*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 3 czerwca 2013

1000 kilometrów

Niemal co do jednego - tyle pokonałam podczas minionego właśnie długiego weekendu. Taki już mój los :) Taki chyba los mojej rodziny :)
Tak sobie czasami myślę, że może pokolenia temu, ktoś rzucił na nas klątwę i od tamtej pory wszyscy się muszą "tułać" :) Moja rodzina, zwłaszcza od strony taty jest rozproszona dosłownie po całej Polsce. Jeśli chodzi o krewnych po kądzieli, niby mieszkają bliżej siebie, ale część z nich pochodzi z ziem wschodnich, skąd zostali przesiedleni w czasach wojny.
Dlatego dla mnie od zawsze naturalne było, że z kuzynostwem widuję się tylko na wakacjach u babci, a czasami mijało kilka lat między jednym a drugim takim spotkaniem. Nie miałam bliskiej rodziny na miejscu. Wyjątkiem byli rodzice i brat mojej mamy - mieszkający 15 km od Miasteczka, choć kiedy moi rodzice przenosili się właśnie do Miasteczka, ten dystans wydawał im się ogromny. Wszak kiedyś ani telefonów, ani samochodów... Co nie przeszkadzało im w każdy piątek pakować siebie oraz swoje cztero- i dwuletnie dziecko do pociągu, żeby spędzić weekend (wtedy jeszcze "sobotę i niedzielę" ;)) u rodziców.
Jak widać, to wszystko naprawdę u nas rodzinne, tyle, że dystans się zwiększył. I to sporo. 

Rodzina frankowa za to, od pokoleń żyje na kupie w Poznaniu :) Zawsze razem, zawsze blisko. A jednak Franek się wyłamał. No cóż - jak się wżenił w taką "zaklętą" rodzinę jak moja, to już chyba nie miał wyjścia :P Niemniej jednak, podjęcie decyzji o tym, że zostawi Poznań przyszło mu chyba łatwiej niż mnie - choć jak na razie jeszcze go nie zostawił. 

Wracając jednak do mojego tysiąca - w środę popołudniu wsiadłam w pociąg do Poznania. Planowane trzy godziny zmieniły się w trzy i czterdzieści minut, ze względu na problemy z sygnalizacją. Ale dojechałam przed 22. Pierwsze 300 km za mną. Przespaliśmy się u teściów, a o piątej samochodem wyruszyliśmy do Miasteczka, żeby zdążyć w sam raz na śniadanie, a potem mszę i procesję :) To już razem 500. Zostaliśmy do soboty. Ten czas był bardzo udany, choć niestety nie pogodowo :( Ale jakoś sobie radziliśmy. Po prostu grill był nie na ogródku a w piekarniku :P W sobotni wieczór wróciliśmy do Poznania (700 km), bo Franek niestety kończył już swój weekend i w niedzielę o 4 zaczynał pracę. Spędziliśmy jeszcze razem niedzielne popołudnie, a później, pobiwszy się wcześniej z myślami - jaki środek transportu wybrać, wsiadłam w samochód. Przestraszyły mnie tłumy w pociągu, na który nie było rezerwacji miejsc.
Po trzech godzinach bez dziesięciu minut i po trzystu kilometrach autostrady dojechałam na miejsce. 1000.
I ładny kawałek Polski zjechałam. Wygląda na to, że tak już teraz będzie - choć oczywiście nie w każdy weekend będę zaliczać i Poznań i Miasteczko. Do Poznania z Podwarszawia jest 300 km. Do Miasteczka 260 - szkoda, że w zupełnie innych kierunkach i nigdy nie będzie się niczego zrobić "po drodze".
Ostatecznie okazuje się, że nawet taki dystans można przemierzać regularnie, jeśli się chce :) Pewnie, że wolałabym mieć rodziców za jednym rogiem, a teściów za drugim. Ale cóż, znacie to - jak się nie ma, co się lubi... :) No to lubię ;)

wtorek, 28 maja 2013

Po pierwsze: nie marnuj okazji.



Kiedyś, na jakichś szkolnych rekolekcjach - nie pamiętam, czy w liceum, czy jeszcze w podstawówce, w każdym razie na pewno ponad dziesięć lat temu - usłyszałam pewną przypowieść:

Grupa ludzi płynęła statkiem. W pewnym momencie rozpętała się burza.  Sztorm był tak silny, że statkiem mocno kołysało, woda wlewała się za burtę. Pasażerowie byli coraz bardziej spanikowani, ale na pokładzie był ksiądz, który starał się ich uspokajać. Modlił się i zapewniał wszystkich, że Bóg ich uratuje.  Niestety, statek zaczął tonąć, nic nie mogło już go ocalić. Na szczęście wezwana wcześniej pomoc zaczęła nadchodzić. Kiedy przypłynęła jedna szalupa ratunkowa, część ludzi do niej wsiadła, ale było jeszcze jedno miejsce: „proszę księdza!, jest miejsce! Proszę wsiadać” wołali inni. Ale ksiądz odmówił słowami: „Nie martwcie się o mnie, Bóg mnie kocha, uratuje mnie”. Za kilka minut przypłynęła kolejna szalupa, a sytuacja się powtórzyła. Ludzi na tonącym statku ubywało, nadzieje na ratunek rosły. Ponownie zawołano księdza, aby wsiadł do łodzi. Ten odparł: „Zawierzyłem Bogu, w Jego rękach jest moje życie, on mnie uratuje”. Na pokładzie pozostała już tylko załoga i duchowny. Przypłynęła ostatnia łódź z ratunkiem, ale ksiądz znowu odmówił wołając, że jego Pan go uratuje.

Statek zatonął – wraz z księdzem. Kiedy ten przekraczał bramy raju, odczuwał niedowierzanie. Był rozczarowany, przecież wierzył… Postanowił wyjaśnić tę sprawę z samym Bogiem: „Panie służyłem ci całe moje życie, byłem wierny. Kochałem Cię całym sercem – dlaczego mnie nie uratowałeś??”

„Próbowałem – odpowiedział Bóg – wysłałem aż trzy szalupy ratunkowe, ale nie skorzystałeś z mojej pomocy.”



Upłynęło wiele lat od czasu, gdy usłyszałam tę przypowieść, więc na pewno trochę ją zniekształciłam. Ale nie szukałam nigdy oryginału – tak bardzo utkwił mi w pamięci sens i morał tej opowieści, że nie musiałam sobie niczego przypominać.

W życiu kieruję się wieloma zasadami, a to jest jedna z nich: nie marnuję szans, które otrzymałam. Ja akurat wierzę, że otrzymałam je od Boga. Ale to mogą być okazje, które daje nam Los, czy samo Życie.  Ta przypowieść to kwintesencja tego, w co głęboko wierzę – że w życiu należy czasami odczekać, zobaczyć, co się wydarzy, zdać się na Los, czy też oddać się w ręce Boga, ale jednocześnie wypatrywać wszelkich okazji i z nich korzystać. Bo przecież życie to sztuka wyboru – od nas zależy, czy wybierzemy szanse, których zawsze mamy wiele, czy może wszystkie okazje będziemy przepuszczać.

Nie uważam, że to, jak będzie wyglądało nasze życie, jest zdeterminowane i nie da się niczego zmienić. Myślę, że Bóg (piszę ze swojego punktu widzenia, ale ogólnie chodzi mi o jakąś „siłę wyższą”) ma wobec nas jakiś plan, ale bez szczegółów – po prostu daje nam możliwość, aby o sobie decydować i tym samym, my również mamy wpływ na ten plan i na swoje życie. 
Czasami lubię odczekać. Kiedy nie wiem co zrobić, jaką podjąć decyzję - czekam. Zostawiam to poniekąd losowi, ale jednocześnie moja bierność nie polega na tym, że po prostu się poddaję i nie interesuje mnie to, co będzie dalej: obserwuję to, co dzieje się wokół mnie, szukam przesłanek. W odpowiednim momencie zaczynam działać. Wiele razy bardzo dobrze na tym wyszłam.Kiedy patrzę na swoją przeszłość z perspektywy czasu, widzę, jak wszystko się ze sobą łączy w przyczynowo-skutkowy łańcuch. 
Czasami chciałabym odczekać i pozostać bierna - bo jest mi dobrze. A wtedy życie okazuje się przewrotne i przewraca mi wszystko do góry nogami. W takich momentach znowu muszę podejmować decyzje i zmieniać rzeczywistość, w której było mi wygodnie i przyjemnie. To właśnie ten czas, gdy muszę sama dokonać wyboru - czy skorzystam z tej szansy, czy ją odrzucę.
Jak już wspomniałam wcześniej - uważam, że okazji, które w życiu dostajemy marnować nie wolno. Dlatego właśnie jestem dzisiaj tu, gdzie jestem, w takim a nie innym punkcie życia.