*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 14 marca 2014

Skurczona Polska, czyli rzut beretem :)

Za każdym razem, gdy przyjeżdżamy do Poznania, zaskakuje nas, jakie to małe miasto :P Wiem, to brzmi absurdalnie, ale naprawdę mamy takie odczucia.
Pamiętam, kiedy tu przyjechałam. Nie byłam co prawda całkowicie przytłoczona ogromem tego miasta, bo byłam już dość oswojona z Wrocławiem, do którego jeździłam dość regularnie - ale jednak mieszkanie na tak dużej powierzchni to była dla mnie nowość :)
Wszędzie było daleko! Nigdzie nie chciało mi się chodzić, a nawet jeśli próbowałam, to zajmowało to bardzo dużo czasu i energii. Ale oczywiście później się do tego przyzwyczaiłam.

Perspektywa jednak zmieniła się dopiero, gdy przeprowadziliśmy się do Warszawy. Już wcześniej, kiedy jeździłam na delegację, od razu wiedziałam, że Warszawa jest miastem dużo większym. Oczywiście wiem, że Ameryki nie odkryłam :) Ale chodzi mi o to, że widać to było na pierwszy rzut oka - nie kiedy trzeba było gdzieś pójść albo podjechać, ale od razu, gdy wychodziło się z Dworca Centralnego wprost na budynki Warsaw Trade Towers i Pałac Kultury i Nauki człowiek uświadamiał sobie, że Poznań to Pikuś ;) Takie samo wrażenie miała zawsze Dorota i Franek, który wręcz stwierdził, że pochodzi z wioski :P
Odległości w Warszawie są naprawdę wkurzające, wspominałam Wam o tym już wiele razy. Ale dzisiaj chciałam się raczej skupić na tym magicznym skurczeniu się Poznania :)
Zauważyliśmy z Frankiem, że od kilku miesięcy wolimy po Poznaniu chodzić niż na przykład czekać na tramwaj albo pojechać samochodem (kiedyś to było nie do pomyślenia) Na początku to była kwestia tego, że nie mieliśmy już bezpłatnych biletów, a szkoda było je kupować żeby przejechać dwa przystanki. (No właśnie, w stolicy dwa przystanki to zwykle minimum 30 minut piechotą, w Poznaniu jakieś 10-15) Ale potem stwierdziliśmy, że lepiej się przejść, bo to po prostu niedaleko :) Spacer nad Maltą polegał kiedyś na tym, że wsiadaliśmy w tramwaj, wysiadaliśmy przy Baraniaka i chodziliśmy dookoła jeziora. Teraz idziemy tam na piechotę. A potem nie mamy żadnego problemu z tym, żeby przejść się do Starego Browaru. Kiedyś to naprawdę były hektary do pokonania, a teraz wszystko się jakby do siebie zbliżyło.
 Wczoraj przyjechaliśmy do Poznania o 22. Znowu jechaliśmy Polskim Busem, wysiedliśmy więc na (nowym wypasionym - ale co najważniejsze KOLOROWYM :P) zintegrowanym centrum komunikacyjnym, czyli po prostu na dworcu PKS :) Nie mieliśmy biletów, więc stwierdziliśmy, że najlepiej będzie pójść na piechotę. Zajęło nam to pół godziny, ale tylko dziesięć minut mniej zajmuje mi dotarcie piechotą do pracy ("zimą" chodziłam tak przez dwa tygodnie), więc cóż to dla nas teraz? :P W dodatku okazało się, że tramwaj przyjechał tylko pięć minut szybciej (minął nas po drodze) - to też fakt, że w Warszawie jednak komunikacja wieczorno-nocna pozytywnie zaskakuje swoją częstotliwością.

To nie ma być notka o wyższości większych miast nad mniejszymi lub na odwrót. Chodzi mi tylko o to, że mimo wszystko, gdy się nad tym zastanawiam, to zaskakuje mnie, jak bardzo i jak szybko może się zmienić perspektywa :) W ogóle ze mną to jest dość zabawnie, bo najpierw mieszkałam w Miasteczku (do 10 tys mieszkańców), potem mieszkałam z dziadkiem w większym mieście (40tys) a pod koniec liceum kilka razy w tygodniu bywałam w Opolu, które znałam już prawie jak własną kieszeń. Potem zamieszkałam w Poznaniu a teraz w Warszawie. Strach pomyśleć co będzie dalej :P ale wolę się o tym nie przekonywać ;)) Można więc powiedzieć, że wraz z tym, jak rosłam ja, rosło także moje otoczenie :)

Ale paradoksalnie - świat, a w szczególności Polska się skurczyły :) Kiedyś podróż do mojej babci to była prawdziwa wyprawa! 120 kilometrów, 1,5 godziny samochodem (podróży dwoma autobusami, pociągiem, a potem jeszcze 2 km na piechotę w czasach, gdy nie mieliśmy jeszcze samochodu już nawet nie wspomnę, chociaż pomimo tego, że miałam wtedy 6 lat, do dzisiaj pamiętam prawie wszystkie stacje kolejowe pomiędzy Opolem a Nysą:P)! Cóż to teraz dla mnie :)
Teraz normą są cztery godziny w samochodzie na trasie Warszawa-Miasteczko :) Wcale nie wydaje mi się to dużo. W ciągu jednego nieco tylko wydłużonego weekendu potrafimy z Frankiem pokonać prawie 1000 km (Warszawa-Miasteczko-Poznań-Warszawa) i wydaje nam się to zupełnie naturalne. Ani nas to nie męczy ani nie nudzi.
Niedawno przyjechał do nas w odwiedziny mój wujek, który jest nauczycielem, więc miał ferie. Któregoś wieczoru spacerowaliśmy sobie po stolicy, a wujek mówi: "i pomyśleć, że ledwo przedwczoraj stałem na Gubałówce". Bo wujek najpierw z Miasteczka pojechał do mojej siostry do Krakowa. Stamtąd wyskoczyli sobie do Zakopanego. Później przyjechał jeszcze do nas. Różne strony Polski - cóż to za problem dzisiaj wyskoczyć jednego dnia do Krakowa, a następnego do Warszawy? :P
Można też o to pytać Doroty, która ostatnio miała w pociągu do wypełnienia ankietę na temat podróży PKP. Kiedy na nią później spojrzała z dystansem, zdziwiła się, że miała miesiąc kiedy jeździła pociągiem do Poznania, Szczecina, Miasteczka, Warszawy, Opola, Wrocławia i Katowic :)
Co tu dużo mówić, kurczy nam się ta nasza ojczyzna, ale bardzo mnie to cieszy, bo dzięki temu, to naprawdę żaden problem wyskoczyć sobie w weekend na zachodni lub południowy koniec Polski :)

środa, 12 marca 2014

Jeszcze pan tu nie stał i przedwiośnie

Wasze komentarze pod przedostatnią notką, przypomniały mi jeszcze jedną sytuację "kościelną", w której uczestniczyliśmy razem z Frankiem już ponad rok temu. W ramach "zwiedzania" poznańskich kościołów, wybraliśmy się na msze do małego kościoła przy Rondzie Śródka. Do początku mszy było jeszcze piętnaście minut, ale kościół był naprawdę nieduży, więc miejsc siedzących też już wiele nie zostało. A ściślej - było ich sporo, ale pojedynczych.
Weszliśmy więc do najbliższej ławki, w której miejsca było trochę więcej i usiedliśmy koło starszej (znowu niestety:)) pani. Zmieściliśmy się bez problemu. Nie było ciasno. Ale widocznie pani siedząca obok była innego zdania - mimo, że po swej lewej stronie miała jeszcze miejsce jeśli nie na całą, to na pewno na pół osoby :) Kiedy klęczeliśmy modląc się (jeszcze przed rozpoczęciem mszy), pani cały czas złowrogo na nas spoglądała mrucząc coś pod nosem. Gdy skończyliśmy i usiedliśmy, powiedziała, że tam są wolne miejsca i jedno z nas ma się przesiąść. Tam oznaczało pojedyncze miejsce dwa rzędy przed nami i po przeciwnej stronie :) Spojrzeliśmy na siebie z Frankiem ze zdumieniem, ale i uśmiechem i odpowiedzieliśmy, że przyszliśmy razem i chcemy siedzieć razem. Pani na to tylko prychnęła i dalej coś tam złorzeczyła.

Po jakichś dwóch minutach wstała i absolutnie nie kryjąc swojego oburzenia wyszła z ławki. Dokąd poszła nie wiem - może znalazła sobie jakieś miejsca z tyłu. W każdym razie dość mocno nas to rozśmieszyło :) Ostatecznie chwilę później usiadła koło nas inna starsza pani, która widocznie nie miała aż tak wielkich wymagań co do ilości wolnego miejsca obok siebie :)

***

A tymczasem, ponieważ mamy już marzec myślę, że mogę z czystym sumieniem napisać, że uwielbiam tegoroczną zimę! :D Cudna była i jeśli tak będzie wyglądała już zawsze, to myślę, że byłabym nawet skłonna polubić tę porę roku :P Tak, ja wiem, że zapowiadają jeszcze ochłodzenie i może nawet śnieg z deszczem, ale myślę, że jakoś to przeżyję, bo marcowy śnieg z deszczem nie dołuje tak, jak ten listopadowy. Poza tym wiadomo, że w marcu jak w garncu a i kwiecień przeplata, więc pewnie jeszcze trochę nas pogoda potrzyma w niepewności. Ale i tak - przez większość czasu było po prostu ciepło! Na początku grudnia trochę przymroziło i potem chyba w początkach stycznia też, bo nie jeździłam rowerem do pracy, tylko musiałam piechotą chodzić. Ale to była naprawdę łagodna zima ze znośnymi temperaturami, a przede wszystkim znośną aurą :) Słonecznych dni było bardzo dużo, a ostatnio to już w ogóle było pięknie. No właśnie - dlatego też jest mi lepiej znosić ewentualne ochłodzenie, bo przynajmniej kiedy wstaję jest już jasno, a gdy wracam do domu z pracy, to mieszkanie jest jeszcze pełne słońca :) W poniedziałki i środy pracuję w godzinach 10-18 i dzisiaj wracałam już niemal "po jasnemu" :) Byłam zdumiona, jak szybko to poszło, bo w poniedziałek o tej samej porze jednak było ciemniej - serio! I to nie złudzenie, bo zwracam na to uwagę i czekam z niecierpliwością na przyszły poniedziałek, bo wtedy już nie będę musiała zakładać  o trzy rozmiary za dużej kamizelki na rower, w której wyglądam jak robotnik drogowy :P
Ale byłoby fajnie, jakby nam się ten klimat tak zmienił na dobre :)