu planujemy odbyć nauki przedmałżeńskie i rzeczywiście tak zrobiliśmy. Byliśmy na siedmiu katechezach oraz na dwóch spotkaniach w poradni. Nie byłam nastawiona do nich negatywnie, ale też niczego wielkiego się nie spodziewałam po tych wszystkich opiniach, które słyszałam od znajomych na ten temat. Kiedy nasz kurs się skończył, odczułam… żal :) Wiem, że dla niektórych to może być szok :), ale nam naprawdę te spotkania bardzo się podobały.
Na pewno wiele zależy od sposobu ich prowadzenia, my trafiliśmy naprawdę dobrze. Każde spotkanie było z kimś innym (podkreślam, że tylko jedno z księdzem, który omawiał głównie kwestie organizacyjne oraz dotyczące wiary, bo sporo osób wyobraża sobie, że te nauki są zawsze z księdzem) – było małżeństwo w średnim wieku, była pani psycholog, była nauczycielka wychowania do życia w rodzinie, był nawet inżynier :) Prowadzący zawsze na samym początku przedstawiali się i mówili jaki mają staż małżeński. Później często posługiwali sie przykładami z własnego życia – oni naprawdę wiedzieli, o czym mówią i to było widać. Oczywiście, nie wszystkie spotkania wydawały nam się równie interesujące, nie wszyscy przypadli nam do gustu, nie ze wszystkim się tak całkowicie zgadzaliśmy.
Ale ogólnie uważam, że tak właśnie powinny wyglądać nauki przedmałżeńskie. Przede wszystkim te spotkania bardzo nas do siebie zbliżyły – musieliśmy się tak zorganizować, żeby po pracy dotrzeć na spotkanie, wymagało to od nas kompromisów i wzajemnej pomocy. Poza tym wiele tematów prowokowało nas do przemyśleń, a co za tym idzie, do rozmowy o różnych sprawach -mniej lub bardziej oczywistych, łatwiejszych i bardziej skomplikowanych. Przeżywaliśmy ten czas bardzo świadomie. Franek kilka razy wyszedł ze spotkania i stwierdził: „naprawdę dał mi ten facet do myślenia” – a to i tak jeszcze nic, bo później naprawdę zauważyłam zmianę nie tylko w jego rozumowaniu, ale także zachowaniu jeśli chodzi o pewne kwestie. Ja też trochę zmieniłam zdanie co do niektórych spraw.
Jednak my jesteśmy osobami wierzącymi i te spotkania znaczyły dla nas bardzo dużo pod względem duchowym. O ile wcześniej oczywiście mieliśmy świadomość, czym jest małżeństwo, to dzięki katechezom spojrzeliśmy na nie trochę od innej strony. Bardzo istotne były dla nas spotkania, na których poruszany był temat wiary i modlitwy w rodzinie oraz małżeństwa jako sakramentu. Podobały nam się też wykłady o różnicach w przeżywaniu miłości przez kobietę i mężczyznę (były prowadzone przez dwie różne osoby – wg Franka jeden facet mocno przynudzał, ja to przełknęłam ;)) Muszę przyznać, że najbardziej zaskoczona byłam tym, że usłyszałam całkiem sporo rzeczy, których się nie spodziewałam :) Myślałam, że temat będzie potraktowany szablonowo, a tymczasem mile się rozczarowałam. Podobnie, gdy przeczytałam, że czeka nas wykład o wykroczeniach przeciwko życiu albo miłości małżeńskiej – obawiałam się opowieści o aborcjach, być może filmu oraz zupełnie nieżyciowego podejścia do seksu – bardzo się myliłam :) Na całe szczęście. Właściwie to ta katecheza podobała się nam najbardziej :)
Tak naprawdę mimo najszczerszych chęci, bardzo trudno mi opisać, z czego wynika moje pozytywne podejście  – bo nie potrafię dokładnie ubrać w słowa to, jak się czułam, kiedy to wszystko, co słyszałam mocno trafiało mi do serca. Dodatkowo odczuwałam radość z powodu tego, że słuchamy tego razem i razem możemy czerpać z tego nauki i wyciągać wnioski. Te wzajemne poszturchiwania, ukradkowe uśmieszki, czy uściski dłoni gdy słyszeliśmy coś, co nas mocno dotyczyło :) I poczucie, że nam się uda, jeśli tylko będziemy przestrzegać pewnych zasad. Nie do opisania, naprawdę.  I… cała ta idea małżeństwa spodobała nam się jeszcze bardziej, jeszcze więcej dla nas znaczy, czujemy się tak jakby… została nam powierzona jakaś tajemnica, do której tylko my dwoje mamy dostęp :)
Ale jeszcze raz podkreślam – jesteśmy wierzący i praktykujący, więc na pewno w dużej mierze nasz pozytywny odbiór wynika właśnie z tego. Nie są to chyba spotkania dla osób, które ślub kościelny biorą bez przekonania (przecież i tak się zdarza – bo tak wypada, bo jedna strona chce, bo presja rodziny itp.) albo które mają bardzo dużo poważnych wątpliwości dotyczących wiary, czy kościoła. Rozumiem, że nie wszystkim te nauki mogą odpowiadać, chyba nawet rozumiem, że dla kogoś niektóre rzeczy mogą się wydawać śmieszne. Ale w naszym wypadku było tak, że to, co tam słyszeliśmy było spójne z naszym systemem wartości i w niewielu kwestiach dostrzegaliśmy konflikt interesów.
Wiem też, że te nauki łatwo „zepsuć”. Łatwo przegiąć w jedną stronę, ośmieszyć wiele spraw(nawet podświadomie i pewnie w dobrej wierze). Nietrudno też o przekazanie negatywnych emocji (z tym się po części spotkałam w pewnym momencie, ale o tym później). Czasami prowadzący zdają się być oderwani od rzeczywistości, nie potrafią nawiązać kontaktu z narzeczonymi. Szkoda, bo wiem, że całkiem sporo osób z podobnym podejściem do naszego, mocno się po takich naukach rozczarowała.
Jak wspomniałam, nam się tez nie wszystko podobało i przy następnej okazji napiszę o tym, co nie do końca mi odpowiadało. Ale tak ogólnie, oboje uważamy, że naprawdę warto było w tych spotkaniach uczestniczyć. Kiedy się skończyły, było nam trochę dziwnie :) Szkoda, że jesteśmy już po.

piątek, 17 lutego 2012

Móc zatrzymać ten czas.

Gdybym miała przeżywać jakiś dzień w nieskończoność i gdybym miała wybór… Jaki byłby to dzień?
Zdumiewająco szybko przyszła mi do głowy odpowiedź na to pytanie – byłby to dzień naszych zaręczyn. I wcale nie dlatego, że spełniło się moje marzenie -  zupełnie nie miałam takich odczuć. Ani nawet nie dlatego, że to był najpiękniejszy dzień w moim życiu – wiele takich pięknych dni już przeżyłam. Właściwie nie potrafię chyba powiedzieć, dlaczego właśnie ten dzień – może po prostu był idealny? :) Przy czym zaznaczam, że wcale nie chodzi o nieskazitelność – przecież nie było słodko od rana, nie wstaliśmy we wspaniałych humorach. Mało brakowało, a nigdzie byśmy nie pojechali, po drodze się posprzeczaliśmy (o totalną drobnostkę, ale my chyba lubimy po prostu się trochę poprztykać), pogoda była beznadziejna przez pół dnia. A jednak pamiętam jak się czułam, gdy już dojechaliśmy na miejsce. Beztroska, radość, szczęście po prostu. A może już coś przeczuwałam? Jeśli tak, to nawet fragment moich przeczuć nie przedostał się do mojej świadomości :) Było ciepło, przyjemnie. Było tak… zwyczajnie :) A potem ta plaża – czułam się wolna. Miałam poczucie, że możemy wszystko, choć poprzestaliśmy na tym, że grzecznie usiedliśmy na kocyku i popijaliśmy winko (to już nie tak grzeczne :)) Jeszcze zanim usłyszałam wiadome pytanie, miałam poczucie, że chcę zatrzymać tę chwilę. Wszystko, co wydarzyło się później, uczyniło ją tylko jeszcze piękniejszą i jeszcze bardziej wartą zapamiętania. Nie chciałam schodzić z plaży. Marzy mi się spędzenie którejś z czerwcowych nocy w Petersburgu. No właśnie, to była taka namiastka białej nocy… Dookoła się ściemniało, zegar wskazywał coraz późniejszą godzinę, a na północy cały czas było jasno. Pięknie. Mogłabym tam spędzić całą noc. Ale musiałam ulec Frankowi, który zdecydowanie twierdził, że nie jest to najbezpieczniejszy pomysł. Ruszyliśmy więc w stronę miasta, a mnie kręciło się w głowie – nie tylko ze względu na wypite wino. Zaczęło docierać do mnie, co się wydarzyło. Zboczyliśmy jeszcze do knajpki na piwo i trafiliśmy na dancing. Muzyka była doskonałym tłem do naszej rozmowy o ilości gości na naszym weselu :) Niestety nic nie trwa wiecznie i musieliśmy wracać. Nie chciałam. A przede wszystkim – nie chciałam, żeby czas płynął dalej. Tuż przed wejściem do naszego domku patrzyłam w czyste niebo pełne gwiazd i myślałam o tym, że chcę zatrzymać ten czas.

Jak wiadomo – żaden dzień się nie powtórzy i nie ma dwóch tych samych nocy. Ale można przynajmniej jeden dzień dwa razy opisać :)

Notkę sponsoruje książka „Siedem razy dziś” autorstwa Lauren Oliver :)

Ps. I tak mi przyszło do głowy, w trakcie pisania – ta piosenka chyba byłaby bardzo adekwatna.