*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 5 marca 2012

Idealna randka.

I słusznie się tego weekendu doczekać nie mogłam, bo był niezwykle udany – zwłaszcza sobota. W niedzielę poszliśmy na obiad do rodziców Franka, gdzie spotkaliśmy także jego brata z żoną, a więc dzień spędziliśmy w miłej, rodzinnej atmosferze. Było przyjemnie, ale jednak nic nie mogło się równać ze spędzoną tylko we własnym towarzystwie sobotą.
Ogólnie rzecz ujmując w sobotę randkowaliśmy :) Najpierw wyszliśmy na dłuugi spacer. Naprawdę długi, przeszliśmy miasto – może nie wzdłuż i wszerz, ale samo wzdłuż na pewno :) Spacer trwał jakieś pięć godzin. Naszym celem było wyjście na spotkanie wiośnie :) Szukaliśmy pierwszych jej objawów, ale oboje jednogłośnie stwierdziliśmy, że jeszcze za wcześnie – na naszej trasie nie było żadnych zielonych pączków, czy świeżej trawy. Wręcz przeciwnie – kry na Malcie, czy Warcie świadczyły o tym, że zima nie zamierza tak łatwo odpuścić. Ale my się nie poddamy i będziemy szukać nadal. Na razie niech nam wystarczy piękna pogoda – słońce i czyste niebo. Temperatury jeszcze wybaczę. Widocznie musimy jeszcze chwilkę poczekać. Kiedy poczuliśmy, że spacer daje się nam we znaki głównie poprzez bolące stopy, skierowaliśmy się w kierunku Starego Rynku. Weszliśmy do jednej z naszych ulubionych restauracji na obiad. Było przyjemnie i kameralnie – wieczorne tłumy jeszcze nie zdołały dotrzeć, dlatego też pozwoliliśmy sobie także na drinka. To znaczy ja sobie pozwoliłam, bo Franuś zadowolił się piwkiem. Nawet nie wiem, jak długo tam siedzieliśmy, ale ze dwie godziny na pewno. Dawno nie było tak miło. Tak powinien wyglądać każdy weekend – może niekoniecznie zaraz trzeba iść na obiad do restauracji, bo zbankrutowalibyśmy bardzo szybko :), ale chodzi o ten klimat – spokojna atmosfera, żadnego pośpiechu, tylko my dwoje – skupieni na sobie. Omawialiśmy różne kwestie od mocno prozaicznych i przyziemnych, po światopoglądowe. Byliśmy zaskoczeni, kiedy okazało się, że nagle zrobiło się późno – wszak wchodziliśmy do knajpki jeszcze po południu :) To chyba dobry znak, że się nie nudzimy we własnym towarzystwie. A kiedy wstawaliśmy od stolika Franek powiedział do mnie coś, co sprawiło mi ogromną przyjemność i uczyniło naszą „randkę” wręcz idealną w moim odczuciu ;) Ale na razie  się wstrzymam i nie napiszę co to były za słowa, bo chciałabym ich użyć jako pretekstu do następnej notki, która chodzi mi po głowie. 
Wieczór jednak jeszcze się nie zakończył całkowicie, bo kontynuowaliśmy go w domu grając w nową planszówkę (choć to nie do końca taka tradycyjna gra planszowa, ale jak się dowiedzieliśmy, kostki i pionki to nuuuda <że co? :)> i  już się tego teraz nie robi :)) Skończyliśmy dopiero grubo po północy. Zmęczeni byliśmy już po dniu pełnym tak pozytywnych wrażeń, ale coś się nie mogliśmy wybrać do spania. I jeszcze siedzieliśmy przytuleni w pokoju i rozmawialiśmy, tak, jak gdybyśmy nie przegadali całego dnia :) Leżałam sobie z głową na frankowych kolanach i słuchałam miłych rzeczy  – fajnie jak się Frankowi czasami na romantyczność zbierze. On rzadko mówi, co myśli o mnie, o naszym związku, o tym ile to wszystko dla niego znaczy – ale jak już powie to tak, że zapamiętuję na amen :) I zapamiętałam. Cały ten dzień zapamiętam, dzień który w zasadzie był jedną długą, idealną randką :)

czwartek, 1 marca 2012

Koślawe dialogi cz.3

To dziwne, mam mnóstwo pomysłów na notki – jest wiele rzeczy, o których chciałabym napisać, nad którymi się zastanawiam. Jest tego tyle, że muszę sobie koncepty zapisywać – ale to wcale nie znaczy, że mogłabym tak siedzieć i pisać non stop :) Kilka notek zaczęłam, ale stwierdziłam, że jeszcze nie nadają się do opublikowania. Sama nie wiem z czego to wynika. Tak czy inaczej, dzisiaj też niczego mądrego nie będzie, żadnych przemyśleń ani refleksji, być może to jeszcze nie czas na ten czy tamten temat :) Za to dawno nie było koślawych dialogów, wieki całe w zasadzie, a zdarzają nam się, zdarzają :)
Jakiś czas temu na przykład słyszę jak Franek rozmawia przez telefon z mamą. Nie wiem dokładnie czego rozmowa dotyczyła – to znaczy wiem, że chodziło o kolczyki, ale dlaczego o nich rozmawiali to nie wiem. Domyślam się, że Pani Mama zapytała, czy noszę kolczyki, a Franek odpowiedział:
- Nie, Margolka nie nosi kolczyków. Ona nosi tylko te… tipsy*!
Szkoda, że nie widziałyście mojej miny, gdy spojrzałam odruchowo na swoje paznokci :P

A parę dni temu siedząc w pracy odebrałam telefon od Franka:
- Słoneczko moje kochane! (ton wskazywał na silne zniecierpliwienie, już sobie wyobrażałam frankowatego zaciskającego zęby, walczącego ze zbliżającym się wybuchem złości)
- O nie! Czego chcesz? Albo co znowu przeskrobałam?
- Gdzie jest miarka?
- No jak to gdzie? W tej szafce narożnikowej, w której trzymamy garnki.
- W której szafce? Z garnkami? Gdzie ona niby jest?? Nie widzę żadnej miarki!
- Franuś, mogę się założyć, że jak tylko przyjade do domu, to od razu ją znajdę, na pewno tam jest. Chyba, że przełożyłeś, ale wtedy to już musisz sam sobie radzić.
- Niczego nie przekładałem! – w tle słyszę trzaskanie garnkami - Nie ma! A w ogóle kto to widział trzymać miarkę tam, gdzie garnki są!
- U mnie w domu zawsze miarka była tam gdzie garnki, więc tam ją włożyłam. A masz lepsze miejsce? U nas w kuchni to najlepszy schowek dla miarki.
- Ale jej nie ma tutaj! Przeszukałem już wszystkie garnki! – trzaska nadal, przekłada, wykłada… w końcu mówi - No i czym ja ten stół teraz zmierzę???
- ????? Yyyy, znaczy się o CENTYMETR ci chodziło?? To trzeba było tak od razu! W przedpokoju jest- w szufladzie.

Znalazł po chwili. No skąd mogłam wiedzieć, że on na centymetr mówi miarka :) U mnie się tak nigdy nie mówiło. Żeby jeszcze dodał przymiotnik „krawiecka”…  Poza tym wiedziałam, że Franek obiad będzie robił, więc myślałam, że do odmierzania objętości mu miarka potrzebna :P Grunt, że później już znalazł od razu! Swoją drogą – dlaczego Franek się ciągle mnie pyta, gdzie co leży? Przecież oboje tam mieszkamy? :) Żeby to jeszcze było jak w tym dowcipie:
- Kochanie? Gdzie sól?
- W szafce na makaron, w puszcze po cukrze z napisem kakao…
No dobra, zdarza się, czasami i u nas tak jest :P Ale on się mnie pyta nawet o rzeczy, które sam gdzieś położył :) Ja jakoś zawsze sama sobie muszę radzić…
*widzę, że nie wszyscy zrozumieli, że Franek miał na myśli klipsy :)