*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 21 sierpnia 2015

Od trzpiotki po matkę polkę - co dalej? :)

Cały czas z mozołem przenoszę archiwum z bloga onetowskiego. Trochę to trwa, bo nie zawsze mam na to czas, a każdą notkę, przed skopiowaniem czytam. Czytam i się dziwię :) Jak bardzo się zmieniłam od tamtego czasu. Kończę teraz przenosić notki z roku 2009. I właściwie to nic dziwnego przecież, że się zmieniłam, wszak to już sześć/siedem lat minęło. Szmat czasu. Nienormalne byłoby, gdybym nadal pozostała tamtą dwudziestoparolatką z odrobiną siana w głowie :) W tym czasie przecież skończyłam dwa kierunki studiów, zaliczyłam cztery miejsca pracy, cztery mieszkania, wyszłam za mąż, urodziłam dziecko. A ile jeszcze innych rzeczy się po drodze wydarzyło! O tym wszystkim można wyczytać z moich notkach lub między ich wierszami ;)

Dzisiaj natomiast chciałam o czymś innym - mianowicie o tym, że uderzyło mnie nie tylko to, że ja się zmieniłam, bo to żadnym szokiem dla mnie nie było :), ale to, że bardzo zmieniło się moje pisanie! Tak, ja wiem, że jedno wynika z drugiego, ale mimo wszystko. Czytam sobie tamte notki i widzę, jaką trzpiotką byłam ;) To słowo idealnie opisuje mnie z tamtych lat. I trochę żałuję, że nadal nią nie jestem... Być może jeszcze czasami wychyla się na chwilę tamta margolka, ale rzadko i nie dla wszystkich. Pewnie nie ma do tego powrotu, tak, jak nie ma powrotu do tamtego życia. I wcale nie twierdzę, że chciałabym wrócić, w końcu w życiu chodzi o to, żeby iść na przód.
Byłam trochę mniej refleksyjna (na blogu, bo jeśli chodzi o charakter, to w tym wypadku nic się nie zmieniło), więcej się u mnie działo drobiazgów, które były mniej istotne, ale za to stanowiły wdzięczniejszy temat do pisania. Moje pisanie było też trochę bardziej radośniejsze. Nie znaczy to, że teraz radość z życia całkowicie straciłam. Tylko chyba trochę z wiekiem dojrzałam, uspokoiłam się, jestem po prostu bardziej stonowana. 

Jednak to, co mnie najbardziej szokuje, to fakt, że przez te siedem lat prowadzenia bloga zatraciłam umiejętność pisania krótko i zwięźle! O tak, to jest chyba podstawowa wada moich notek, z którą nie umiem się uporać :) A kiedyś pisałam dużo krócej, dłuższe wywody zdarzały się od święta. A i tak nie były aż takie długie. Na pewno wpływ ma na to specyfika poruszanych tematów. Kiedyś więcej pisałam o codzienności, więc notki były krótkie, jak opisywany epizod. Teraz częściej piszę o emocjach, dzielę się spostrzeżeniami bądź poglądami, a to wymaga dłuższych wywodów. Ale prawda jest taka, że nawet o wydarzeniach nie potrafię już pisać zwięźle.
Myślę, że jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że kiedyś pisałam dość nieprecyzyjnie i dopiero w komentarzach okazywało się, że coś jest niejasne i musiałam dopowiadać. Z czasem nauczyłam się trochę przewidywać Wasze reakcje oraz pytania (tak, tak, dobrze rozumiecie, to również Wasza wina, że piszę tak rozwlekle :P) i starałam się jak najbardziej wyczerpywać temat, nawet z wątkami pobocznymi, żeby nie było zbyt wielu wątpliwości.
Można też powiedzieć, że doszłam do wprawy z pisaniem i idzie mi to szybciej i sprawniej - użycie większej ilości słów dość łatwo mi przychodzi:P Choć oczywiście można to odwrócić i stwierdzić, że wyszłam z wprawy i już nie potrafię pisać konkretnie i zwięźle. Trochę nad tym ubolewam. Naprawdę. Często próbuję napisać krótką notkę i zwyczajnie mi to nie wychodzi. Bywa, że jestem wręcz przerażona długością wywodu... 
Ostatnio zdarza mi się siadać z komputerem w sypialni, podczas gdy Wiking śpi w łóżeczku. Tylko, że tam nie mam internetu, więc często piszę sobie notkę w wordzie. A że to nie jest taka typowa notka, to po prostu sobie piszę na temat, który akurat mam w głowie (z zamierzeniem przerobienia go na notkę). Tak piszę i... płynę... Bo okazuje się, że ten swobodny strumień myśli jest niemal nieograniczony. Jakiś czas temu zaczęłam pisać swoje refleksje na temat macierzyństwa. Wyszło mi... siedem stron! Toż to prawie jedna trzecia mojej pracy licencjackiej (pewnie jakbym zastosowała tamten stylesheet, to wyszłoby nawet więcej)! No po prostu porażka. Spokojnie, nie zamierzam Was tym męczyć :) Ale co tu zrobić? Co wyrzucić, skoro każda myśl wydaje mi się ważna. Mogę co najwyżej podzielić ten wpis na kilka różnych. Na razie i tak był pisany w konwencji typowego stream of consciousness, a więc bez ładu i składu. Być może niedługo zrobię tam jakiś porządek i będzie się to nadawało do publikacji.

Wiele dyskusji toczy się ostatnio na blogach o tym, jak bardzo blogosfera się zmieniła. Ja również w nich uczestniczę, bo także pamiętam lata świetności blogowiska. Z jednej strony żal tego, co było. Z drugiej to naturalna kolej rzeczy, że skoro się zmieniamy, to i nasze blogi się zmieniają (chociaż tego trendu na wszelkie blogi tematyczne ukierunkowane na robienie kariery raczej nie rozumiem, bo dla mnie blog nadal przede wszystkim jest formą pamiętnika i narzędziem do nawiązywania relacji z innymi ludźmi). 
Jestem więc świadoma, że moje pisanie nie jest już takie, jakie było. A co więcej - nigdy już takie nie będzie... Kiedyś byłam pracującą studentką-wariatką, która wściekała się na swojego chłopaka. Dziś jestem niepracującą (oby nie za długo!) matką i żoną, która ma kilka powodów, żeby poskarżyć się na swojego męża i jeszcze więcej oporów przed tym, by to zrobić ;) Nie mogę więc opisywać zwariowanych domówek, które urządzałyśmy z Dorotą ani koślawych dialogów z nią prowadzonych, bo tego po nie ma. Jest za to stosunkowo monotonna, choć często też radosna codzienność z mężem, mniej lub bardziej rutynowe zachowania Wikinga i cała masa przemyśleń w mojej głowie. Staram się, aby nie było nudno, bo sama w życiu też się raczej nie nudzę, ale jestem świadoma tego, że nie każdemu czytanie tego rodzaju moich wypocin odpowiada. I rozumiem to. Nigdy nie usiłowałam (i nie będę tego robić) zatrzymywać czytelników na siłę :) Niemniej jednak miło mi, że wiele z Was towarzyszy mi już tyle lat, mimo wszelkich zmian. Swoją drogą, mam do Was trudne pytanie. A właściwie pytanie, na które chyba trochę trudno odpowiedzieć :) Czy Wy macie jakieś spostrzeżenia odnośnie mojego pisania? Jakieś zarzuty? Wnioski? 
Nie chodzi mi o to, żebyście tutaj pieśni pochwalne na temat mojego bloga zamieszczały :) Ale też nie o to, żeby jechać po mnie jak po torze wyścigowym. Prawda jest taka, że na pewno wszelkie opinie wezmę sobie do serca, ale jako że nigdy nie miałam tendencji do pisania pod publiczkę (choć dla publiczności już prędzej), nie sądzę, żebym nagle zmieniła swój styl i tematykę pod wpływem czyjejś sugestii (mówiłam, że trudno na to odpowiedzieć :)) Bo wychodzę z założenia, że to jest blog dla chętnych. Po prostu jestem ciekawa, czy ta moja zmiana jest taka oczywista, czy jest dokuczliwa, czy może po prostu "stało się" i jest... Czy bardzo przynudzam i męczę długością... Kto ma ochotę, niech się podzieli, ale przymusu nie ma ;) 

Ciekawa jestem, jak bardzo moje pisanie zmieni się na przestrzeni kolejnych lat. Z jednej strony cieszę się na to, bo w końcu ewolucja to coś pozytywnego. Z drugiej trochę szkoda, że nie ma powrotu do tego, co było. Dobrze mi się czyta moje dawne notki. Owszem, czasami się sama z siebie podśmiewam, ale mam wrażenie, że kiedyś pisałam lepiej :) Z drugiej strony, może tak samo będę myślała o moich teraźniejszych notkach, bo zauważyłam, że mam tendencję
 do tego, żeby bardzo krytycznie oceniać wszelką twórczość teraźniejszą a po dłuższym czasie dziwię się, że umiałam tak fajnie coś napisać :)

czwartek, 20 sierpnia 2015

Obietnica.



Już kilka razy Franek zostawał z Wikingiem sam w domu na dłużej. Kilka razy rano i ze dwa razy późnym popołudniem i wieczorem. Tylko raz było to spowodowane moim wyjściem w celu towarzysko-rozrywkowym, w innych wypadkach miałam po prostu jakieś badania lub kontrolne wizyty u lekarzy. Na wczorajszy dzień miałam zaplanowane już od miesiąca testy alergiczne. Już nie pamiętam dokładnie, czy tak mnie poinformowano, czy ja sobie tak to obliczyłam, w każdym razie powiedziałam Frankowi, że trwa to około dwóch godzin. Dodawszy do tego czas na dojazd i powrót, miało mnie nie być cztery.
Kiedy wychodziłam około ósmej, Wiking był już bardzo marudny. Wiadomo było dlaczego – po prostu był już śpiący, bo tego dnia obudził się już przed szóstą (włożyłam go do łóżeczka i podczas gdy my z Frankiem jeszcze dosypialiśmy, Wikuś bawił się tam w najlepsze przez godzinę). Niestety od ubiegłego piątku znowu pojawiły się mniejsze lub większe problemy z drzemkami. Chyba po prostu Wiking wszedł w tę fazę, kiedy dziecko jest zmęczone a jednocześnie boi się zasnąć, bo coś go ominie i broni się przed tym snem :) (chociaż dzisiaj akurat po prostu zamknął oczy, więc mam nadzieję, że to było chwilowe) Ostatecznie zasypia, ale często jest to poprzedzone głośnym płaczem i złością. No i właśnie wczoraj, kiedy wychodziłam, zostawiałam chłopaków w dość niepewnej sytuacji…  Nie spodziewałam się jednak, że za godzinę Franek zadzwoni, że w ogóle sobie nie potrafi z Wikingiem poradzić, bo ten cały czas się drze, zabawianie pomaga na krótko i tylko na rękach się uspokaja. A zasnąć nie chce. Trochę mnie to zestresowało, ale powiedziałam Frankowi, że rozumiem, bo przecież na co dzień to ja sobie muszę radzić z takimi sytuacjami i wiem, jak to jest. 
Na całego jednak zdenerwowałam się po kolejnym telefonie, bo Franek był już zrezygnowany, zniecierpliwiony i zwyczajnie wkurzony. Też byłam zła, bo wyglądało na to, że Franek ma dość, że twierdzi, że sobie nie poradzi i w zasadzie najlepiej, gdybym rzuciła wszystko i przyjechała. Z jednej strony pomyślałam sobie, że to dobrze, że Franek odczuł na własnej skórze, jak to jest, bo zawsze mi się wydawało, że kiedy miałam jakiś trudniejszy dzień z Wikingiem, który  nie chciał współpracować, to mnie nie rozumiał. Z drugiej byłam zła, że tak szybko wpada w irytację – dotychczas kiedy zostawali sami wszystko zawsze szło sprawnie i bez większych problemów. A dzisiaj pojawiło się małe utrudnienie i Franek już mówi, że ma dość…  Wiem, że cierpliwość nie jest najmocniejszą stroną mojego męża, ale przecież przy dziecku inaczej niż cierpliwie się nie da (co ciekawe w pierwszym miesiącu życia Wikinga, to mnie właśnie na cierpliwości nie zbywało i Franek opanowywał sytuację) 

Kiedy zadzwoniłam dosłownie pięć minut później, Franek jakby nigdy nic powiedział mi, że Wiking śpi a on idzie się teraz golić i żebym mu nie zabierała cennego czasu. Po irytacji i zrezygnowaniu nie było nawet śladu! Szybko mu przeszło :) Ale trochę to rozumiem, bo ja czasami też tak mam, że już wszystko mnie dobija, mam wrażenie, że nie wytrzymam ani sekundy dłużej i że nie zniosę ani jednej takiej sytuacji, a kiedy źródło mojej frustracji znika, zupełnie zapominam o tych emocjach i sama sobie się dziwię, że tak się zdenerwowałam jakimś drobiazgiem :)

W każdym razie sytuacja została opanowana i mogłam już bez dalszego stresu poddać się dalszym badaniom. Tymczasem okazało się, że wszystko poszło dużo sprawniej niż się spodziewałam i już po czterdziestu pięciu minutach byłam wolna… Biłam się przez chwilę z myślami, co robić, po czym postanowiłam znaleźć jakieś przyjemne miejsce na słoneczku, usiąść sobie, wyciągnąć drugie śniadanie i skonsumować je przy lekturze książki, którą – jakże by inaczej – zabrałam ze sobą. Tak też zrobiłam, choć przez sporą część czasu musiałam zagłuszać wyrzuty sumienia, które kazały mi lecieć na przystanek, łapać pierwszy lepszy autobus i biec do domu, żeby odciążyć biednego Franka. Ale tak naprawdę najbardziej dokuczała mi świadomość, że nie powiedziałam prawdy – że nie zadzwoniłam od razu, żeby powiedzieć, że już po wszystkim, tylko bezczelnie poszłam delektować się wolnym czasem otrzymanym w gratisie ;) Przez kilka dobrych minut naprawdę żałowałam, że nie umiem kłamać, bo przecież to nawet kłamstwo nie było a ja miałam wrażenie, że wyrzuty sumienia zeżrą mnie od środka :) W końcu po godzinie zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się co i jak. Wszystko było w porządku. Wiking obudził się już po pół godzinie, ale grzecznie się bawił i był w dobrym nastroju. Ostatecznie wróciłam do domu tak, jak było to zaplanowane.

Wytrzymałam do wieczora, kiedy to przyznałam się Frankowi, że tak naprawdę nie przez cały czas byłam w przychodni lecz sporą jego część spędziłam na ławeczkach (kilka ich było :)) pogrążona w lekturze. Ku mojemu zaskoczeniu (chociaż właściwie racjonalna część mojej osobowości chyba to przewidywała) Franek tylko wzruszył ramionami i stwierdził – no i co? Nie miał mi tego za złe, nie uważał też, że go okłamałam. Powiedział też, że tak naprawdę wcale nie był zły, tylko po prostu miał już moment słabości, kiedy Wiking płakał, a on nie umiał sobie z tym poradzić i było mu zwyczajnie żal dziecka. Ale tak naprawdę to był fajny czas.
Efektem tych rozmów była obietnica. A może po prostu umowa? Umówiliśmy się po prostu z Frankiem, że mniej więcej raz na dwa tygodnie, kiedy będzie miał wolny dzień, ja będę miała wychodne. I to nie z jakichś praktycznych powodów typu lekarz, zakupy tudzież inna sprawa do załatwienia. Będę mogła sobie wyjść z domu żeby pospacerować, przejechać się na rowerze, czy poczytać książkę na parkowej ławce. Mniej więcej na dwie –trzy godziny. Tyle mi spokojnie wystarczy. Franek powiedział, że to nie jest dla niego żaden problem, że nie mogę siedzieć cały czas zamknięta w czterech ścianach (taktownie przemilczałam, że w gruncie rzeczy zazwyczaj tak nie jest, ale wiadomo o co chodzi…), a on sobie na pewno poradzi. I że musi sobie radzić, nawet w takich trudniejszych momentach jak wczorajszy incydent.
No to zobaczymy, jak to będzie wyglądało w praktyce, ale jestem pełna optymizmu. Zresztą jak przyjdzie co do czego, nie dam się zbyć ;)