*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 8 marca 2010

Bo dzisiaj święto dziewczynek

Zdania na temat dzisiejszego święta są podzielone. Jeśli o mnie chodzi, jeszcze rano mój stosunek do ósmego marca był raczej obojętny. Ale teraz sobie myślę, że w sumie to całkiem przyjemny dzień.
Jako urodzona w latach osiemdziesiątych nie mam żadnych ideologicznych ani politycznych skojarzeń z Dniem Kobiet. Nie wiąże się on dla mnie z rajstopami, mydłem i goździkiem :) Kojarzy mi się natomiast z linijką, temperówką i ołówkiem lub plastikową różyczką. W pierwszych klasach podstawówki takie właśnie upominki dostawałyśmy od naszych chłopaków :) Strasznie to było miłe. Na co dzień biliśmy się i trwaliśmy w swoich dwóch obozach – chłopcy i dziewczyny, ale tego dnia nagle chłopcy stawali się dla nas bardzo mili i przez chwilę można było zauważyć, że te codzienne dokuczanie sobie nawzajem to tylko takie żartobliwe przekomarzanie się lub końskie zaloty. Natomiast w domu, ósmy marca co roku wyglądał tak samo. Przychodził tata do domu z wielkim bukietem kwiatów dla mamy oraz ze słodyczami dla mnie i dla mojej siostry. Czułyśmy się takie wyróżnione – no bo w końcu dostałyśmy prezent z tej samej okazji co mama, byłyśmy na równi z nią :)
Zaraz odezwą się głosy, że przecież to dzień jak każdy inny i dlaczego tylko w tym dniu należy być dla kobiet miłym a kwiatki można wręczać bez okazji. Pewnie, że tak. Ale w takim dniu jakoś każdy gest nabiera nieco innego znaczenia. A poza tym, nie oszukujmy się, jak często faceci kupują kwiaty bez okazji? ;)) Uprzedzając Wasze komentarze – wiem, że tacy są. Od Franka też dostaję czasami jakąś różyczkę ot tak. Ale jeden dzień więcej w kalendarzu, kiedy możemy się spodziewać kwiatka naprawdę krzywdy nam nie zrobi ;)
Szłam sobie dzisiaj ulicą i obserwowałam wszystkie te kobiety starsze i młodsze, dziewczyny i dziewczynki z tulipanami lub różyczkami (goździków nie widziałam, a słyszałam, ze wracają do łask) i bardzo mi się to podobało :) Strasznie to miłe, bo przecież nie każda ma obok siebie takiego Franka, Miśka, Ukochanego, Krzysia, Stasia czy innego Jasia, a w taki dzień może liczyć na miły gest i malutkiego kwiatka nawet od obcego mężczyzny. Kiedy przyszłam do domu, kilka razy wyglądnęłam przez okno i za każdym razem widziałam jakiegoś osobnika płci męskiej z kwiatkiem. Aż mi się ciepło na sercu robi, jak widzę takie obrazki, bo to bardzo sympatyczne, że oni pamiętają o swoich ukochanych żonach, narzeczonych, dziewczynach, mamach i córkach.
Mówcie sobie co chcecie, ale ja będę lubić ten dzień, choćby dlatego, ze w jednej z perfumerii można sobie zrobić bezpłatny manicure, od współpracowników można usłyszeć miłe słowo, od szefa propozycję dnia wolnego (nie skorzystałam, bo będę musiała wziąć urlop w związku z obroną wolę więc sobie przenieść Dzień Kobiet :)) i do tego odebrać telefon od kuzyna, który nie odzywał się od dwóch miesięcy.
Od Franusia kwiatka nie dostanę :) A to dlatego, ze nie będziemy się widzieć. Poza tym on z reguły pamięta o wszystkich ważniejszych uroczystościach, ale Dzień Kobiet jakoś mu najczęściej umyka :)) Nigdy nie jestem pewna czy w danym roku będzie pamiętał, czy nie :) W tym roku postanowiłam mu przypomnieć i rano (spał dzisiaj u mnie) powiedziałam tylko: „Ciekawe czy będziesz pamiętał, czy będę musiała ci przypomnieć?” Za chwilę przydreptał do mnie i dał mi buziaka z życzeniami :) Ale to była szósta rano, więc mogę mu wybaczyć tę chwilę wahania :) Śniadanie i tak mi zrobił zanim sobie przypomniał, więc przynajmniej wiem, że to było bezinteresownie ;)

sobota, 6 marca 2010

Znielubiane pytania.

Jest kilka takich „znielubianych” pytań. Myślę, że każdy z nas ma przynajmniej jedno, którego nie znosi, a na które wciąż musi odpowiadać – bądź wciąż musi się tłumaczyć z tego, dlaczego nie chce na nie odpowiadać. Dla osób bez partnerów takie pytanie brzmi często: „Czy masz zamiar zostać starą panną/kawalerem?”, dla bezdzietnych małżeństw: „No to kiedy wreszcie postaracie się o jakiegoś maluszka?”, dla osób pozostających w związkach nieformalnych: „To kiedy ślub?” Czasami pytania mogą przybierać formę stwierdzeń,z reguły związanych z upływem czasu: „No wiesz, w Twoim wieku to ja już męża i dwójkę dzieci miałam”, „Nikt Cię nie będzie chciał za parę lat… „, „No bo wiesz, jak się rodzi po trzydziestce to różnie może być z dziećmi…”.
Ja też mam takie znielubiane pytanie: „A właściwie dlaczego wy nie jesteście jeszcze zaręczeni?”. Na szczęście nie pyta mnie o to nigdy rodzina, no,może za wyjątkiem jednej cioci. Z reguły jest to pytanie znajomych – i to tych dalszych, bo bliżsi znają naszą sytuację i nie muszą o to pytać.
Dzięki poprzedniej notce, znacie moje poglądy odnośnie zaręczyn. Wiecie więc, że nie chciałabym się zaręczyć, jeśli nie mielibyśmy żadnych widoków na ślub w najbliższym czasie. A takowych chwilowo nie mamy i to jest pierwszy powód, dla którego się nie zaręczamy. Przyznam szczerze, że gdyby Franek mi się oświadczył, ale następnie nic nie miałoby się zmienić – w sensie nadal nie mieszkalibyśmy razem, nie planowalibyśmy dalszego wspólnego życia i bylibyśmy po prostu parą, jak dotychczas, czułabym się rozczarowana, a zaręczyny straciłyby całą magię.
Nie jestem zwolenniczką teorii, że najpierw trzeba się „dorobić” a dopiero potem wiązać się na stałe. W związku chodzi też o to, żeby razem budować coś od początku. Wspólne trudy na pewno zbliżają ludzi i myślę, że tak naprawdę niewiele potrzeba, żeby młode małżeństwo mogło się utrzymać. Ale trochę jednak potrzeba i nie można być zupełnie nieodpowiedzialnym, iść na żywioł i stwierdzić, że „jakoś to będzie”. I właśnie kolejną przyczyną tego, że się nie zaręczyliśmy jest kasa. A w zasadzie jej brak :)
Tak naprawdę nie mielibyśmy nawet gdzie zamieszkać. Oczywiście, oboje pracujemy,ale należy wziąć pod uwagę, że w tej chwili mieszkam z koleżanką, więc wynajem kosztuje mnie dużo mniej. Franek w poprzedniej pracy zarabiał tak mało, że nie bylibyśmy się w stanie po prostu utrzymać, gdyby przyjąć, że większość lub nawet całość mojej wypłaty poszłaby na mieszkanie. Nie mówiąc już o odłożeniu czegokolwiek. Jeśli chodzi o mieszkanie z rodzicami, byłoby to jeszcze możliwe, aby zamieszkać w moim domu rodzinnym. Ale niestety do Miasteczka się nie przeniesiemy. Natomiast mieszkanie Franka rodziców jest tak małe, że zwyczajnie nie ma tam dla mnie miejsca. Pomijam już fakt, że ani jego ani moi rodzice nie pochwalają takiego rozwiązania. Jak wiadomo, Franek zaczął właśnie pracę w Zielonej Firmie a od dawna powtarzał, że jak już tam zacznie pracować, to będzie planować. Ale oczywiście nic się z dnia na dzień nie wydarzy i zanim jego sytuacja tam się nie ustabilizuje, raczej  nic się nie zmieni.
Przykre to trochę, ale niestety prawdziwe. Z zasadzie oboje czujemy się gotowi, żeby zrobić ten krok na przód, ale życie nam to trochę uniemożliwia. Ktoś mógłby powiedzieć, że dla chcącego nic trudnego :) Ale w tym przypadku to nie do końca prawda, bo zakładam, że skoro decydujemy się na założenie własnej rodziny, to wiąże się to z samodzielnym życiem, z ewentualną małą pomocą ze strony rodziców na przykład.To nie zabawa w dom, ale prawdziwe życie, w którym trzeba brać odpowiedzialnośćza swoje decyzje i dlatego musimy jeszcze trochę poczekać.