*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Błękitny zamek

Bardzo zależało mi, żebyśmy w ten weekend nie siedzieli w domu. Wiedziałam, że musimy się czymś zająć - i że chodzi o coś więcej niż gry planszowe. Zdecydowanie bierność bardzo mnie męczy, a nawet dołuje. Dlatego zawsze szukam zajęcia. Oczywiście, że czasami lubię sobie po prostu usiąść i pogrążyć w lekturze, ale bywają dni, kiedy nie przynosi to tak potrzebnego odprężenia albo wręcz wywołuje jakiś rodzaj niepokoju. Ot, taki już niespokojny duch ze mnie, zwłaszcza w niespokojnych czasach.
Franek jest trochę inny. Lubi być aktywny, ale brakuje mu do tego motywacji. Generalnie przyznaję, że ponieważ mam zupełnie inną naturę, często denerwuje mnie jego "bezczynność". Używam cudzysłowu, bo to jest bezczynność niekoniecznie obiektywna, a raczej z mojego punktu widzenia - czyli z punktu widzenia osoby, która nie potrafi po prostu siedzieć i oglądać filmu, tylko zawsze musi coś przy tym robić :)
W każdym razie, to ja jestem u nas motorem napędowym dla wielu aktywności. Franek oczywiście czasami przejmuje pałeczkę, a poza tym większość rzeczy ustalamy razem, ale najczęściej to ja jestem inicjatorką.
Chyba nam obojgu to odpowiada. Ja lubię planować i wszystkiego dopilnować osobiście. Franek często ma ochotę żeby coś zrobić, ale jakoś nie chce mu się zacząć tego organizować. Więc się uzupełniamy - a mnie wystarczy, że od czasu do czasu Franek zafunduje mi jakąś niespodziankę :)

W każdym razie w piątek wiedziałam, że nie możemy w ten weekend po prostu siedzieć w domu. Znalezienie potencjalnej rozrywki zajęło mi dokładnie... 5 minut :) Wpisałam w wyszukiwarkę po prostu coś w stylu "co się dzieje w Warszawie" i znalazłam jakąś stronę pełną weekendowych wydarzeń różnego rodzaju - od wystaw poprzez spektakle teatralne na imprezach sportowych kończąc. 
Od razu zobaczyłam, że w sobotę w jednym z amatorskich teatrów jest premiera spektaklu "Błękitny zamek"! Moja ukochana książka autorstwa Lucy Maud Montgomery z czasów nastoletnich! Zresztą później czytałam ją jeszcze w oryginale kilka razy i cały czas tak samo mi się podobała. Myślę, że pozostanie moją ulubioną już na zawsze.
Wiedziałam, że muszę to zobaczyć! Bilety kosztowały tylko 15 złotych, zadzwoniłam więc do Franka na szybką konsultację i już po chwili kupiłam je przez internet :) Nie powiem, Franek był pełen obaw, wszak spektakl oparty na książce napisanej przez autorkę "Ani z Zielonego Wzgórza" dla faceta może nie brzmi aż tak zachęcająco :) Ale ani przez chwilę nie protestował - wiedział, że bardzo mi na tym zależy, a poza tym stwierdził, że skoro to teatr to może być ciekawe :)

Co prawda to nie był zawodowy teatr, a przedstawienie wystawiane było przez grupę aktorów-amatorów w Domu Kultury na Ursynowie, ale czekałam na to wydarzenie niecierpliwie :) I rzecz jasna byłam bardzo ciekawa, jak to będzie wyglądało. 
Muszę przyznać, że się nie zawiodłam :) Oczywiście, jeśli ktoś oczekiwałby teatru z prawdziwego zdarzenia z rekwizytami i pełną charakteryzacją, rozczarowałby się. Ale nam na tym nie zależało - zresztą wiedzieliśmy przecież, że za taką cenę na pewno nie byłoby na to szans. Jednak trzeba przyznać, że poza lekkim opóźnieniem (spektakl miał zacząć się o 18 a dopiero o 18:05 zaczęli wpuszczać na salę), które trochę mnie zirytowało, wszystko było w pełni profesjonalne - zwłaszcza aktorzy-amatorzy :)
Przede wszystkim opowiadana historia mnie nie zawiodła! Była tak samo urzekająca, jak książka :) I - podobało się Frankowi :) A to dla mnie też było ważne. Oczywiście, jak sam przyznaje, taki repertuar nie należy do jego ulubionych i wolałby jakąś komedię lub farsę (jak Mayday, na którym byliśmy we wrześniu - przy tej okazji przypomniałam sobie, że przecież mam napisaną notkę o wrażeniach z teatru, której nie opublikowałam!:)), ale jakaś romantyczna historia od czasu do czasu nie zaszkodzi - zwłaszcza w takiej formie. Jeśli chodzi o szczegóły, to może opiszę je przy następnej okazji, bo to w sumie ciekawe, jak organizatorzy i aktorzy sobie radzili. Najważniejsze było, że oboje wyszliśmy naprawdę zadowoleni :) Przyjemna rozrywka na sobotni wieczór, coś innego niż zwykle, w dodatku niedrogo. Można było się na chwilę oderwać od rzeczywistości. Ja byłam zachwycona tym, że mogłam zobaczyć adaptację mojej ulubionej powieści. Ale muszę przyznać, że to, co najbardziej mi się podoba, to fakt, że Franek już zna jej treść :) Przecież nigdy w życiu nie namówiłabym go do tego, żeby ją przeczytał :P Opowiadanie jej mijałoby się z celem, zwłaszcza, że nie potrafiłabym oddać wszystkich emocji - i tych w książce i moich. Można powiedzieć, że spektakl zrobił to za mnie :)

piątek, 31 stycznia 2014

Trzeba się trzymać

Trochę nam lepiej.
W środę podstępem zwabiłam Franka na neutralny grunt - czyli do mojej pracy. W środy ja zamykam, więc ostatnią godzinę jestem sama, poprosiłam Franka, żeby przyjechał pół godziny wcześniej. Trochę się opierał, ale w końcu go jakoś przekonałam. Kiedy przyjechał, powiedziałam mu wszystko, o czym myślałam przez cały dzień. Między innymi o tym, że nasza sytuacja nie jest taka beznadziejna, o tym, że rozumiem, jak się czuje, ale że mogliśmy się spodziewać, że tak będzie i teraz musimy to jakoś przetrwać. Że musi jakoś działać i wynajdować sobie jakieś zajęcie - choćby na siłę. I chciałam go wysłać na parę dni do Poznania, żeby zmienił otoczenie, spotkał się z rodziną, znajomymi, może nawet trochę się za mną stęsknił. 
Nie wiedziałam, czy Franek w ogóle będzie chciał słuchać, bo naprawdę z nim różnie bywa, ale udało się. I o dziwo, poskutkowało. Właściwie już  jak wróciliśmy do domu było lepiej.
A wczoraj od rana miał jakoś więcej energii. Wstał wcześniej, szybko pozmywał naczynia, wyszedł ze mną z domu, pozałatwiał kilka spraw takich jak wymiana żarówki kierunkowskazu, podwiązanie maty na balkonie, która nam się poluzowała. Poodkurzał, ogarnął mieszkanie. Od razu widziałam zmianę. Powiedział, że poczuł się trochę lepiej po naszej rozmowie.
To od razu przełożyło się na relacje między nami, bo znowu jest tak, jak lubię. Przyjemnie, blisko.
Perspektywa frankowego wyjazdu do Poznania nadal jest otwarta, ale jeszcze się zastanawia, czy na pewno tego chce, a jeśli tak, to musimy się zastanowić, kiedy byłby na to najlepszy czas, bo niektóre dni mamy zaplanowane. Proponowałam na przykład, żeby jechał w poniedziałek, ale odparł, że wtedy przecież idziemy na basen :) Tak czy inaczej, ja go do tego trochę namawiam - głównie dlatego, że mnie zawsze taki wyjazd do Miasteczka pomagał, kiedy nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić, nawet jeśli jechałam sama. Ale jeszcze zobaczymy.

Nie wiem na jak długo wystarczy nam znowu tego pozytywnego nastawienia i dobrego nastroju. Chciałabym, żeby na jak najdłużej, ale wiem doskonale, że gorsze dni przychodzą zawsze nieproszone i najczęśniej zupełnie znienacka. Mam nadzieję, że będziemy się trzymać. 

A tymczasem nadszedł piątek. Z jednej strony mój ulubiony dzień tygodnia, z drugiej - nieszczególnie lubiany :P Wiem, że to dziwne. Ale kiedy nigdzie nie wyjeżdżamy, to po powrocie z pracy w piątkowe popołudnie czuję zawsze lekką konsternację. Niby wcześniej zawsze snuję wiele planów i myślę jak wieloma przyjemnymi sprawami się zajmę, a potem czuję się jakaś wypompowana i lekko zdołowana. W sobotę zawsze mi mija i weekend zazwyczaj jest w całości udany. Ale te piątkowe popołudnia są takie sobie. Staram się więc już wcześniej zaplanować sobie coś konkretnego. Na przykład dzisiaj pogramy w Magię i miecz przy białym winie. Powinno wystarczyć, żebym nie poczuła, że kompletnie nie wiem, co ze sobą zrobić :)