*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 8 października 2012

Grzybowo i nie tylko.

Nie, nie, tym razem nad morze nie wyjeżdżaliśmy :) Wystarczyło do lasu niedaleko Miasteczka! Ale od początku... 

W ubiegłym tygodniu Franek powiedział do mnie: "w weekend mam wolne, co robimy? Jedziemy do Miasteczka?" Bardzo mnie te słowa ucieszyły, bo zdecydowanie planowałam jechać do Miasteczka (bo kolejny wyjazd byłby możliwy dopiero po 28 października, a to dla mnie za długo!) i już się zastanawiałam, jak mam powiedzieć o tym Frankowi :) Bo on do Miasteczka lubi jeździć, ale kiedy ma wolny weekend lubi sobie także posiedzieć w domu (co doskonale rozumiem, bo ja też lubię, tyle, że ja każdy weekend mam wolny). Kiedyś pisałam o tym, że ustaliliśmy, że będziemy do Miasteczka jeździć w jeden z dwóch frankowych wolnych weekendów, ale wiadomo, że w teorii można sobie ustalić wiele, a jak przychodzi co do czego, to praktyka kuleje. Ale nasza nie kuleje jak na razie i oby tak dalej :) Jednak najbardziej podobało mi się to, że Franek sam to zaproponował, dzięki czemu nie miałam poczucia, że cokolwiek na nim wymuszam. Bo on by się na pewno zgodził, żeby jechać ze mną, ale gdyby wyjazd wychodził zawsze z mojej inicjatywy, to bym się zastanawiała nad jego motywacją. A to miłe, że on wie, że to dla mnie ważne, a przede wszystkim, że sam lubi tam jeździć. W ogóle mam wrażenie, że Franek czuje się w Miasteczku coraz swobodniej, co mnie cieszy, bo oczywiście, że wolę jeździć tam z nim, zwłaszcza teraz, jak jesteśmy małżeństwem :) Niby nic się nie zmieniło, ale ten status znaczy naprawdę wiele dla nas. On też stwierdził, że nie będzie mu żona sama jeździła :P Co oczywiście nie oznacza dla mnie totalnego uziemienia, bo różne będą sytuacje i już teraz zanosi się, że na wszystkich świętych będę musiała pojechać sama (a szkoda, bo bardzo chciałam pokazać męża osobom z dalszej rodziny, które nie były na weselu, ale zawiadomienia dostały i z którymi co roku spotykamy się 1 listopada), bo Franek nie dostanie wolnego. Bywa i tak.

Wyjechaliśmy w piątek wieczorem, więc dojechaliśmy tuż przed północą, ale w sobotę już o siódmej się obudziliśmy i zobaczywszy błękitne niebo i piękne słońce postanowiliśmy ostatecznie, że jedziemy! Pojechał jeszcze z nami wujek. Daleko wcale nie musieliśmy jechać - jakieś 15 km, bo lasów ci u nas dostatek, chociaż w pierwszym miejscu było trochę za dużo trawy a za mało mchu, ale drugie miejsce było idealne! Trochę co prawda musieliśmy połazić, ale jak już trafiliśmy na dobre miejsce to dosłownie grzyb na grzybie! Trzy wiadra uzbieraliśmy, więc popołudnie mieliśmy zagospodarowane, bo trzeba było je oczyścić. W dodatku grzyby były naprawdę ładne!

Cieszę się, że udało nam się w tym roku pojechać na grzyby, bo myśleliśmy, że nie damy rady. A ja lubię to chodzenie po lesie i szukanie brązowych kapeluszy (nie mam pojęcia, dlaczego niektórzy na podgrzybki mówią "czarne łebki", przecież one są brązowe!!:)) Gdyby jeszcze nie te pająki... :/ Ale zawsze mam w jednej ręce długiego kija, którym wymachuję kiedy idę, no i uważnie się rozglądam, czy na pewno nie wlezę w żadną sieć. Nie wlazłam :) Ale w lewej ręce mam zakwasy od machania kijem :) A zbieranie to i tak dopiero początek fajnej zabawy, bo później w domu zasiadamy sobie w mniejszym lub większym rodzinnym gronie i czyścimy. No i ten zapach! Najpierw grzybów świeżych a później suszonych. Mmmm :) Tak więc sezon tegoroczny zaliczony :) W ostatniej chwili, ale się liczy.

A wczoraj już wróciliśmy oczywiście do Poznania - przywieźliśmy kolejną porcję prezentów ślubnych. Między innymi lampę, o której wspominałam, kurczę, ale pasuje do naszej wiewióry! To się prezent udał kuzynowi i jego żonie :) Aa, zapomniałam jeszcze, że po drodze zajrzeliśmy na Franowo do Ikei. Jak ja lubię ten sklep! Mogłabym tam chodzić i oglądać, oglądać i chodzić... Kupować rzecz jasna też, ale na szczęście potrafię się opanować zazwyczaj :) Ale wczoraj mieliśmy mało czasu, więc kiedy tylko zwolniłam nieco, żeby popatrzeć na jakąś aranżację, to Franek stwierdził, że jak będziemy się zatrzymywać przy każdych szklankach to będziemy tam nocować :) (kusząca propozycja, ale może innym razem :P) W każdym razie później stwierdził, że musimy kiedyś przyjechać na wycieczkę do Ikei :) I to też jego inicjatywa była. No, trzymam za słowo, bo ja bardzo chętnie :)

A tak w ogóle, jeśli chodzi o wyjazdy do Miasteczka, to ja mam swój interes w tym, żeby Franek jeździł ze mną, bo wtedy prowadzi samochód, a jak wiecie, jest to dla mnie czynność niezmiernie nużąca i cieszę się zawsze, kiedy on jedzie a ja mogę sobie poczytać albo na przykład bloga popisać :) Bo czasami biorę ze sobą kompa (wtedy, gdy jedziemy po ciemku) i piszę w Wordzie notki. I w ogóle lubię z Frankiem samochodem jeździć, bo on tak ma, że jedziemy, jedziemy, a tu ni z tego ni z owego wyskakuje mi z tekstem: "Co Rybo moja kochana, jak ja ciebie kocham, wiesz?" Albo od niedawna: "jak fajnie, że mam taką kochaną żonkę" Nie wiem, dlaczego w samochodzie jest taki wylewny, ale to praktycznie norma, więc nie wnikam, tylko cieszę się takimi wyznaniami ;)

niedziela, 7 października 2012

Zaślubieni


Jak już wiecie,  wychodziliśmy z kościoła przy dźwiękach Marsza Mendelsona, a gdy tylko przekroczyliśmy jego próg, posypały się na nas grosze :) Oczywiście musieliśmy je wyzbierać, prawie co do jednego – wiadomo, czyj woreczek (Juska jest niesamowita, że też miała jeszcze głowę do tego, żeby kupić specjalne woreczki na grosiki, nawet tego ze mną nie konsultowała, po prostu zrobiła, co do niej należało) był cięższy :), przecież to oczywiste od dawna, że kasę w naszym związku trzymam ja i nie ma co do tego żadnych wątpliwości, a obie strony na to przystają :) 


Na szczęście parę osób się zlitowało i pomogło nam zbierać :) Tu Ala i Juska.
 W dodatku, okazało się, że jeden z grosików wleciał mi między falbanki sukni! Nie mamy pojęcia, jak on się tam dostał, ale zdecydowanie świadczy to o tym, że grosze będą się mnie trzymały :)Kiedy już zebraliśmy te (jak się później okazało) 11,84 zł, goście ustawili się w kolejce, aby złożyć nam życzenia. Jakże miło było zobaczyć tych wszystkich ludzi, którzy przyjechali tam dla nas!
Jeśli chodzi o życzenia, prawdę mówiąc zawsze mi się wydawało, że młoda para odbiera te gratulacje i życzenia trochę automatycznie, niespecjalnie zwracając uwagę na twarze i że wszyscy im się zlewają. A tymczasem było zupełnie odwrotnie- każdy gość  był przez nas dostrzeżony, i potraktowany indywidualnie, z obecności każdego się cieszyliśmy i z uśmiechem wysłuchiwaliśmy życzeń. Nawet teraz pamiętam wszystkie twarze oraz poszczególne słowa do nas skierowane :)

Gdy przyjęliśmy życzenia i gratulacje od wszystkich, wsiedliśmy do samochodu. Według naszej wizji miało to trochę inaczej wyglądać, bo mieliśmy jechać na końcu, ale nikt nie ruszał i kamerzystka uświadomiła nas, że dopóki my nie pojedziemy, to goście też nie :) I wygląda na to, że miała rację, bo gdy tylko wyjechaliśmy za bramę, wszystkie samochody ruszyły za nami. Ale było fajnie, kiedy na jakimś zakręcie się obejrzałam i zobaczyłam caaaaały sznuuur samochodów udekorowanych balonikami :) Nie wiem dokładnie, ile aut liczyła nasza „procesja” ale na pewno więcej niż dwadzieścia. My jechaliśmy z Robertem i Juską. Do restauracji było ok. 7 km i w drodze wymienialiśmy się wrażeniami z tego ważnego wydarzenia, które właśnie było za nami. I jedliśmy cukierki :P – Juska miała w torebce Michałki i nas poczęstowała. I właśnie wtedy zaczął kropić deszcz. Właściwie teraz to nam to nawet pasowało! Mogliśmy wykorzystać parasol, który kupiliśmy pod w wpływem impulsu specjalnie na ten dzień.  Tuż przed ostatnią prostą prowadzącą do restauracji zatrzymaliśmy się (tak umówiliśmy się z kamerzystką) i przepuściliśmy wszystkie samochody. A później Robert opuścił dach, rozłożyliśmy parasol i mieliśmy prawdziwe wejście – a właściwie wjazd – smoka :) Zrobiliśmy na gościach naprawdę duże wrażenie, słychać było nawet zbiorowe „woooow”, a później wszyscy mówili nam, że się naprawdę pięknie prezentowaliśmy.   
 
 No, to nam chyba wyszło,a przynajmniej my jesteśmy zadowoleni ;) Mamę Franka to tak zatkało z wrażenia, że aż zapomniała, że ma nas zaraz "witać" :P Franek musiał jej podpowiedzieć :) Opamiętała się i poszła w stronę wejścia. A my za nią.


 U progu zostaliśmy powitani chlebem, solą i dobrym słowem ze strony naszych rodziców. Później sięgnęliśmy po kieliszki z wodą udającą wódkę a po ich opróżnieniu, rzuciliśmy je za siebie. 

Na szczęście obydwa się rozbiły, choć ten frankowy lekko oporny był i rozbił się dopiero po zaliczeniu rykoszetu :) A później została już tylko jedna rzecz:
Kiedy weszliśmy na salę znowu usłyszeliśmy Mendelsona – tym razem w wykonaniu naszego zespołu.  Jego lider nas powitał i złożył nam życzenia, a następnie, kiedy już wszyscy, łącznie z nami zaopatrzyli się w lampki szampana, 

zaintonowali „STO LAT”, które goście od razu podchwycili. A my – żeby nie stać jak kołki i nie śpiewać samym sobie „niech im gwiazdka pomyślności” ruszyliśmy, aby ze wszystkimi gośćmi stuknąć się kieliszkami :) Chcieliśmy, aby poczuli, że nie są tylko tłem, ale, że każdy jest dla nas ważny! A później było pierwsze „gorzko, gorzko” :D 

W ogóle to na temat tego całowania będę musiała notkę napisać :) Ale to już dzisiaj sobie podaruję) I nasz pierwszy (chyba, bo teraz już nie jestem pewna ;)) małżeński pocałunek!
Po nim zasiedliśmy do stołu. I miałam nareszcie swój rosół bez pietruszki! Zjadłam go ze smakiem, chociaż chyba jednak trochę bez apetytu :) Tyle dobrego jedzenia było na stołach, a my jedliśmy tylko trochę, emocje jednak zrobiły swoje i niespecjalnie odczuwaliśmy głód, chociaż wszystko było naprawdę pyszne. Po obiedzie wzięłam Alę i skoczyłyśmy razem na pięterko ;) Na pięterku znajdowały się pokoje gościnne – również nasz apartament nowożeńców, nocleg w  którym dostaliśmy w gratisie od restauracji. Ala pomogła mi skorzystać z toalety (i tak myślałam, że to będzie większy problem ;) a następnie pomogła mi popodciągać pończochy, pas, halkę i co tam jeszcze trzeba było ;) Muszę przyznać, że dziewczyny – Ala, Dorota i Juska naprawdę się spisały! Chodziły ze mną do toalety, kiedy tylko tego potrzebowałam, trzymały suknię i poprawiały to, co trzeba :)
Tym razem musiałam przede wszystkim poprawić halkę, bo bardzo bałam się, że przeszkodzi nam w pierwszym tańcu! Zeszłyśmy na dół w samą porę, bo już po chwili zespół zaprosił nas na parkiet, abyśmy rozpoczęli zabawę weselną i usłyszeliśmy pierwsze takty naszego walca.


 Jak zwykle ciąg dalszy nastąpi :) Wierzcie mi, że nie miałam pojęcia, że zajmie mi to aż tyle notek, ale opisując to wszystko tworzę pamiątkę przede wszystkim dla siebie, a więc zależy mi na każdym szczególe!