*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 20 maja 2015

Wspomnienie...

 Mniej więcej rok temu napisałam notkę, której nie opublikowałam. Najpierw było za wcześnie, potem się nie złożyło, potem o niej zapomniałam. Ale stwierdziłam, że przyszedł na nią czas. Dzisiaj tamte emocje już nie straszą :)
***
Pisząc pierwsze zdanie tej notki, wiem doskonale, że jej nie opublikuję. To znaczy – nie opublikuję jej na razie, ale na pewno zrobię to za jakiś czas.
A napisać muszę, bo jakoś muszę poradzić sobie z tymi dziwnymi emocjami, których jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam. Cóż, ale to chyba zrozumiałe, w końcu jeszcze nigdy nie byłam w ciąży. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, choć po prawdzie, cały czas płaczę. Jestem zaskoczona, podekscytowana i przerażona. Czy się cieszę? Na pewno się nie martwię. Łzy nie są łzami smutku, ale to też nie jest jakaś ogromna radość – to są łzy zdenerwowania.
Dopiero od dwóch godzin o tym wiem. To spadło na mnie tak nagle... Ot tak, krótki spacer, który skończył się zakupem testu ciążowego. Zakupem trochę dla jaj, bo przecież nie brałam na serio takiej ewentualności pod uwagę. A jednak. Przecież gdybym wierzyła, że coś ten test może wykazać, to nie proponowałabym, że zrobię go jutro rano, bo nie chciałabym tego robić sama. Ale Franek powiedział, że mam go zrobić teraz, bo przecież on też chce wiedzieć.. Całe szczęście, że to powiedział! Nie wyobrażam sobie siedzieć z tą wiedzą samej w domu! I jeszcze iść do pracy!
Nie wierzę w te dwie kreski. Cały czas chodzę sprawdzić, czy to tak na serio?? Szok, po prostu szok.

Usiadłam obok Franka, zapłakana, cała się trzęsłam. Franek mnie pocieszał - to znaczy, może to nie jest dobre słowo, bo przecież nie stało się nic złego. Ale mówił, że będzie dobrze i że się poukłada. Zapytałam, czy mam zadzwonić do mamy. Przecież zawsze ze wszystkim dzwonię najpierw do mamy. Ale nie miałam odwagi. Nie minęło pięć minut, kiedy to mama zadzwoniła do mnie. Nie odebrałam. 
Zadzwoniłam do Doroty. Chyba musiałam zrobić próbę generalną... Powiedziałam jej, że nie pójdę już z nią na imprezę :( Nie wiedziała o co mi chodzi, dopóki znowu z płaczem nie oznajmiłam jej, że jestem w ciąży i nie będę mogła pić. Ucieszyła się! Bardzo. A jeszcze wczoraj wysłała mi smsa, że nie może się doczekać, aż będę miała dzieci, bo do kina wchodzi "Pat i Kot" i "Czarnoksiężnik z krainy Oz: Powrót Dorotki" i nie ma z kim iść.
Odetchnęłam i zadzwoniłam do mamy. Pogadałyśmy chwilę o innych sprawach, a potem powiedziałam, że muszę jej coś powiedzieć.. I że chyba jestem w ciąży.. 
A mama na to: "no to co?"* I wtedy zrobiło mi się lepiej. Potem powiedziała jeszcze, że to już najwyższy czas. I że pewnie, ze się cieszy.
Uff, trochę mi ulżyło, że ktoś już wie. Ktoś oprócz mnie i Franka. Ale jestem totalnie skołowana. Oszołomiona. Rozwalona od środka. Przerażona. Podekscytowana. Nie wiem co czuję. Jest w tym coś pozytywnego, ale nie umiem tego określić. Na pewno nie jest to zła wiadomość, ale nie jestem pewna, czy jestem na to wszystko gotowa... Z drugiej strony nie wiem, czy kiedykolwiek bym była.
Pewnie jeszcze przyjdzie czas na takie refleksje, na razie jestem zbyt przepełniona tym emocjonalnym miksem, żeby trzeźwo myśleć. Taki zwykły dzień, a taki niezwykły. Na pewno zapamiętam go już do końca życia.
***  

*:)) Pewnie sobie myślicie, że to straszne, że to beznadziejna reakcja, że co to za mama, czy też przyszła babcia... A ja Wam powiem - najlepsza :) Bo właśnie takiej reakcji potrzebowałam. Oczywiście wiedziałam, że nie będzie zła, ale bałam się, że może podzieli wszystkie moje obawy, że będzie mówiła, że to niedobry czas. Wiedziałam też, że nie wpadnie w dziką radość z tego powodu, ale miałam myśli, ze może jednak, a ja nie byłam na taką radość gotowa, bo mój stan ducha by jej nie podzielił. Ale mama była po prostu sobą i jak zwykle swoim stoickim spokojem spowodowała, że i mnie się on udzielił. A tym zwyczajnym "no to co" sprawiła, że faktycznie uwierzyłam, że no to co? Że przecież to nic takiego, że to normalne, że niezależnie od tego, jak się życie potoczy, niezależnie od wszystkich niepokojów, jakoś się ułoży.Większość z Was zna mnie na tyle dobrze, że wiecie, że bardzo sobie cenię stoicyzm i powściągliwość w pewnych sytuacjach. Dlatego też ta reakcja była dla mnie idealna. W przeciwieństwie do reakcji mojej teściowej, która się popłakała ze wzruszenia, czym mnie nieco zirytowała, bo nie czułam się komfortowo, a potem jeszcze zrobiła z tego wielkie halo i tym mnie zirytowała jeszcze bardziej do społu ze szwagrem :) Po prostu nie lubię takiej wylewności i chociaż wiecie, że wszelkie niedopowiedzenia i niejasności pragnę wyjaśniać do znudzenia, to w sferze emocjonalnej uważam, że lepiej coś zostawić właśnie niedopowiedziane. Bo lepiej po prostu wiedzieć, niż o tym mówić. Są rzeczy, które dla mnie są prawdziwsze, gdy niewypowiedziane :) Odbiegłam od tematu, ale kiedy dzisiaj czytałam tę notkę sprzed roku, uderzyło mnie jeszcze mocniej, jak ważna była dla mnie wtedy ta reakcja mojej mamy i jak ważne było to, że zareagowała właśnie tak. A pewnie są córki, które byłby taką reakcją mamy zawiedzione.
W ogóle niezwykłe jest czytać tego rodzaju notkę, jednocześnie mając przy piersi to dziecko, które wtedy, tamtego konkretnego dnia tak naprawdę było raptem drugą kreską na teście... Niesamowite, co fajnego z takiej kreski może wyrosnąć :):)

A na Noc Muzeów faktycznie nie poszliśmy... :) Ech, jakoś to przeżyłam ;)

wtorek, 19 maja 2015

I po urlopie

Każdy urlop ma jedną zasadniczą wadę - zawsze dobiega końca :( I nasz, a formalnie rzecz ujmując, Franka, właśnie dzisiaj się kończy. Jutro Franek idzie do pracy, a ja po raz pierwszy od dziewiętnastu dni będę od rana z Wikingiem sama. Boję się tego, bo do dobrego człowiek się bardzo szybko przyzwyczaja i ja bardzo przyzwyczaiłam się do tego, że sama nie jestem, że do opieki nad dzieckiem zawsze jest tata w podorędziu. Przyznać muszę, że faktycznie Franek dotrzymał słowa i bardzo mnie odciążał w ciągu tych prawie trzech tygodni. Miałam czas na blogowanie, na czytanie, szydełkowanie, na wszystko, co lubię robić, chociaż oczywiście nie w tak długim czasie, w jakim kiedyś się temu oddawałam :) Ale bywało, że Franek wychodził sam na spacer, że bawił się popołudniami z Małym, że zajmował się nim, podczas gdy był bardzo marudny - a ja mogłam po prostu schować się w drugim pokoju, naprawdę nie zwracać uwagi na płacz Wikinga i po prostu zasnąć... Wiecie, że nie umiem zasypiać na zawołanie, ale raz na jakiś czas - rzadko, bo rzadko (raz, czy dwa na parę tygodni) - łapie mnie chętka na krótką, dwudziestominutową zazwyczaj, drzemkę w ciągu dnia. Poza tym często kąpał małego sam a ostatnimi czasy nawet codziennie usypiał.
Oj, trudno będzie mi znowu przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, w której będę musiała przez większość czasu radzić sobie sama.
Nie mówiąc już o tym, że trudno będzie mi również przywyknąć do tego, że nie spędzamy już ze sobą tyle czasu, ile w ostatnim czasie. Od początku maja spędzaliśmy z Frankiem razem całe dnie - jedynie wieczorami czasami się rozstawaliśmy podczas pobytu w Poznaniu, kiedy szedł na spotkania z kolegami. Bardzo dużo razem spacerowaliśmy - na co dzień to ja wychodzę z Wikingiem na spacer, a Franek odsypia wtedy wczesne wstawanie. Pogoda zazwyczaj sprzyjała, więc przynajmniej godzinę niemal każdego dnia mogliśmy spędzić na rozmowie, brakuje mi tego na co dzień. Bo oczywiście rozmawiamy ze sobą, ale często rozpraszają nas różne codzienne sprawy albo chcemy wolny czas poświęcić na swoje ulubione czynności i trochę się to rozmywa. A podczas takiego spaceru mogliśmy być skupieni głównie na sobie i pogawędce. Zresztą w ogóle będzie mi brakowało tego, że tyle czasu spędzaliśmy na świeżym powietrzu - zarówno w Poznaniu, jak i w Miasteczku wychodziliśmy przynajmniej dwa, a czasami nawet trzy razy dziennie. Tutaj nie ma za bardzo gdzie ani z kim chodzić (podczas urlopu na spacerach spotykaliśmy się ze znajomymi lub rodziną), więc zwykle spaceruję tylko raz dziennie, a kiedy jest ładna pogoda, to wystawiam Wikinga w wózku na balkon (bo mamy ogromny).
Boję się jeszcze jednego - Wikuś ma co prawda swoją rutynę (pojawiła się dość wcześnie, bo nawet ja zapomniałam, że pisałam o tym już dziesięć dni po jego narodzinach :P) - tyle, że lubi swoje przyzwyczajenia zmieniać. Bez powodu i bez zapowiedzi rzecz jasna :) A ostatnio, siłą rzeczy część tych zwyczajów uległa zmianie ze względu na warunki i naszą mobilność, więc nie wiem, jak będą wyglądały nasze dni. Pewnie będzie trzeba sobie wyrobić nowe zwyczaje. A jako przykład tej zmienności wikingowej podam Wam kąpiel ;) W Miasteczku Dzieciak kąpany był w normalnej "dorosłej' wannie, tyle, że na specjalnej gąbce. Tak mu się ta kąpiel spodobała, że zaczął nam wydziwiać w swojej wanience w Podwarszawiu! Już mu się nie podoba kąpiel tak, jak kiedyś, poza tym strasznie chlapie i się wierci - zdecydowanie zasmakował w luksusach i teraz wanna mu za mała :/ Mam nadzieję, że się jednak z powrotem przyzwyczai, bo wanny to my tu nie mamy jak wstawić :)
Jakoś muszę to wszystko przeżyć. Nie byłabym sobą, gdybym tego nie przeżywała ;) Doskwiera mi jeszcze jedno - nie mam do czego odliczać :) Odliczałam do przyjazdu rodziców, do wyjazdu na święta, do chrzcin, do urlopu... A teraz nie mam do czego :/ 
Cóż, tak to już jest, że wszystko co dobre, - szybko, czy nie szybko - zawsze się kończy. Nawet notki :P I ta się właśnie kończy, ale pochwalę się Wam jeszcze tą sukienką za 30 zł, bo tak bardzo mi się podoba, że aż sobie cyknęłam fotkę :)

 A tu z moim duużym synkiem :)
A w ogóle, ostatnio przez przypadek cyknęliśmy fotkę, która najlepiej oddaje "wzrost" Wikinga, bo jest punkt odniesienia w postaci półtoralitrowej butelki z wodą :) Wszystkim nam się Wikuś wydaje naprawdę duży (zwłaszcza od czasu, kiedy mu się wyprostowały nóżki) i dziwimy się, kiedy okazuje się, że w stosunku do innych dzieci w swoim wieku już taki nie jest :)