*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

sobota, 13 lutego 2016

Długi dzień.

Jeszcze bardziej niż kiedyś uwielbiam weekendy. Dlatego, że mogę spędzić cały dzień z Wikingiem i to jest naprawdę piękne. Trudno mi uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno temu, tak wyglądał mój każdy dzień. To tak trochę w nawiązaniu do mojej niedawno napisanej notki - ja już nie pamiętam tego, co było dwa, trzy miesiące temu i czuję się, jakby to było inne życie! :)

Cieszę się bardzo każdą chwilą z synkiem i staram się wykorzystać ją na maksa. Nadal wracam myślami do tamtych dni sprzed kilkunastu tygodni i gratuluję sobie w duchu umiejętności doceniania chwili, którą wtedy miałam! Mogłabym przecież dzisiaj być w nieco innej sytuacji - mogłabym myśleć, że miałam tyle okazji, żeby spędzać czas z Wikingiem, miałam go dla siebie każdego dnia niemal non stop, że miałam również czas dla siebie i byłam panią swojego czasu, a nie zauważałam tego i dopiero, gdy to wszystko zostało mi zabrane, dostrzegłam ten istotny brak. Mogłabym wspominać gorzkie myśli z tamtych miesięcy, a niewiele jest gorszych rzeczy od ciągłego poczucia, że tylko przeszłość była fajna, tylko że widać to dopiero po fakcie. Na szczęście zamiast tego mam słodkie wspomnienia sielanki tamtych dni z drugiego półrocza życia Wikinga. Bo fakt, czasami myślę sobie, że może za mało doceniałam te pierwsze miesiące, że skupiałam się nie na tym, co trzeba i że teraz zrobiłabym wszystko inaczej. Ale na szczęście to dotyczy tylko początków, jeśli chodzi o resztę - niczego bym nie zmieniła, pamiętam wiele momentów, kiedy rozmyślałam o tym, jak mi dobrze. Doceniałam tamte chwile i starałam się z nich brać jak najwięcej, skupiając się na tym poczuciu szczęścia, które zostawało mi, kiedy odsuwałam na bok wszystkie niepokoje.
Dzisiaj z kolei przemknęło mi przez myśl, że teraz też cieszę się z naszej teraźniejszości. Cieszę się, że mam weekendy z Wikingiem, ale jednocześnie odczuwam satysfakcję i zadowolenie z faktu, że chodzę do pracy. Naprawdę dawno już nie potrafiłam skupić się na teraźniejszości i jej doceniać. Najpierw ciągle rozmyślałam o tym, co było i  nie mogłam pogodzić się z tym, że już tak nie jest. Potem ciągle poganiałam czas, żeby ruszył do przodu, żeby już była przyszłość - ta lepsza oczywiście. I wciąż się czymś martwiłam. Nie twierdzę, że teraz zniknęły wszystkie nasze problemy, ale na razie czuję większy spokój. Zastanawiam się, czy to nie jest też zasługa Wikinga i tego, że trochę zmieniło mi się myślenie, ale na takie wnioski chyba jednak jeszcze trochę za wcześnie.

***
Trochę dzisiaj czasu "zmarnowałam". Wiking miał tylko jedną drzemkę, ale za to trwającą ponad dwie godziny. O 10:00 położyłam go w łóżeczku i podałam mu trochę mleka, a on po wypiciu po prostu się odwrócił z pleców na brzuch i zasnął. Byłam pewna, że za chwilę się obudzi, więc nie zabierałam się za nic poważnego. Trochę posprzątałam w kuchni - ale bez zmywania, żeby się nie tłuc, przygotowałam sobie drugie śniadanie, potem ogarnęłam z wierzchu łazienkę i... dalej nie pamiętam. Posnułam się trochę po domu, aż w końcu usiadłam na podłodze*, i pogrążyłam się w lekturze książki. Nie był to więc czas tak zupełnie zmarnowany, ale trochę wyrzucam sobie, że nie zabrałam się za nic bardziej konkretnego - a to wszystko wina braku planu :) Nie miałam kiedy zastanowić się nad tym, co chciałabym w ten weekend zrobić i ostatecznie skończyło się na tym, że sobie bimbałam. Ale chyba raz na jakiś czas po prostu trzeba :) Po dwóch godzinach, mimo wciągającej fabuły, zaczęłam się już nawet trochę nudzić - no bo ile ten Wiking może spać? :) 

*Na podłodze, bo już od dłuższego czasu "normalnie", czyli na fotelach, czy wersalce możemy sobie posiedzieć co najwyżej wieczorem :) W ciągu dnia siedzimy lub leżymy z Wikingiem na podłodze. Kiedy przeniesiemy się wyżej, on też się wdrapuje, a to nie jest dobry pomysł, bo w tym pokoju mamy trochę niefortunnie poustawiane meble i jak już się Wikingowi uda wleźć na fotel na przykład, to na tym nie poprzestaje i chce wleźć na regał, a w najlepszym wypadku coś z niego ściągnąć. Prawdę mówiąc, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz Wiking się bawił na podłodze, a ja siedziałam na wersalce - ale chyba jakieś pół roku temu :P Niemniej jednak, muszę stwierdzić, że całkiem polubiłam podłogę, całkiem tam przytulnie :) Zwłaszcza, kiedy dzisiaj w mój kącik zajrzało słońce.

***
Wiking ma od paru dni małe problemy brzuszkowe. Dzisiaj w nocy musieliśmy go przewinąć. Franek i tak już wstawał do pracy, więc nie odłożyłam Wikinga do łóżeczka, tylko położyłam go obok mnie i cieszyłam się jego bliskością. Zasnął od razu, a ja jeszcze chwilę się wierciłam i rozmyślałam o różnych sprawach. Nie wiedzieć kiedy, odpłynęłam i moje ciało, trochę bezwolnie, postanowiło zmienić pozycję. Zerwałam się nagle (zdziwiona tym niezaplanowanym i nieuświadomionym do końca ruchem), bo niechcący kopnęłam Wikinga kolanem w pupę :) Nie zrobiło to na nim wrażenia, ale pomyślałam sobie, że już naprawdę odzwyczaiłam się od spania z nim w jednym łóżku, bo kiedy to było normą, to potrafiłam całą noc przespać niemal bez ruchu - nawet w niezbyt wygodnej pozycji - a i tak się wysypiałam :) Niemniej jednak fajnie było obudzić się o 7:20, otworzyć oczy i zobaczyć uśmiechniętą mordkę Wikinga :) 

***
Coraz więcej myśli poświęcam środowemu wyjazdowi, zwłaszcza, że szykuje się naprawdę jakaś niezła gala. Koleżanka z działu nawet fryzjera dla nas załatwia na czwartkowy wieczór. Chyba więc jednak będę musiała wziąć tę kieckę, o której myślałam ("mała czerwona") - tylko problem w tym, że parę miesięcy temu, zostawiłam ją w Miasteczku. Moi rodzice oczywiście mogą ją przywieźć, bo przecież przyjeżdżają, żeby wesprzeć Franka podczas mojej nieobecności, ale nie wiemy jeszcze, czy dadzą radę dojechać jeszcze we wtorek. Jeśli nie, to chyba się Franek będzie musiał w środę pofatygować i mi ją przywieźć do biura. Najpierw bowiem jedziemy do pracy i dopiero około 16 wyjeżdżamy nad Zalew Zegrzyński do hotelu, w którym ma się odbywać konferencja. Chyba zaczynam być trochę podekscytowana. Na początku nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego wyjazdu, dość szybko jednak dostrzegłam jego plusy. Teraz się cieszę, ale jednocześnie trochę obawiam, bo nie mam pojęcia, czego się spodziewać, choć informacje otrzymane w piątek trochę rozjaśniły mi w głowie. Odczuwam więc teraz mieszankę radosnego oczekiwania, i podekscytowania, ale też i niepokoju. Cóż, za tydzień będzie już po wszystkim. Ciekawe, jakie będą moje wrażenia.

***
Mogłabym tak dzisiaj płynąć i płynąć z uzewnętrznianiem się, bo dzień był długi - miałam więc dużo czasu na przemyślenia różnej maści. Ale teraz już czas się położyć, zwłaszcza, że oba moje chłopaki już smacznie śpią :) Dobranoc!

czwartek, 11 lutego 2016

Nocny sen. Czyli znowu o wikingowej rutynie będzie :)

Jak powszechnie wiadomo, pojawienie się w domu świeżo upieczonego małego dziecka oznacza nieprzespane noce. Zazwyczaj przede wszystkim dla mamy - szczególnie jeśli karmi ona piersią - choć przeważnie ta kwestia dotyczy obojga rodziców. A właściwie według mnie,  powinna dotyczyć :)

Od momentu, kiedy dowiedziałam się o ciąży, liczyłam się z tym, że się nie wyśpię. Jednakże nie brałam sobie do serca dobrych rad w stylu „wyśpij się na zapas”, bo po pierwsze jak miałam się porządnie wyspać, skoro musiałam wstawać na sikanie (co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało), a po drugie przecież na zapas i tak się nie da. Owszem, trochę ubolewałam nad tym, że będę musiała zarywać nocki, ale nie spędzało mi to (nomen omen) snu z powiek. Przyjęłam to z godnością, jako konsekwencję decyzji o powiększeniu rodziny.

Po ponad roku z Wikingiem muszę powiedzieć, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Oczywiście nie piszę tego, odnosząc się do tej kwestii ogólnie i nie generalizuję, bo wiadomo, że każde dziecko jest inne i każdy rodzic jest inny, nawiązuję tylko i wyłącznie do własnych doświadczeń.

Jak wiecie, bo wspominałam o tym już setki razy, moje pierwsze miesiące z Wikingiem były trudne szczególnie ze względu na moje samopoczucie psychiczne. Miałam zdecydowanie przytępioną zdolność obiektywnej oceny sytuacji i na przykład zauważałam tylko to, że Wiking tak dużo i często płakał, i mało spał w ciągu dnia. Nie zwróciłam jednak uwagi na fakt, że tak naprawdę trafił nam się całkiem fajny egzemplarz jeśli chodzi o odpoczynek nocny. Wiking zasypiał wieczorem i oczywiście budził się w nocy, na początku nawet kilka razy (ale nigdy nie liczyłam, byłam na to zbyt zaspana), ale jak tylko dostawał jeść, to zasypiał z powrotem i spał do rana - na początku nawet do 9:00. Tak naprawdę to chyba wydawało mi się, że jego zachowanie to nic nadzwyczajnego - jest noc, to się śpi :) Dopiero z biegiem czasu dowiedziałam się, że noworodka trzeba nauczyć odróżniać dzień od nocy i słyszałam opowieści o kilkutygodniowych maluchach, które w dzień nie były szczególnie absorbujące, za to w nocy nie chciały spać, bo przychodziła im ochota na poznawanie otoczenia i zabawę. 
Okazuje się, że nasz Wikuś jednak od samego początku (można powiedzieć, że już w życiu płodowym :P bo w nocy nigdy mnie nie kopał, za to w dzień szalał) wiedział, czym się różni dzień od nocy. Nie mieliśmy z nim większych problemów jeśli chodzi o spanie.

Oczywiście zapewne pamiętacie, że ubolewałam w pierwszych tygodniach nad tym, że nie chce spać w łóżeczku. Rzeczywiście było tak, że Wiking zasypiał z nami w łóżku a kiedy go przełożyliśmy do łóżeczka, to budził się po kwadransie - jak przespał w nim ponad godzinę, to był sukces. Początkowo byłam na tyle zdeterminowana, że w środku nocy, po nakarmieniu małego, odkładałam go do łóżeczka i czekałam aż zaśnie, czytając książkę. Parę razy nawet mi się to udało. Ale dość szybko porzuciłam ten zwyczaj i stwierdziłam - trudno, niech Wiking śpi z nami. Potem nawet to polubiłam.  Ale to stało się dopiero później :) Bo przecież mnie chodziło przede wszystkim o zasadę - po to mamy łóżeczko, żeby dziecko w nim spało! Nie poddałam się i kiedy Wiking miał jakieś cztery miesiące, konsekwentnie wieczorem w godzinach 19-20 odkładałam go do łóżeczka, aż nauczył się (całkiem szybko) w nim zasypiać. Budził się zwykle między 22 a północą i wtedy już zabieraliśmy go do nas do spania, ale wtedy już mi to nie przeszkadzało, bo wiedziałam, że łóżeczko go nie parzy i to nasz wybór, a nie konieczność.

Początkowo Wiking budził się w nocy na jedzenie nieregularnie i dość często. Po jakichś czterech, pięciu miesiącach były to dwie/trzy pobudki mniej więcej o stałych porach. Tylko od czasu do czasu zdarzało się, że budziliśmy się z Frankiem nad ranem zdziwieni, że Wiking nadal śpi w łóżeczku i nas nie budził. Kiedy Wikuś miał jakieś dziewięć miesięcy nagle zaczął w nocy być bardzo niespokojny. Wiercił się, jęczał - było widać, że chce zasnąć, ale nie może i to go wkurza. Pierś nie zawsze pomagała, czasami posiłkowaliśmy się mlekiem z butelki. I tak nie było najgorzej, bo to nie trwało całą noc i nie powtarzało się codziennie, ale nie wiedzieliśmy o co chodzi. Potem wszystko wróciło do normy, stwierdziliśmy, że chyba po prostu w naszym wypadku tak Wiking reagował na ząbkowanie, zwłaszcza, że powtórzyło się to w okolicach jedenastego miesiąca, kiedy to wyrżnęły mu się górne jedynki i dwójki. Na szczęście później to minęło i dzisiaj Wikuś śpi bardzo dobrze w nocy. Ale o tym za chwilę.

Wiele razy wspominałam tu, w różnych kontekstach, że ośmiogodzinny, regularny sen jest dla mnie podstawą. Nie lubię zarywać nocy i staram się tego nie robić. Nie potrafię odsypiać. Wstaję wcześnie, ale kładę się spać najpóźniej o jedenastej - a i to w wyjątkowych sytuacjach. Lubię się wysypiać, chociaż spanie traktuję jako czynność czysto fizjologiczną służącą regeneracji. A także oddzieleniu jednego dnia od drugiego :) Zastanawiałam się, jak to będzie, kiedy nie będzie dane mi przesypiać całych nocy, nasłuchałam się przecież strasznych historii na ten temat. I muszę powiedzieć, że ja naprawdę generalnie przez cały ten czas się wysypiałam! Jasne, czasami rano nie chciało mi się wstawać i przysypiałam jeszcze trochę - na tyle, na ile pozwalał mi dokazujący już Wiking. Udzieliłam też samej sobie dyspensy na nastawianie budzika o 6:00 i spałam tyle, ile mogłam, czyli zazwyczaj do 7:00/7:30, w porywach o godzinę dłużej. Naprawdę nie mogę powiedzieć, że się nie wysypiałam. Różne mam wspomnienia z tych pierwszych tygodni, ale nie pamiętam tego, o czym mówi większość matek - że ciągle chciałam spać. Jak jeden mąż wszyscy mówili mi „śpij, kiedy dziecko śpi” - ale ja wcale tego nie chciałam. Raz zdarzyło mi się zdrzemnąć popołudniu. Trzy razy położyłam się z Wikingiem przy jego pierwszej drzemce w okolicach godziny 9:00 i udało mi się zasnąć mocnym snem. Ale to były wyjątkowe sytuacje. Odróżniam stan zmęczenia od stanu niewyspania i o ile to pierwsze mi towarzyszyło, zwłaszcza na początku, to naprawdę rzadko czułam, żebym potrzebowała większej ilości snu w ciągu dnia. Wystarczało mi te przerywane 7-8 godzin. Wiking budził się w nocy, a więc budził i mnie, ale uczciwie przyznaję, że nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie.
Wstawałam półprzytomna i myślę, że między innymi w tym tkwił (i tkwi) częściowo mój sekret :) Kiedyś, gdy już coś mnie wybiło ze snu, nie było szans na ponowne zaśnięcie. Teraz zwykle nie mam z tym problemu. Ba! Zdarzało się, że nie pamiętałam, skąd Wiking wziął się w naszym łóżku, mimo, że sama go przeniosłam :) Kiedy karmiłam go tylko piersią, czasami Wiking sam się obsługiwał - raz zdarzyło się nawet, że sam przeszedł przeze mnie, żeby zjeść z drugiej piersi :) Czasami to Franek go mi przystawiał, a ja to ledwo odnotowywałam. Ale najczęściej wiedziałam co robię, tylko robiłam to prawie się nie wybudzając :) Nabyłam nawet bardzo ciekawą umiejętność - w pewnym momencie zauważyłam, że kiedy Wiking wybudza mnie z jakiegoś snu, ja wstaję do niego, karmię go lub tylko kładę obok siebie i zasypiam powracając z powrotem do tego samego snu! :) 

Przyznam jednak, że bałam się, jak to będzie, kiedy będę musiała chodzić do pracy. Bo jednak to co innego wstawać w nocy ze świadomością, że można rano nawet chwilę dłużej pospać albo, że nie trzeba być szczególnie skupionym w ciągu dnia. Obawiałam się, czy nie będę w ciągu dnia zmęczona tym "sennym zmęczeniem". I chyba Wiking wyczuł te moje obawy, bo dosłownie na kilka dni przed moim pójściem do pracy zaczął przesypiać całe noce. Tak po prostu - nie ograniczaliśmy mu stopniowo jedzenia, nie próbowaliśmy go oszukiwać wodą albo przetrzymywać. Po prostu pewnego razu obudziliśmy się z Frankiem o szóstej i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że Wiking śpi w swoim łóżeczku od godziny 19:00. Następnego dnia się to powtórzyło i tak to trwa do dziś :) Wiking nie budzi się wcale albo dopiero około piątej- zwykle jeśli zdąży zgłodnieć. Piersi już nie chce wcale, ani w dzień ani w nocy. Dostaje więc butelkę z mlekiem modyfikowanym (nadmienię jeszcze, że ja nigdy nie wstawałam i nie wstaję, żeby przygotować mleko - to zawsze rola Franka). A czasami po prostu się budzi, ja biorę go do łóżka a on trochę się wierci a potem zasypia. Przeważnie jestem już o tej porze wyspana i albo tylko drzemię, albo rozmyślam przypominając sobie czasy, kiedy Wikuś spał z nami:) 

Najczęściej jednak noce Wiking spędza we własnym łóżeczku i chociaż wierci się niemiłosiernie - bo raz ma głowę z jednej, raz z drugiej strony, to śpi przynajmniej te dziewięć godzin bez przerwy. Tak się przyzwyczailiśmy do dobrego, że jak mu się zdarzy zapłakać w środku nocy, to się dziwimy i stękamy, że co to ma znaczyć ;))
Oczywiście zdarzyło nam się ze dwa, trzy razy, że Wiking nagle się budził o 3:00 z uśmiechem na buźce i wyraźnie chciał się bawić :) Albo że się przebudził i płakał przez pół godziny albo nawet godzinę (coś go pewnie bolało wtedy). Zaliczyliśmy dwie prawdziwie nieprzespane noce, kiedy Wiking był dość mocno przeziębiony - budził się nawet i co 10 minut! Ale to były sporadyczne sytuacje - a przecież każdemu zdarza się jakaś bezsenna i trudna noc. Można więc powiedzieć, że pod tym względem naprawdę udał nam się synek. Nie dość, że przystosował się do naszego trybu życia i zazwyczaj bez problemu zasypia w okolicach 19:30, to jeszcze śpi ciurkiem 9-11 godzin.
Ja się czasami przebudzam w środku nocy - może z przyzwyczajenia :) - i stwierdzam, że Wiking twardo śpi, tylko trochę się rozkopał, przykrywam go i zasypiam ponownie. Ale często budzę się po siedmiu, ośmiu godzinach mocnego, zdrowego snu i muszę Wam powiedzieć, że to bardzo przyjemne uczucie, choć chyba jednak jeszcze cały czas się temu dziwię :)