*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 10 marca 2012

Stękacz ;)

Od Dnia Kobiet mam w domu raczej dzień chorego… Oj, nie było żadnego świętowania w stylu – ja – kobieta w mój dzień tylko leżę i pachnę :) Oj nie, bo ledwo weszłam do domu po pracy i już musiałam Franka wpakować do łóżka i nafaszerować go witaminami i lekami przeciwgorączkowymi. A potem już tylko przynosiłam mu to, odnosiłam tamto, robiłam herbatę, kanapki, biegałam w tę i we w tę. I niestety tak jest do dziś. Wczoraj Franek od lekarza dostał zwolnienie aż do środy i leży w domu. Leży i zdycha. A żeby tak jeszcze po cichu zdychał. Ale gdzie tam. Otóż, mój przyszły mąż w ciągu ostatnich dwóch dni zamienił się w jakiegoś jęcząco-stękającego potworka :) Ze szczególnym wskazaniem na stękającego – i wcale nie chodzi o żadną przenośnię :) Słowo daję, zwariuję z nim jak mu to stękanie nie minie :P
Jakże inny klimat ma ten dzień dzisiejszy od soboty w zeszłym tygodniu. Również spędzamy go razem – można powiedzieć, że dostaliśmy wspólnie spędzony weekend w gratisie, ale wcale się z tego specjalnie nie cieszę. Przede wszystkim, wolałabym, żeby Franek nie chorował :) Żadna to przyjemność dla mnie patrzeć, jak się męczy. A poza tym, już się oswoiłam z myślą, że rano jestem sama, Franek miał wrócić o 14 i miałam wszystko zaplanowane :) A tu klops, z takim chorym facetem nie da rady nic zrobić. Naprawdę fatalnie się czuje, to już trzeci dzień, a zamiast lepiej, jest tylko gorzej. Dzisiaj to już przez pół dnia tylko leżał i spał. No i marudził, rzecz jasna :P Jeść nie chciał. Syrop niedobry. Herbata gorąca. Zimno. Gorąco. Głośno. I jeszcze w dodatku stół miał czelność stać nie tam gdzie trzeba i siniaka Frankowi nabił. Niedobry stół.
Oj wyrodna ze mnie narzeczona, bo się ośmielę teraz na publicznym blogu na chorego faceta narzekać :) A właśnie, że tak, pozwolę sobie ponarzekać – ale nie na Franka, bo przecież to nie jego wina, że chory :) Zmęczona jestem po prostu :) Franuś mi na co dzień dużo pomaga, a tak wszystko jest na mojej głowie i jeszcze opieka nad pacjentem dochodzi. Ale radzę sobie jakoś. Tylko żal mi tego stękacza. Widzę, że się bardzo źle czuje, więc staram się jak mogę umilić mu te chwile. I absolutnie nie miałabym serca powiedzieć mu, żeby wstał i sobie tę herbatę sam zrobił. Ba! Nawet bym mu na to nie pozwoliła, choćby się uparł. Tak, jak nie pozwoliłam mu wyjść dziś do apteki (chociaż nie znoszę, po prostu nie znoszę chodzić do sklepu, zakupy zawsze robię tylko „po drodze”, ale się poświęciłam :P) No ale nie będę przecież ściemniać, że to dla mnie czysta przyjemność tak cały dzień biegać i że mogłabym tak usługiwać Frankowi całe życie :P Zdecydowanie wolę, kiedy spędzamy wspólny czas w inny sposób :) Co nie zmienia faktu, że gdyby trzeba było… Obyśmy jednak oboje zdrowi byli i w potworki się nie zmieniali :)
Na szczęście teraz temperatura spadła już Frankowi w okolice 38 stopni i stał się całkiem znośny :) Nawet przydreptał do mnie i zaczął oglądać telewizję. I zjadł! Nawet nie przeszkadza mi, że najpierw miał ochotę na zupę, potem na kanapkę a w końcu kisiel jeszcze musiałam mu robić ;) Cieszę się, że nareszcie coś zjadł i że zniknął stękacz a wrócił mój kochany Franuś. I wiecie co przed chwilą powiedział? Jest ze mnie dumny, że jestem dla niego taka dobra, kiedy on jest chory :) Znaczy się, że chyba tylko mi się wydaje, że taka wyrodna jestem :P
Ważne, że mój Franek wrócił! Mówi, śmieje się, rusza, żartuje a nawet podśpiewuje! A nie tylko leży i stęka ;) Mam nadzieję, że kryzys minął ;)

czwartek, 8 marca 2012

Warto rozmawiać.

Kiedy dzisiaj Franek wrócił chwilę po północy z pracy ledwie to odnotowałam przez sen. Ale gdy zapytał mnie, czy śpię, mruknęłam, że nie. Przytulił się więc, pocałował i złożył mi życzenia z okazji Dnia Kobiet – bo chciał być pierwszy. Niemal od razu później zasnęłam z powrotem i dopiero rano sobie o wszystkim przypomniałam.
Ale czasami bywa tak, że gdy Franek wraca w nocy (no, dla niektórych to dopiero późny wieczór, ale ja zazwyczaj już o tej porze śpię od jakichś dwóch godzin) siłą woli nakazuję sobie pobudkę. Leżymy sobie wtedy po ciemku i rozmawiamy. Zazwyczaj zaczyna się od tego, że Franek opowiada, jak było w pracy. Później rozmawiamy o moim dniu, a potem to już płyniemy i w zależności od dnia i okoliczności poruszamy inne tematy.
Gdy Franek idzie do pracy na rano, kładziemy się razem wcześniej i zazwyczaj najpierw czytamy a później gasimy światło i jeszcze wymieniamy parę słów. Nie lubię, kiedy on zasypia szybciej albo kiedy ja nie wytrzymam i oczy kleją mi się kiedy on jeszcze czyta – bo najfajniej jest, gdy uda nam się chociaż tę chwilkę przed samym zaśnięciem porozmawiać. Czasami – zwłaszcza w wolne weekendy, gdy te rozmowy są dłuższe – zdarza nam się zasnąć dosłownie w pół słowa :)
Ostatnio widziałam ankietę, w której jedno pytanie dotyczyło tego, o czym rozmawia się ze swoim partnerem/partnerką i byłam zaskoczona jej wynikami. Bo całkiem sporo osób na przykład rozmawiało ze sobą tylko o pracy albo wręcz przeciwnie – rozmawiało o wszystkim, a o pracy nie. I jeszcze kilka takich ciekawostek tam dojrzałam. Trochę się zdziwiłam, że ludzie w związku nie rozmawiają ze sobą o wszystkim – niech nawet powody tego będą różne, niekoniecznie zaraz trzeba się doszukiwać złej woli. Tak, ja wiem, że czasami popadam w inną skrajność i wszystko chcę rozmową rozkładać na czynniki pierwsze. Wiem, że czasami warto przemilczeć, odczekać. Franek tak ma, w końcu jest facetem, a oni podobno lubią się od czasu do czasu zaszyć w swojej jaskini i nie trzeba ich pytać „o co chodzi”… Ale z drugiej strony – on się też przy mnie tej rozmowy nauczył. Gadamy dużo i często.
I ostatnio, kiedy byliśmy na tej nasej „randce”, gdy wstawaliśmy od stolika Franek powiedział do mnie właśnie: „Dziękuję, bardzo miło się rozmawiało”. Być może spodziewałyście się czegoś bardziej romantycznego, czy zaskakującego. Ale mnie właśnie te słowa sprawiły ogromną przyjemność! Wszak zazwyczaj takie zdanie słyszy się w początkach znajomości. Ja na przykład wypowiadam je – ale też chyba słyszę – najczęściej, gdy ta przyjemna rozmowa, to werbalne porozumienie jest swego rodzaju zaskoczeniem… Oto zupełnie niespodziewanie spotykamy kogoś, z kim odbieramy na tych samych falach, z kim można porozmawiać o wszystkim bez skrępowania. Dlatego też, gdy usłyszałam od Franka, że dziekuje mi za miłą rozmowę, poczułam się, jakbyśmy naprawdę kończyli właśnie bardzo udaną pierwszą randkę :) Poczułam po prostu świeżość naszej relacji, która przecież trwa już prawie sześć lat.
Mnie też się miło rozmawiało. Zaczęliśmy od spraw bardzo przyziemnych. Ale później przeszliśmy też do niezwykle poważnych i ważnych tematów. Wymienialiśmy się opiniami, spostrzeżeniami. Dyskutowaliśmy na przykład o życiowych priorytetach, szukaliśmy kompromisów, słuchaliśmy swoich argumentów i dochodziliśmy do wspólnych wniosków. Ludzie na co dzień nie mają zbyt wielu okazji, żeby na spokojnie porozmawiać o niektórych wartościach, nawet gdy ze sobą żyją. Oczywiście wiele rzeczy po prostu się wie. Ale ja lubię niektóre kwestie zwerbalizować. Przyznam, że czasami gdy zastanawiam się nad jakimś zagadnieniem- bardzo ważnym choć nie pilnym, myślę sobie „ciekawe, co na ten temat myśli Franek…?” i na przykład notuję sobie gdzieś u siebie, że musimy kiedyś na spokojnie o tej sprawie pogadać :) Kiedy przychodzi taki wieczór jak sobotni, nieraz wyciągam ten swój notatnik i razem przyglądamy się tym sprawom do omówienia :) Franek chętnie daje się wciągać w takie rozważania.
A jego sobotnie słowa odebrałam tak, jakbym właśnie usłyszała wspaniały komplement pod swoim adresem :)