*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Siódemka, czyli niecodzienne podsumowanie.

Ależ ten czas leci! Minął kolejny rok od "spisu powszechnego" :P, który tu na blogu urządziłam z okazji szóstej rocznicy istnienia bloga Kredki Margaretki. A wydaje mi się, że to było tak niedawno, kiedy to Wasze liczne komentarze dodały mi skrzydeł i utwierdziły w przekonaniu, że chcę pisać i możliwe, że jednak nie tylko dla siebie ;)
A tymczasem dziś mija dokładnie siedem lat od tego dnia, kiedy może nie postanowiłam, że zacznę pisać, bo to się stało chyba kilka a może kilkanaście dni wcześniej, ale od dnia, gdy po prostu kliknęłam po raz pierwszy "publikuj" :) Nieudolne były te moje pierwsze notki (choć wcale nie uważam, żeby teraźniejsze były szczególnie wysokich lotów), ale miło mi się do nich wraca. A z biegiem czasu dochodziłam do wprawy i czasami, kiedy czytam coś archiwalnego, to sama się sobie dziwię, że wyszło mi coś takiego :D

Ech, mam wrażenie, jakby to było wczoraj, a z drugiej strony wydaje mi się, że minęły lata świetlne i jestem już zupełnie inną osobą - ot, taki paradoks. Jestem nawet kimś innym niż właśnie rok temu. Nie do wiary, jak wiele się zmieniło - rok temu miałam pracę, za to nie wiedziałam, że jestem w ciąży (a może nawet jeszcze nie byłam). Dzisiaj jestem bez pracy, za to mam synka i to jest mój nowy etat, do końca życia... Nigdy nie przewidziałabym takiego rozwoju wypadków.

Wiecie, kiedy tak rozmyślałam sobie o tej mojej rocznicy blogowej i siłą rzeczy o jakimś podsumowaniu, zorientowałam się, że ze względu na to, że Tasiemiec pokrzyżował mi plany, nie podsumowałam sobie tego roku 2014. W związku z tym czuję pewien niedosyt. Stwierdziłam więc, że może dzisiejsza okazja będzie dobra, aby takiego króciutkiego podsumowania jednak dokonać, jakkolwiek dziwaczne by się to nie wydawało :) W końcu trochę się zazębia ten rok kalendarzowy z blogowym :)
Oj tam, niejedno już moje dziwactwo przeżyłyście, to i z tym się pogodzicie ;)
 
A dziwny był ten rok i trudno mi go jednoznacznie ocenić. Bo ogólnie rzecz biorąc, wcale nie był pomyślny. Kosztował nas bardzo wiele nerwów. Nie wiem, czy to nie był najbardziej stresujący rok w całym moim życiu, bo w zasadzie ciągle się czymś stresowałam - najpierw brakiem pracy Franka, później tym, czy zostanie zatrudniony, poza tym cały czas wisiało nade mną widmo likwidacji mojej firmy, które się przecież ziściło - więc potem stresowałam się bezrobociem, a do tego jeszcze cukrzycą ciążową, a co za tym idzie, przebiegiem ciąży. Oj tak, rok 2014 upłynął mi pod znakiem stresu! 
Ponadto, wydarzyło się kilka przykrych dla mnie rzeczy, chociaż utraty pracy chyba nic nie przebije. Mogłabym spisać ten rok na straty, gdyby nie dwa wydarzenia, na tyle ważne i dobre, że go ratują... W dodatku jeszcze wydarzyły się niemal w tym samym czasie. Jest to fakt, że Franek dostał pracę, na której bardzo mu zależało i którą bardzo lubi oraz oczywiście moja ciąża, która wraz z początkiem bieżącego roku się skończyła.
Myślę, że blogowo dało się to wszystko odczuć, bo przecież ten kolorowy świat towarzyszył mi cały czas i pisałam w nim na bieżąco. Cieszę się, że chyba przełamałam kryzys, który kiedyś się pojawił i chociaż chciałam pisać, to jakoś mi nie szło. Mniej więcej od marca 2014 wreszcie pisałam naprawdę regularnie :) Chociaż nie udało mi się, nie zdążyłam, napisać o jeszcze kilku istotnych dla mnie sprawach, chociaż szkice nadal gdzieś są i może jeszcze ujrzą światło dzienne ;)
A jak będzie wyglądał ten kolejny rok? Blogowo? Myślę, że tendencję już widać - jest dokładnie tak, jak się spodziewałam, czyli niestety nie mam na pisanie tyle czasu, ile bym chciała. Często muszę podejmować szybką decyzję, czy w chwili, kiedy Wiking śpi, napiszę notkę, odpowiem na komentarze, odwiedzę Wasze blogi, odpiszę na maila, czy może w ogóle nie włączę komputera i zajmę się czymś innym. Jedna notka zwykle pisana jest na raty - bywa, że przez kilka dni ;) Jakoś musiałam przywyknąć do nowej rzeczywistości i zaadaptować do niej bloga, ale chyba ważne, że jednak piszę, nie zniknęłam :) I piszę wcale nie tak mało przecież mimo wszystko, bo póki co wychodzi osiem notek na miesiąc.
Mam niestety problem z regularnym komentowaniem Waszych notek :( Przepraszam za to, ale nie wiem, kiedy będzie mogło się to zmienić. Mogę jedynie zapewnić, że regularnie zaglądam na większość blogów, które mam w linkach (albo nawet nie mam :)). Głównie dotyczy to osób, które znam najdłużej, które są mi w jakiś sposób bliskie, których życie cały czas mnie interesuje, a także tych, które odzywają się u mnie - nawet nieregularnie. Ale ostatnio pomyślałam sobie, że wzorem paru innych osób i ja muszę zweryfikować listę blogów do odwiedzania. Bez sensu jest utrzymywać pozory znajomości w imię jakiejś dziwnie pojmowanej (z mojej strony :)) lojalności. Bo kiedyś ktoś u mnie coś skomentował, nawet przypadkiem, a ja już czuję, że wobec tego i ja powinnam odwiedzać tego bloga, mimo, że autorka w zasadzie nic o mnie nie wie. Albo inaczej - autorka o mnie zapomniała i stałam się dla niej tylko kolejną osobą nabijającą statystyki. Do mnie nie zagląda od miesięcy i nie odpowiada na moje komentarze. Kiedy człowiekowi zaczyna brakować czasu, weryfikacja dokonuje się samoistnie, bo właśnie wtedy zauważam, bez których blogów nie mogę się obejść, na których z Was mi zależy (wierzcie mi, że zależy, nawet gdy wydaje Wam się, że o Was zapomniałam, bo nie komentuję) i których pisaninka bardzo mnie interesuje :)
A nieblogowo? Jaki będzie ten rok? (haha, naprawdę dziwne pytanie zważywszy na fakt, ze minął już pierwszy jego kwartał :P) Nie mam pojęcia! Na pewno upłynie pod znakiem opieki nad Wikingiem. Na razie na tym się skupiam i wiem, że będzie ciężko, bo już przecież jest. Ale mam nadzieję, ze tych dobrych chwil będzie jednak coraz więcej, że jakoś się nam to wszystko poukłada i nawet jakaś praca dla mnie się wreszcie znajdzie...

Fajnie tu być. Aż wierzyć mi się nie chce, że to już tyle lat i zastanawiam się często, ile to jeszcze potrwa? :) Bo przecież chyba nie będę pisać w nieskończoność. Dziękuję, że nadal tu jesteście. W szczególności dziękuję Smoczycy, Izie, Młodej Kobiecie, Ken G., Niedyskretnej, Flo., Meg, Antylce, Roksannie, Poli, Polly, Wici, M., Nikki, Jutrzence i Zgadze - (kolejność przypadkowa i mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam, jeśli tak, to bardzo, bardzo przepraszam) - bo Was znam najdłużej, o ile mnie pamięć nie myli, to będzie jakieś 7-6 lat :) Ale dziękuję także każdej osobie, która do grona moich czytelników dołączyła później, nawet jeśli to było niedawno. Cieszy mnie to, bo po to między innymi mój blog jest otwarty - abym mogła zawierać wciąż nowe znajomości, choć to wygląda już zupełnie inaczej niż jeszcze pięć lat temu.
Cieszę się, że jest takie miejsce, w którym cały czas mogę pisać o tym, co mnie cieszy, co martwi, czym żyję. I że jesteście jego częścią.

Ha! Udało się tę notkę napisać już za trzecim podejściem dzisiaj! Wikuś jest dla mnie bardzo łaskawy. Chyba rozumie powagę sytuacji :D


sobota, 18 kwietnia 2015

Spotkanie (nie po latach)

We wtorek po południu przygotowałam kilka porcji mleka dla Wikinga, pomalowałam paznokcie na czerwono i wyszłam z domu. Po raz pierwszy w celach towarzyskich zupełnie sama, bez wózka i bez Wikinga w wózku. Aż mi trochę dziwnie było przez chwilę. Trudno było mi pozbyć się odruchu rozglądania się za windą na peronie metra. Ale na szczęście dość szybko pozbyłam się wyrzutów sumienia, że zostawiłam Franka z dzieckiem. Poszło mi tak dobrze, że w okolicach dziewiątej zadzwoniłam, że będę trochę później, tak około jedenastej.

Pojechałam do jednej restauracji na Ursynowie, gdzie dość szybko udało nam się zorganizować spotkanie pracowników z mojej poprzedniej firmy. Początkowo miało to być w poniedziałek, ale wtedy nie mogłabym pojechać, bo nie mogłabym zostawić Wikusia Frankowi, skoro ten wstawałby do pracy o 3 nad ranem. Ale środę miał wolną, więc się wszyscy do mnie dostosowali (a dokładniej po prostu nie mieli nic przeciwko zmianie dnia:)) i umówiliśmy się na wtorek..
Kiedy przyszłam, Dyrektor Finansowy (bo tak go tu zawsze nazywałam) już czekał - czyli było od początku tak, jak zawsze :) Bo zawsze oboje przychodziliśmy przed czasem - on zazwyczaj był pierwszy, a ja przychodziłam zaraz po nim :) Potem odrobinę spóźniona przyjechała Pani Prezes i jeszcze dwie osoby. Ależ było cudnie spotkać się z tymi ludźmi! Pracowało nam się razem wspaniale a i na gruncie prywatnym bardzo dobrze się dogadujemy, mimo, że każdy z nas jest zupełnie inny - jesteśmy z różnych roczników (różnica między najstarszą i najmłodszą osobą to 19 lat), mamy różne doświadczenia zawodowe, inne sytuacje rodzinne, nawet pochodzimy z różnych miejsc, ale naprawdę szczerze się lubimy. Nasze relacje nie są może jakieś bardzo zażyłe, ale jednak bardzo życzliwe i serdeczne i to jest chyba właśnie klucz do sukcesu.

To było nasze pierwsze spotkanie po imprezie pożegnalnej 3 października, więc każdy z nas miał swoje pięć minut, żeby opowiedzieć o tym, co porabiał w ciągu tego półrocza. Było więc o podróży dookoła świata, o księgowej z zaćmą, o przebiegniętych maratonach, planowanym ślubie, kursie coachingu, podróży poślubnej, współpracy z jednym ze słynnych restauratorów, zdobywaniu kontaktów i pobitym rekordzie w nowej pracy. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, wszyscy sobie poradzili i już od kilku miesięcy pracują. Sama nie wiem, czy bardziej mnie to podnosi na duchu (bo może i ja znajdę pracę dość szybko), czy wręcz przeciwnie - dołuje, że wszyscy gdzieś pracują, a ja nie :(
Ze swojej strony oczywiście opowiadałam o Wikingu i mojej codzienności z nim (na przykład o tym, że skończyłam wreszcie sweter na szydełku, którego nie mogłam dokończyć przez parę lat :P - to tak w ramach "sukcesów" :P), o którego wszyscy mnie pytali. Bo oczywiście, że się urodził wiedzieli. Jako ciekawostkę powiem Wam, że Dyrektor Finansowy to się o narodzinach Wikinga dowiedział chyba nawet przed moimi rodzicami, bo akurat tak się wstrzelił, że dzwonił do mnie 7 stycznia, żeby zapytać co słychać i czy już urodziłam. Kiedy zobaczyłam, że mam od niego nieodebrane połączenie, byłam tak ciekawa, w jakiej sprawie dzwonił, że oddzwoniłam, leżąc jeszcze na łóżku porodowym :D
Posiedzieliśmy tak do 22 i zaczęliśmy się zbierać, umawiając się wstępnie na kolejny taki spęd. Pani Prezes chciałaby zrobić u siebie ognisko... No, zobaczymy. Na pewno wszyscy są chętni na takie spotkanie, ale wiadomo, jak to trudno się zawsze zmobilizować, żeby coś zorganizować. Chociaż teraz udało nam się to dość sprawnie :) To był bardzo pozytywny wieczór. Potrzebowałam takiego wyjścia.
I Franek też sobie poradził. Oczywiście nie wątpiłam w to. Ale rzecz w tym, że na początku Franek bardzo intensywnie zajmował się Wikusiem (o czym tutaj pisałam), miałam wrażenie, że radzi sobie dużo lepiej ode mnie. Poświęcał mu bardzo dużo czasu i uwagi. To się niestety trochę zmieniło w momencie, kiedy Franek wrócił do pracy (co było i jest dla mnie zrozumiałe - wstaje bardzo wcześnie, jest zmęczony itp.), a już najbardziej, kiedy się rozchorował i byłam zmuszona opiekować się Wikingiem sama, co pokazało, że jednak świetnie mi to idzie. Od tamtej pory Franek jakby się trochę wycofał. Nadal zajmuje się wszelkimi domowymi sprawami, ale jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem, to jakby przestał wierzyć we własne siły i raczej zostawia to mnie (chodzi oczywiście o sytuacje, kiedy oboje mamy  "wolne ręce", bo bez problemu przejmuje małego, gdy ja robię coś innego). Dlatego myślę, że to też był dobry pretekst do tego, żeby Franek miał okazję przypomnieć sobie, że też sobie świetnie radzi. Ogólnie, kiedy wróciłam (a nie było mnie siedem godzin, w dodatku późnym popołudniem, kiedy Wiking zwykle najbardziej marudzi, bo jest już zmęczony), to stwierdził, że wcale nie było źle. Po prostu nie miał zbyt wiele czasu dla siebie - ale cóż - skąd ja to znam? :) 
Jedyny minus, to fakt, że następnego dnia byłam lekko skacowana. Oczywiście nie piłam alkoholu, ale zauważyłam, że zawsze, kiedy się nie wyśpię to czuję się właśnie tak, jak po zakrapianej imprezie. Teraz chodzę spać bardzo wcześnie, głównie dlatego, że rano Wiking dość wcześnie zarządza pobudkę. Tamtego dnia oczywiście nie było inaczej - już w okolicach piątej zaczął nas powoli budzić, a zasnęłam dopiero przed pierwszą - niby się położyłam o północy, ale byłam zbyt podekscytowana emocjami, które wywołało spotkanie, żeby od razu zasnąć.