*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 3 grudnia 2015

Jak mama mamie.


Środowe spotkania są głównie dla Wikinga (choć nie powiem, że nie czerpię z nich żadnych korzyści), ale czwartkowe przede wszystkim dla mnie :) Początkowo chodziłam na nie regularnie - co tydzień. Latem trochę się to zmieniło, bo najpierw mnie nie było, potem przez miesiąc spotkania się nie odbywały. Od września przestałam jeździć regularnie, wpadałam tylko od czasu do czasu. Myślę, że po prostu te czwartkowe spotkania wypełniły swoją funkcję i przestałam ich aż tak potrzebować. Nadal je lubiłam, tylko czasami po prostu nie chciało mi się zbierać (zwłaszcza, że zmieniła się godzina) i odpuszczałam. Jednak fakt, że dotarcie na miejsce zajmuje mi czasami ponad godzinę nie pozostaje bez znaczenia.
Dzisiaj miałam przez chwilę dylemat - jechać, czy nie? Chciałam, miałam ochotę na to spotkanie, ale właśnie jak zawsze, zniechęcała mnie trochę myśl o długiej podróży komunikacją miejską. Tym razem jednak zwyciężyła żądza towarzystwa. I jak zawsze nie pożałowałam :) Różnie bywa, czasami naprawdę nie chciało mi się jechać, ale później zawsze byłam zadowolona, że jednak się zdecydowałam, bo te spotkania z innymi mamami to naprawdę świetna sprawa. Zawsze wychodzę z kawiarni uskrzydlona i naładowana pozytywną energią :) 

Tak było od samego początku. Od pierwszego razu...
Dla świeżo upieczonej matki nie ma chyba nic gorszego niż inna matka twierdząca, że wszystko jest pięknie, a macierzyństwo to cud miód i rodzynki. Opowiadająca, że jej dziecko nigdy nie płacze, co Ty odbierasz jako sugestię (nawet jeśli takowej nie było) że Twoje dziecko jest niegrzeczne albo Ty jesteś beznadziejna, że nie umiesz go uspokoić. Kiedy samemu nie jest się w najlepszej formie psychicznej coś takiego naprawdę potrafi dobić nawet osobę, która normalnie nie przejmuje się tym, co robią i mówią inni.

Na szczęście niewiele takich mam spotkałam, wręcz przeciwnie. Od pierwszej chwili, kiedy przekroczyłam próg sali, miałam okazję porozmawiać z dziewczynami, które były wobec mnie bardzo ciepłe, życzliwe i które często czuły się podobnie jak ja albo które podobne uczucia miały już za sobą. Podnosiły mnie na duchu, mimo, że wcale nie próbowały nawet mnie pocieszać. Po prostu zobaczyłam, że nie jestem jedyna, a także zobaczyłam mamy starszych dzieci, które wspierały mnie mówiąc, że będzie lepiej. A potem znów gorzej. I lepiej :) Utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie jestem jakimś dziwadłem i że nie ma matek, które nie mają żadnych problemów, gorszych chwil, złych dni, które nigdy nie czują się sfrustrowane i nie mają poczucia beznadziei. Nawet jeśli trwa to tyle, ile oka mgnienie.
Kiedy sięgam pamięcią wstecz do marca, mam wrażenie, że decyzja o tym, żeby pojechać na spotkanie była ogromnym przełomem. Prawdę mówiąc, nie wiem, gdzie bym była dzisiaj gdyby nie to :) Kto wie, może nadal borykałabym się z depresją poporodową? :D W każdym razie, te wypady bardzo dobrze mi zrobiły nie tylko dlatego, że mogłam się wyrwać z domu i że Wikuś fajnie się na nich zachowywał, ale także ze względu na to, że dowiedziałam się, że nie jestem sama.

Teraz, jako niemal weteranka i mama prawie rocznego Wikinga, przekazuję pałeczkę dalej :) Przychodzi taka mama z cztero, siedmio lub dziewięciotygodniowym zawiniątkiem i ja widzę, że ona przechodzi dokładnie przez to samo, co ja w styczniu i lutym! Wiem, że szuka rady i pociechy. Że na pewno nie potrzebuje tego, abym ją teraz dobiła podchodząc do niej i mówiąc: „aa, że często płacze? No mój Wikuś teraz nie płacze. A w dodatku jest taki fajny, raczkuje, stawia pierwsze kroki, sam sobą się zajmuje i jeszcze się uśmiecha, jak na niego popatrzę – o zobacz!, właśnie tak!” Albo co gorsza, gdybym zaczęła pouczać jej metody i sposoby na radzenie sobie z trudnościami: „No ale dlaczego go karmisz, przecież widać, że nie chce jeść! On chce spać!” (Spotkałam się raz z taką sytuacją, na własnej skórze przekonałam się, jak to boli, opiszę to przy najbliższej okazji)
Kiedy ja widzę taką smutną i bezradną matkę, przede wszystkim mówię jej to, czego nauczyłam się na własnych błędach – nie przejmuj się, tym, że noworodek się do czegoś przyzwyczai! Wyrośnie z większości zachowań, a tymczasem daj mu to, czego potrzebuje, a potrzebuje zapewne Twojej bliskości. Pamiętacie, jak pisałyście to do mnie? :) Ja pamiętam i wiem, że to były trafne słowa. Poza tym opowiadam o tym, że Wiking był dokładnie lub prawie taki sam. Opowiadam o tych najgorszych chwilach i najtrudniejszych momentach, a przede wszystkim zapewniam, że to minie i że już niedługo będzie dużo lepiej. Wiem to na pewno, bo sama przez to przechodziłam.

Muszę Wam powiedzieć, że Kangurzyca sama często się śmieje ze mnie i mówi, że mnie powinno się pokazywać jako przykład metamorfozy, jaką może przejść matka :) No i Wikinga jako przykład metamorfozy dziecięcej z kolei :) Ona nas widuje raptem dwa, trzy razy w miesiącu, czasami rzadziej, więc dostrzega to bardzo wyraźnie. Mówi, że czasami nadziwić się nie może temu, jak bardzo się zmieniłam, z tej przestraszonej matki ze smutnym uśmiechem na twarzy i płaczącym dzieckiem w ramionach (choć Wiking i tak na tych spotkaniach wcale tak dużo nie płakał) w matkę pewną siebie, podrzucającą z radością swoje piszczące z uciechy dziecko. W dziewczynę, która promienieje i bije od niej pozytywne nastawienie do życia (takie słowa usłyszałam między innymi dziś). I mówi tym dziewczynom – zobaczcie, ona była taka, jak Wy, ani się obejrzycie i też będziecie tak szalały za swoim dzieckiem. Słyszałam też, jak mówiła do kogoś, że jestem przykładem matki, która niesamowicie wnikliwie obserwuje swoje dziecko i uczy się odczytywać jego potrzeby. Owszem, tak jest. Ale musiałam się tego nauczyć.
Dlatego też teraz, kiedy widzę taką mamę, jaką byłam ja jakiś czas temu, staram się pocieszyć ją przekazując jej to wszystko, czego ja się przez ten czas nauczyłam. Ale i tak wiem, że swoje musi przejść i tylko w ten sposób zazna tej radości – kiedy przepracuje swój smutek, niepokój i dojdzie do siebie po tej ogromnej zmianie w życiu. 
Gdy widzę matkę, która radzi sobie od pierwszych dni bez trudu.. Cóż... myślę sobie, że fajnie ma :) Choć z drugiej strony czasami się zastanawiam, czy frustracja i zmęczenie nie dopadnie jej  innym momencie, bo niestety wydaje mi się, ze w przyrodzie nic nie ginie ;)
I żeby było jasne. Nie uważam się za ekspertkę. Oo, co to to nie.  Na pewno nią nie jestem. Poza tym przecież dzisiaj także zdarzają mi się gorsze dni i bywam smutna lub zmęczona z powodu Dnia Marudy, który urządził sobie Wiking :) Chodzi tylko o to, że naprawdę między innymi tym spotkaniom i osobom, które na nich spotkałam zawdzięczam bardzo dużo. Z tej wdzięczności teraz ja chcę dać coś od siebie - chcę przekazać pozytywną energię tym, które tego potrzebują, bo wiem, że to potrafi zdziałać cuda. Naprawdę często zastanawiam się, co by ze mną było, gdybym była mniej odważna i nie podjęła decyzji o przejechaniu komunikacją miejską połowy Warszawy z dwumiesięcznym dzieckiem w wózku :) 
Te zajęcia i spotkania weszły na stałe w nasze życie. Nawet Frankowi, bo od paru miesięcy w środy jeździ z nami :) Dziwnie mi się robi, kiedy uświadamiam sobie, że przyjdzie czas, kiedy to się skończy - no bo jak to? :))

środa, 2 grudnia 2015

Grudniowy chaos :)

Nie wiedzieć kiedy nadszedł grudzień. I trwa w najlepsze już od dwóch dni :) Niby nic się nie zmieniło, bo to przecież dość umowna zmiana, a jednak mam wrażenie, jakbym nagle wskoczyła do jakiejś innej rzeczywistości. To tylko dowód na to, że wszystko jest w naszej głowie i najwięcej zależy od tego, co sobie sami wymyślimy :) A że ja sobie parę rzeczy jakiś czas temu wymyśliłam i postawiłam sobie w głowie granice to teraz mam :P Poza tym po raz kolejny przekonałam się, że niektóre sprawy tylko z daleka wyglądają na trudne i uciążliwe. Na pewno wiecie, o czym mowa - trzeba coś zrobić, ale nie wiadomo jak się za to zabrać wydaje się, że to jest mocno skomplikowane albo zwyczajnie się nie chce, bo wydaje się, że to jest taaakie czasochłonne i trudne. A potem okazuje się, że najwięcej energii idzie właśnie na rozmyślanie o tym, że trzeba się w końcu za to zabrać i że to takie trudne jest :) 
I ostatnio właśnie tak było, że sobie postanowiłam, że muszę wreszcie oczyścić głowę i zrobić to, co do mnie należy! Franek więc zabrał Wikinga, ja zamknęłam się w drugim pokoju i przez parę godzin rozmyślałam, kombinowałam, pracowałam i kiedy otworzyłam dni, byłam nowym człowiekiem :P To znaczy - stwierdziłam, że trzeba było tak od razu, to miałabym z głowy dawno temu ;) Tak to już w tym naszym życiu jest, że małe uciążliwości uprzykrzają nam życie, a po fakcie okazuje się, że najtrudniej jest po prostu posadzić tyłek i skupić się przez pięć minut na tym, na czym trzeba.

W związku z tym, o czym napisałam na początku (bo trochę odbiegłam, jak to u mnie czasem bywa) - znowu nie wiem w co ręce włożyć i nie mam na nic czasu! A jednocześnie kiedy wieczorem robię rachunek sumienia, sama sobie się dziwię, że udało mi się jednak zrobić na to i owo. Ten typ chyba po prostu tak ma :) Ja odpoczywam działając i ogromną satysfakcję daje mi poczucie, że odhaczam kolejne pozycje na mojej liście rzeczy do zrobienia - nawet jeśli są to pozycje z gatunku "nieważne i niepilne" :)
Grudzień zazwyczaj taki właśnie jest - zabiegany i trochę spięty, w tym roku nie jest więc inaczej. Jeszcze pewnie przez parę dni będę musiała doganiać rzeczywistość z poczuciem, że ciągle jestem w biegu i będę marzyła o paru godzinach w gratisie od życia. A potem się przyzwyczaję. Ale postanowiłam sobie, że do końca roku zakończę kilka tematów (mimo, że to w większości nic ważnego :)). I może potem będę się Wam mogła pochwalić, że dałam radę i się wyrobiłam :)

Wiem, że post trochę chaotyczny, ale to właśnie dlatego, że taka chaotyczna teraz jestem - bo cały czas robię coś, podczas gdy mój umysł wyrywa się już do przodu i analizuje, co jest następne do zrobienia. To powoduje, że nie mogę się do końca skupić na tak statycznej czynności, jaką jest pisanie notki :) Musiałabym znowu się chyba zamknąć w pokoju obok i odciąć od wszelkich bodźców, ale... nie mam na to czasu. I tym sposobem wróciłam do punktu wyjścia, więc kończę już te swoje rozważania, bo na dzisiaj w planie mam jeszcze przeczytać parę stron książki (muszę ją przeczytać do soboty, a mam jeszcze 270 stron - zdążę, nie takie rzeczy się robiło ;)), a przecież o 22:00 gaszę światło ;)