*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 21 marca 2015

Aktywizujemy się

Oczywiście ciągle trudno mi znaleźć czas na wszystko, na co bym chciała. Każdemu brakuje czasu, wiadomo. A ze mną jest jeszcze problem dodatkowy - ja po prostu za dużo bym chciała :) Mam głowę pełną pomysłów i jestem pełna chęci, ale czasu nie mam na realizację tego wszystkiego, za to mam bardzo absorbującego niemowlaka w domu :) 
A w tym tygodniu nie miałam czasu jeszcze z innego powodu, mianowicie udzielamy się z Wikingiem towarzysko. Dwa razy w tym tygodniu pojechaliśmy na kilka godzin do Warszawy, gdzie ja mogłam porozmawiać z innymi mamami, a Wikuś "pobawić się" z innymi dziećmi.
Zaczęło się od tego, że od jakiegoś już czasu przymierzałam się do tego, żeby iść na spotkanie Klubu Kangura. Informację o nim znalazłam, kiedy szukałam czegoś na temat chust i pomyślałam, że mam ochotę zobaczyć, co to takiego ten klub. Napisałam do pani, która go zorganizowała i dostałam zielone światło. Jednego dnia mieliśmy szczepienie, innym razem byli u nas rodzice, ale tym razem wiedziałam, że MUSZĘ jechać, zwłaszcza, że po wyjeździe rodziców, znowu nie miałam najlepszego nastroju. 
Kiedy dzień wcześniej chciałam jeszcze sprawdzić szczegóły dotyczące godziny i lokalizacji, zobaczyłam, że w tym samym miejscu (taka kawiarnia dla rodziców z dziećmi) odbywają się ogólnorozwojowe, umuzykalniające zajęcia dla niemowląt. Spojrzałam na termin - za dwie godziny! Zadzwoniłam szybko, żeby zapytać, czy są jeszcze miejsca i podjęłam spontaniczną decyzję, że jedziemy! Choć musiałam jeszcze nakarmić i ubrać Wikusia a dojazd zajął mi godzinę, zdążyłam, a nawet byłam pół godziny wcześniej, dzięki czemu miałam jeszcze chwilę, żeby zamówić sobie coś do jedzenia.
Zajęcia bardzo mi się podobały! Trwały 45 minut, grupa była mała - nie liczyłam dokładnie, ale tak z pamięci, wydaje mi się, że 8-10 par mama-dziecko. Podczas nich było śpiewanie, maszerowanie, tańczenie, rytmiczne klaskanie, tupanie oraz zabawy z akcesoriami w postaci kolorowych rurek i piórek. Warsztaty skierowane były dla maluchów od 0 do 12 miesięcy, ale kiedy tam weszłam okazało się, że Wikuś był najmłodszy, wręcz dużo młodszy od innych dzieciaków, bo tamte miały już powyżej pół roku (zazwyczaj około ósmego miesiąca). W pierwszej chwili byłam lekko zbita z tropu, zastanowiłam się, czy się nie pospieszyłam, ale zanim zdążyłam zwątpić na dobre bądź podzielić się tym zwątpieniem z kimkolwiek, pani prowadząca powiedziała, że absolutnie to są zajęcia również dla takich dzieci jak Wikuś, że dzieci bardzo szybko łapią rytm, melodię, muzykę i że im szybciej się je z nimi zapoznaje, tym lepiej :) Powiedziała tylko, że będę musiała uważnie obserwować synka, żeby w porę zareagować, gdy zobaczę, że ma już za dużo bodźców i wrażeń. A tymczasem Wikingowi się bardzo podobało! Oczywiście nie powiedział mi tego :P, ale po prostu od samego początku był bardzo spokojny, uważnie wszystkich obserwował - trzymałam go na rękach, kładłam przed sobą na brzuszku albo tak, że opierał się o moje nogi. Słuchał uważnie piosenek, patrzył na prowadzącą, obserwował inne dzieci, tańczył razem ze mną. Wszyscy byli pod wrażeniem, że dwumiesięczniak jest taki spokojny! Prowadząca wręcz nie mogła w to uwierzyć :) Dopiero po 35 minutach Wikuś trochę zastękał, więc odeszłam na bok i usiadłam na kanapie tuląc go - zmęczył się już tymi obserwacjami, bo szybko zamknął oczy. Ale pani go pochwaliła, że i tak długo wytrzymał - zwłaszcza, że dosłownie chwilkę po nim inne dzieci już też zaczęły się niecierpliwić i marudzić, a przecież były starsze.
Później wróciliśmy do domu. Byłam w doskonałym humorze! Bardzo się cieszyłam, że pojechałam :) Po pierwsze byłam zachwycona tym, że Wiking był taki grzeczny i uważny, a po drugie przyjemnie obserwowało mi się jak inne dzieci chwytają za kolorowe rurki, śmieją się z piórek fruwających w powietrzu, siedzą i raczkują - czyli robią wszystko to, o czym Wiking (i ja:)) na razie może tylko pomarzyć :) Już się nie mogę doczekać, kiedy i on taki będzie!
Następnego dnia pojechałam na spotkanie klubu i byłam jeszcze bardziej zachwycona! Tym razem Wikuś też był najmłodszy, ale była też jedna trzymiesięczna dziewczynka i Wojtuś z 1 stycznia, więc różnica była żadna :) Mogłam więc sobie porozmawiać z mamami, a także z dziewczynami w ciąży, które przyszły na spotkanie oraz z wzbudzającą zaufanie i sympatię prowadzącą. Znowu się wszyscy zachwycali zachowaniem Wikinga - choć ich stopowałam, bo wiedziałam, ze jak zacznę go wiązać w chustę to się rozwyje i się nie pomyliłam ;) Ale i tak usłyszałam, że mój maluch jest przeuroczy :) Byliśmy tam trzy godziny i podczas tego czasu pół godziny drzemał, 10 minut jadł i chwilkę płakać, ale przez pozostały czas znowu był bardzo spokojny i tylko uważnie słuchał i obserwował :)

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo potrzebowałam takiego wyjścia! Spotkałam się z ludźmi - z innymi mamami, a jednocześnie spędzałam czas z Wikusiem i na pewno w jakiś sposób wspomagałam jego rozwój. Nie, nie jestem jedną z tych zwariowanych mamusiek, które chcą od urodzenia ustawić dziecko na starcie do wyścigu szczurów. Raczej chodzi o to, że jak wiecie, zawsze byłam osobą bardzo aktywną, nie znoszę bezczynności, nie umiem się nudzić, uwielbiam się uczyć, doświadczać nowości, spotykać się z ludźmi. I próbuję się tego trzymać również teraz jako mama - a że wykluczone jest raczej to, żebym spędzała czas tak, jak dotychczas - to szukam innych form aktywności. Jeśli przy okazji spędzam czas z dzieckiem i uczę go od małego takiego spędzania wolnego czasu, to tym lepiej. Czym skorupka za młodu nasiąknie i tak dalej... A inna sprawa, że jesteśmy tu sami, Wiking na co dzień będzie oglądał ciągle tylko mamę i tatę, to niech się oswaja z tym, że na świecie jest trochę więcej ludzi :P

Zamierzam uczęszczać na te spotkania! Nie mówię, że dwa razy w każdym tygodniu, ale na pewno w miarę możliwości regularnie. Czułam się na nich i po nich doskonale. Wikuś też wyglądał na zadowolonego. On po prostu jest takim typem "wizytowym", jak określiła go czwartkowa prowadząca. I to się naprawdę potwierdza już po raz kolejny, bo już Wam pisałam, że mały jest zawsze najgrzeczniejszy wtedy, gdy mamy gości oraz wtedy, gdy się wokół bardzo dużo dzieje. A kiedy jestem z nim sama, to dużo płacze i marudzi - pewnie mu nudno... Od samego początku tak było, od pierwszych dni! W szpitalu płakał, kiedy wszystkie inne dzieci spokojnie spały. Ale gdy tylko zaczynał się obchód - wszystkie dzieciaki w ryk, a Wikuś się uspokajał i z zainteresowaniem rozglądał się wokół! Położne wiele razy mówiły, że on jest typem towarzyskim i ciekawskim i że podobno tak zachowują się dzieci bardzo inteligentne. Wydaje mi się więc, że tego rodzaju spotkania nie zaszkodzą, a tylko będą miały na niego dobry wpływ. A do tego jeszcze mi poprawiają humor i powodują, że jestem mniej zestresowana, skoro i mały jest spokojny.

Cieszę się, że odważyłam się pojechać sama, mimo, że Franek był sceptycznie nastawiony (on z kolei nie jest typem szczególnie towarzyskim - tzn lubi się spotykać z ludźmi, ale nie lubi poznawać nowych). Nie dałam się jednak zniechęcić i potem nawet Franek zobaczył, że dobrze, że pojechałam.
I dodać jeszcze chciałam, że jechałam z wózkiem kolejką i metrem :P Prowadzące gratulowały mi kondycji (że już dwa miesiące po porodzie wyrwałam się z domu) i determinacji (przyjechałam z Podwarszawia i to jeszcze komunikacją miejską:)). A jak wychodziłam (na sali siedzimy boso) to jedna z nich (pani w sportowym ubraniu i adidasach) krzyknęła - i jeszcze na obcasach! :D
Wracając jednak do środków transportu - przyznaję, to trochę wyprawa, ale dałam radę! Wypróbowałam warszawskie windy i przetestowałam uprzejmość ludzi :) Co ciekawe do pomocy we wsiadaniu, czy wysiadaniu rwały się panie - pewnie dlatego, że same wiedzą, ile może ważyć wózek z dzieckiem :D A co do wind - tylko jedna na szczęście nie działała. Ale mam inne zastrzeżenie - jest na nich wyraźnie zaznaczone, że są one dla osób niepełnosprawnych, z wózkami oraz bardzo dużymi bagażami. Tymczasem korzystało z nich bardzo dużo osób "nieuprzywilejowanych", nie tylko starszych. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby nie to, że uważam, że jednak w takiej sytuacji powinny ustąpić miejsca osobom "wózkowym". A nie, władowały się do windy i dla mnie miejsca już nie wystarczyło :) I o mały włos się nie spóźniłam na kolejkę!


poniedziałek, 16 marca 2015

Jak w przedszkolu...

Rano wstaję, idę do kuchni, a tam na stole, jak niemal co dzień od dobrego miesiąca pudełko śniadaniowe - zaglądam i oczom nie wierzę - trzy - TRZY! - kromki chleba z wędliną, ogórek i pomidor. Zjadłam warzywka i półtorej kromeczki. Przyszedł Franek i dostałam ochrzan, że nie zjadłam wszystkiego, co mi przygotował.
Podczas mojego spaceru z Wikusiem dzwoni mama:
Mama: Ile razy dzisiaj jadłaś?
margolka: yyy... dwa razy...
M: Mało! Do tej pory powinnaś już trzy. A co jadłaś?
m: Opowiadam co jadłam.
M: A ta galareta, którą wczoraj zrobiłam z indyka i warzywami?
m: No jeszcze nie miałam kiedy jej zjeść.
M: Jak to kiedy? Wczoraj na kolację! Co jadłaś wczoraj na kolację?
m: Noo, nic, nie byłam głodna, bo późno zjadłam ciasteczko owsiane na podwieczorek.
M: Co to ma znaczyć, że nie byłaś głodna? Ty nie możesz nie być głodna! A jak nie jesteś głodna to i tak musisz coś zjeść! Najwyżej bez chleba. Nad tobą to chyba trzeba cały czas stać i pod nos ci jedzenie podsuwać!

Przychodzę do domu, Franek podsuwa :) mi pod nos talerz. 
m: Pomyliłeś się - tu są cztery kluski a na tamtym talerzu trzy. Zamieniłeś talerze, dostałam twój!
F: Nie, nie dostałaś mojego. Ty masz zjeść cztery kluski.
Oprócz tych czterech klusek i surówki miałam jeszcze na talerzu trzy ogromne kawały mięcha! A potem Franek stał nade mną i pilnował, żebym zjadła. Już nie mogłam, wciskałam w siebie na siłę, zatykałam się już i czułam się jak niegdyś w przedszkolu, kiedy to panie przedszkolanki pilnowały, żeby się wszystko zjadło. 
Do dziś pamiętam jak pani Grażynka wzięła mój talerz z zupą, podłożyła mi go pod brodę, żeby nie ściekało i łyżką wciskała mi do buzi to, czego nie zjadłam. Trauma! Ale to i tak lepsze od sytuacji, gdy ktoś za karę, ze nie zjadł zupy dostawał drugie danie do tego samego talerza - czyli do tej zupy... (czy ja już wspominałam o tym, że nie lubiłam przedszkola? :P)
W każdym razie ostatecznie Franek mi podarował jeden kawał mięsa i nie musiałam go jeść na siłę.

Powariowali normalnie z tym pilnowaniem mnie. Ja rozumiem, że muszę przytyć. Ciągle od wszystkich, łącznie z lekarzami, słyszę tylko, że muszę więcej jeść, ale ja po prostu nie umiem! Jem tyle co zawsze, albo nawet więcej! Ale nie umiem nic poradzić na to, że chudnę. Po prostu zawsze tyle jadłam, tylko wtedy nikt się temu nie dziwił. Wiem, że teraz powinnam swojemu organizmowi dostarczać większej ilości kalorii, ale naprawdę nie wiem, jak to zrobić. Teraz to już zaczęłam nawet codziennie jeść coś z pieczywa cukierniczego (wcześniej miałam postanowienie, ze tylko dwa razy w tygodniu) i nie pomaga.

Kto by pomyślał, że można się tym martwić? :P Żal mi moich ubrań, bo prawie wszystkie są za duże. W kozakach wyglądam jak kot w butach. Spodnie mi wiszą na tyłku i bluzki są porozciągane. Generalnie aż tak nad tym chudnięciem nie ubolewam, bo tak jak ostatnio Wam pisałam, przyzwyczaiłam się do swojego wyglądu. Tylko jak sobie robię zdjęcia to się dziwię.. A podobno fotki dodają 5kg... 

Mama przez cały tydzień, gdy u nas była, mnie tuczyła. Nawet jej się przez moment udało i jednego dnia na wadze miałam nawet pół kilo więcej. Ale dzisiaj rano znowu 43...
Franek już nie mówi na mnie "chuda glizdo". Teraz mówi "szkieletorku"...

Jestem rozdarta. Z jednej strony cieszę się, że nie muszę się martwić zbędnymi kilogramami. Z drugiej - wiem, że to nie jest zdrowe i przede wszystkim martwię się tendencją. Bo jak tak dalej pójdzie, to do ilu mi ta waga spadnie?? W pełni usatysfakcjonowałoby mnie 47 kilogramów.