*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 24 września 2013

Bawełniana

No to mamy za sobą już pierwszy rok (i kilka dni:)) małżeństwa. Jaki był ten rok? Cóż, na pewno bardzo burzliwy - jeśli chodzi o całe nasze życie. Choć na początku wydawało się, że będzie sielsko i po powrocie z błogiej podróży poślubnej będziemy mogli zająć się wiciem jakiegoś gniazda (czyt. szukaniem mieszkania), wszystko nam się skomplikowało. Jednym słowem stabilizację szlag trafił.
W zasadzie możemy się tylko ogromnie cieszyć, że to w zeszłym roku braliśmy ten ślub :P W tym trudno byłoby sprawnie zaplanować część spraw, skoro przez kilka miesięcy nawet nie mieszkaliśmy razem. W dodatku nie moglibyśmy się cieszyć tym dniem tak, jak to było rok temu, bo bardzo dużo problemów nam się na głowę zwaliło. Poza tym niektórzy nasi goście zostali dotknięci bardzo przykrym wydarzeniem, jaką jest śmierć bliskiej osoby :( Nie mogliby się bawić na naszym weselu - o ile w ogóle by na nie przybyli. A w dodatku wrzesień w tym roku jest brzydki, deszczowy i zimny! :) To tylko dowodzi tego, że wszystko w życiu ma swój czas.
Wracają jednak do tego roku: można powiedzieć, że przeszliśmy prawdziwy chrzest bojowy jeśli chodzi o pierwsze wspólne małżeńskie decyzje i problemy. Wygląda na to, że to jeszcze nie koniec, ale dotychczas spisaliśmy się całkiem nieźle. Cały czas trzymamy się razem :) Przetrwaliśmy nawet trzymiesięczną separację, która okazała się bezbolesna (a nawet wspominam ten czas z lekkim sentymentem :P). 
Miałam kilka okazji, aby przekonać się, że Franek zrobi dla mnie wiele i że najważniejsze jest dla niego, abyśmy byli razem, niezależnie od okoliczności. Dość powiedzieć, że dla mnie (i dla wspólnej przyszłości) zrezygnował z dobrej, lubianej pracy i z miasta, w którym się urodził i w którym przeżył trzydzieści lat. Poza tym, mimo, że w wielu kwestiach mamy różnicę zdań, okazuje się, że ostatecznie stanie za mną murem, broniąc mojej racji przed członkami swojej rodziny na przykład. 
W naszym życiu wiele się po ślubie zmieniło - choć niekoniecznie ze względu na sam ślub. Czy nasz związek się zmienił? Już krótko po uroczystości pisałam, że zmieniło się wiele. Nie da się tego nawet opisać, ale relacja między nami zdecydowanie nabrała jakiegoś innego wymiaru. Głębi, magii... naprawdę trudno to nazwać. 
Zastanawiam się, skąd biorą się te wszystkie opowieści o tym, jak po ślubie wszystko zmienia się na gorsze? U nas jest zupełnie na odwrót. Mam wrażenie, jakbyśmy nigdy się tak nie kochali, jak teraz :) Jakbyśmy nigdy nie byli tak blisko. Nigdy nie byliśmy dla siebie tak ważni, jak od czasu ślubu. Wszystko mamy teraz wspólne - i nie chodzi mi o samochód, czy garnki, a o plany, problemy, oczekiwania, nadzieje... Wspólne podejście do życia :) Przed ślubem niby było tak samo, ale jednak odczuwaliśmy to trochę inaczej. Jednak symbol małżeństwa ma dla nas ogromne znaczenie.
Oczywiście kłócimy się, jak zawsze :) Nie bylibyśmy sobą, gdyby tak nie było :) Ale nasze kłótnie są zdecydowanie inne, niż kiedyś. Nigdy nie są ostateczne :P Możemy się pokłócić o jakiś drobiazg i boczyć się na siebie, ale żadne foczenie się, czy spór nie przesłoni tego co jest najważniejsze. Wiemy, że to chwilowe, więc nadal ustalamy codzienne sprawy i to pozwala nam wrócić do równowagi. Nie ma cichych dni, obrażania się, dzikich awantur :)
Myślę czasami nad tymi wszystkim drobiazgami i prozaicznymi sprawami, które załatwiamy razem, a których nie załatwia się nigdy z nikim innym, bo są zbyt osobiste. Niby błahostki, a jak wiele mówią o relacji między nami. O tym, że nie mamy przed sobą absolutnie żadnych tajemnic, nie ma między nami skrępowania, wstydu, tematów tabu. Wiele jest osób, które są mi bardzo bliskie, które znają mnie od podszewki, wiedzą jaka jestem, znają moje słabości. Ale nie ma na świecie drugiej takiej osoby, która wiedziałaby o mnie tyle, co Franek. Dorota, czy moja mama może są blisko ;), ale to jednak nie to samo. 
Myślę też o tym, jak wiele musieliśmy przejść razem, żeby znaleźć się w tym punkcie. Nie odpuściliśmy nigdy, walczyliśmy o nasz związek, nie poddawaliśmy się nawet w czasie kryzysu i to wszystko bardzo nas zahartowało. Ale najważniejsze jest to, że nasze uczucie rozkwitło z czasem, nie spowszedniało. Nie mogłabym powiedzieć, że tęsknię za naszymi początkami. Bo nie tęsknię :) Uważam, że teraz jest sto razy lepiej. Czuję się bardziej kochana i bardziej zakochana niż na początku.
Nie twierdzę, że jesteśmy parą idealną albo że któreś z nas jest ideałem, ale z mojego punktu widzenia jest idealnie ;) W takim sensie, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby być lepiej i nie chciałabym niczego zmieniać, nawet tych rzeczy, które czasami mnie denerwują. Już kiedyś pisałam, że uważam, że każdy ma inną wizję ideału i że coś, co jest wadliwe dla jednej osoby, według drugiej funkcjonuje bez zarzutu. Mam takie momenty czasami, kiedy przez głowę przebiega mi myśl, jak to możliwe, że jest nam razem tak dobrze i, że nie mogłam trafić lepiej :) 
Kiedyś bałam się, że nigdy jej nie będę miała. Myliłam się, bo mam pewność, że to jest właśnie TA osoba, z którą chcę zawsze dzielić swój los. I absolutnie żadnej wątpliwości.

Starałam się bardzo, czułam ogromną potrzebę opisania tego, co myślę i czuję z okazji naszej pierwszej, bawełnianej* rocznicy. Ale i tak mi nie wyszło :) Nie da się słowami opisać tego, jak się czuję, gdy zasypiam w objęciach męża, gdy planujemy razem weekend, kiedy rozmawiamy o tym, co zjemy na obiad, kiedy ganiamy się po mieszkaniu i wydurniamy, jak wariaci, kiedy przychodzę zmoknięta z pracy, a on czeka przy drzwiach z ręcznikiem i ciepłą herbatą, kiedy oglądamy jakiś program i słysząc coś, patrzymy na siebie, wiedząc bez słowa, o co chodzi i co w danej chwili myśli druga osoba. Myślę, że wiele osób nie wie, że tacy jesteśmy i nie wie, że naprawdę nam ze sobą dobrze. Nie jesteśmy wylewni, zwłaszcza przy innych nie opowiadamy o nas, czasami wręcz sobie żartobliwie dogryzamy w towarzystwie.
A najważniejsze jest niewidoczne dla oka.

*choć niektóre źródła podają, że papierowej :)

piątek, 20 września 2013

Rocznicowy tydzień

Jak na złość, kiedy tak zajęci jesteśmy świętowaniem, w pracy porządnie się ruszyło i nie wiem w co ręce włożyć. Przychodzę rano i ani się obejrzę, mija osiem godzin.
A przecież tyle mam ostatnio do napisania i nie nadążam:)

Wczoraj wieczorem oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień :P Nie mogliśmy nigdzie na weekend wyjechać (w sensie na przedłużony weekend, bo tak sobie planowaliśmy jeszcze gdy nie wiedzieliśmy, że Franek będzie miał nową pracę),nie mogliśmy się całkowicie w tym świętowaniu zatracić ze względu na szarą rzeczywistość, ale zrobiliśmy co mogliśmy, żeby mimo wszystko stworzyć nastrój i celebrować ten ważny dla nas czas. Udało się :)

Zaczęliśmy od soboty. W weekend w ogóle postanowiliśmy świętować w gronie najbliższych. Najchętniej zrobilibyśmy drugie wesele w tym samym składzie :P Ale wiadomo, nic dwa razy się nie zdarza... Dlatego zaprosiliśmy tylko rodziców, moją siostrę ze szwagrem, dziadka i wujka. Zarezerwowaliśmy stolik w restauracji w Miasteczku. Nie dało się w tej samej, w której mieliśmy wesele, bo odbywało się tam inne wesele, ale zorganizowaliśmy sobie miejsce w innej restauracji z tej sieci w naszej okolicy.
Całą sobotę od rana wspominaliśmy chwila, po chwili, co się działo rok temu :) Uczucie nie do opisania... O 14, czyli godzinie, o której zaczynał się nasz ślub przyjechali z Poznania rodzice Franka. Usiedliśmy sobie przy stole i łyknęliśmy po kieliszku naleweczki :) Później wszyscy się odświętnie ubraliśmy i pojechaliśmy do knajpki, w której w odosobnionym miejscu czekał na nas pięknie nakryty stół.
Posiedzieliśmy sobie tam jedząc, pijąc i rozmawiając ładnych kilka godzin :) Było naprawdę bardzo przyjemnie. Fajna była ta świadomość, że zebraliśmy się w konkretnym celu i że ten dzień nie tylko dla nas jest ważny, a nasi bliscy chcą świętować razem z nami. Na koniec Franek poszedł zapłacić, a na ciekawskie pytanie kelnera, cóż to za okazja, z dumą odpowiedział, że rocznica ślubu! :) Jak fajnie jest móc się tym pochwalić ;)
W niedzielę rano poszliśmy do kościoła i od razu na początku spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, bo traf chciał, że mszę odprawiał nie kto inny, jak ksiądz, który udzielał nam ślubu! Ten drobiazg sprawił, że i tak szczególna dla nas msza nabrała jeszcze bardziej symbolicznego znaczenia :)
Rocznicowy dzień spędziliśmy w dość oryginalny sposób, bo... w Juraparku w Krasiejowie! :D Taki był pomysł, żebyśmy wraz z rodzicami wybrali się na jakąś przyjemną, ciekawą wycieczkę gdzieś niedaleko i padło właśnie na to miejsce :) Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać, bo różne opinie słyszałam na temat takich miejsc, ale Krasiejów naprawdę pozytywnie nas zaskoczył. Wbrew naszym oczekiwaniom, wycieczka nie polegała tylko na spacerze pośród większych i mniejszych sztucznych dinozaurów. Była cała masa dodatkowych atrakcji! W tunelu czasu - do którego wjeżdżało się wagonikami, a który okazał się trójwymiarowym kinem - usłyszeliśmy naukowe wyjaśnienie procesów które zachodziły na naszej planecie miliony lat temu. W innym miejscu widzieliśmy prawdziwe kości dinozaurów znalezione właśnie na tamtym terenie oraz zobaczyliśmy rekonstrukcję codziennego żywota tamtych zwierząt. Największą atrakcją jednak było chyba oceanarium :) Być może ktoś z Was wybierze się tam kiedyś, więc nie chcę zdradzać niespodzianek, ale naprawdę było tam co oglądać! Wszystko było w trójwymiarze i w zasadzie trudno uwierzyć, że to były tylko ruchome obrazy, a nie prawdziwe zwierzęta. W dodatku wszystko było zorganizowane bardzo pomysłowo i w taki sposób, żeby zaskoczyć zwiedzającego. Chętnie wybiorę się tam ponownie! Zwłaszcza, że były tam jeszcze inne atrakcje, jak np. wesołe miasteczko, plaża i kino 5D których nie zaliczyliśmy z różnych mniej lub bardziej oczywistych powodów.
Spędziliśmy tam kilka godzin i musieliśmy wracać - po drodze jeszcze obiad w restauracji, a potem pakowanie i rozjechaliśmy się w dwie różne strony :P Rodzice Franka na północny zachód, my na północny wschód. Moi rodzice zostali na miejscu ;)
W samochodzie trochę sobie z Frankiem pogawędziliśmy, jak to zwykle bywa. Lubimy jeździć samochodem w dłuższe trasy, choćby dlatego, że jest okazja, żeby porozmawiać, a w dodatku, jak już kiedyś wspominałam, nie wiedzieć czemu, Franek w aucie staje się bardzo wylewny :) Zachwycaliśmy się trochę minionymi dniami i nietypowym trochę, ale jednak udanym świętowaniem. Cieszyliśmy się, że wszystko nam wyszło. Na miejsce dojechaliśmy późno, więc w ekspresowym tempie umyliśmy się i poszliśmy spać ;)

Zgodnie z umową, przed nami były jeszcze trzy dni obchodów :P Niestety w poniedziałek i środę kończyłam pracę dopiero o 19, więc za wiele czasu nie mieliśmy, ale wystarczyło. Te dni spędziliśmy w domu. Po pracy zjadaliśmy obiad, a później odcinaliśmy się od wszystkiego i przy kieliszku wina, oglądaliśmy zdjęcia i film z wesela :) Miło było tak siedzieć trzymając się za ręce i przytulając w ciemnym pokoju i wspominać jeszcze raz to wszystko - tym razem za pomocą dodatkowego bodźca, jakim był film...
W środę oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień  wspólną kąpielą :) 

Ostatnie dni były trochę zabiegane ze względu na naszą pracę. Poza tym dość ponure - ze względu na aurę na dworze. A jednak świętowanie bardzo nam się udało. Nie robiliśmy nic nadzwyczajnego i musieliśmy nasze obchody połączyć z przyziemną rzeczywistością dnia codziennego, ale i tak było magicznie. Wiedzieliśmy po co to robimy i z jakiego powodu i to nam wystarczyło, żeby było niezwykle ;)

Ps. Notkę pisałam przez dwa dni, stąd ewentualne nieścisłości czasowe ;)